Gafy, błędy oraz przestępstwa dyplomatów europejskich i amerykańskich często miały konsekwencje, które wstrząsały całym światem. W XX wieku najbardziej brzemienna w skutki okazała się mieszanina lekkomyślności i bezczelności, jaką wykazali się szef dyplomacji cesarskich Niemiec i ich ambasador w Stanach Zjednoczonych.

BOMBOWA DEPESZA


Po wybuchu I wojny światowej jedną z pierwszych operacji brytyjskich sił specjalnych było przecięcie podwodnego kabla telekomunikacyjnego łączącego Niemcy z Ameryką. W tej sytuacji Berlin zwrócił się o pomoc do państw neutralnych. Pozytywnie odpowiedziała Szwecja, a następnie – po osobistej zgodzie prezydenta Woodrow Wilsona – USA. Odtąd wszystkie depesze za Atlantyk niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wysyłało z ambasady amerykańskiej. Oczywiście wcześniej starannie je szyfrowano.

Trasa tego kabla również przebiegała w pobliżu Wysp Brytyjskich, więc Anglicy przechwytywali telegramy. Ich kryptolodzy nie potrafili jednak złamać niemieckich kodów. Po trzech latach pracy, głównie dzięki dokumentom znalezionym na zatopionych U-Bootach, potrafili odczytywać niektóre nazwiska, nazwy państw i pojedyncze słowa, ale sens całości pozostawał niezrozumiały.

16 stycznia 1917 r. na biurko szefa wywiadu morskiego kpt. Reginalda Halla trafił długi szyfrogram wysłany przez szefa niemieckiej dyplomacji Arthura Zimmermanna do ambasadora w Waszyngtonie hrabiego Johanna Bernstorffa. Specjalne oznakowania nie pozostawiały wątpliwości, że jest to dokument objęty najściślejszą tajemnicą. Kryptologom udało się ustalić nadawcę i adresata oraz kilka kluczowych słów: wojna podwodna, Meksyk, sojusz, Teksas. Analitycy wywiadu sugerowali, że Niemcy zamierzają podjąć działania wojenne wobec Stanów Zjednoczonych i wciągnąć do nich Meksyk.

Hall miał więc w ręku dokument o trudnym do przecenienia znaczeniu. Amerykanie od początku konfliktu udzielali bowiem Brytyjczykom pomocy materialnej, jednak ze względu na silne nastroje izolacjonistyczne, żaden polityk nie odważył się zaproponować wysłania do Europy żołnierzy. Teraz wszystko mogło się zmienić. Ale by tak się stało, Londyn musiał zdobyć niepodważalny dowód wrogich intencji Niemiec wobec USA. Czyli odczytać pełny tekst depeszy Zimmermanna.

Hall wpadł na prosty pomysł. Skoro chodziło o Meksyk, niemiecki ambasador musiał przesłać depeszę z Waszyngtonu do swego odpowiednika w Mexico City i – co szczególnie ważne – raczej nie zaszyfrował jej kodem najtajniejszym z tajnych. Natychmiast uruchomiono więc brytyjską siatkę wywiadowczą za Oceanem. Agent usadowiony na poczcie w stolicy Meksyku bez większego trudu wykradł kopię depeszy i błyskawicznie przekazał ją do Anglii. Tak jak podejrzewano, hrabia Bernstorff posłużył się prostszym szyfrem, już złamanym przez Brytyjczyków.

„W dniu 1 lutego 1917 r. planujemy rozpoczęcie nieograniczonej wojny podwodnej – pisał Zimmermann. – Mimo to będziemy zabiegali o utrzymanie Stanów Zjednoczonych przy polityce neutralności. Jeżeli ten zamiar się nie powiedzie, przedstawimy rządowi Meksyku propozycję zawarcia sojuszu na następujących zasadach: wspólne prowadzenie wojny, udzielenie dużego wsparcia finansowego, uznanie prawa Meksyku do odzyskania Teksasu, Nowego Meksyku i Arizony”.

Trzeba było wyjątkowego tupetu, by korzystając z uprzejmości ambasady USA wysłać z niej projekt napaści i częściowego rozbioru Stanów Zjednoczonych. Brytyjczycy nie zmarnowali okazji do skompromitowania Niemców i odwrócenia biegu wojny. Natychmiast przekazali telegram Zimmermanna Amerykanom. Prezydent Wilson początkowo nie chciał uwierzyć w jego prawdziwość. Podejrzewał prowokację Anglików, którym zależało na wciągnięciu Stanów do wojny. Gdy jednak agenci jego wywiadu zdobyli kopię depeszy wysłanej przez hrabiego Bernstorffa z Waszyngtonu do Mexico City, zrozumiał, że Niemcy potraktowali go jak naiwniaka. Polecił opublikować treść depeszy we wszystkich gazetach. Groźba inwazji na Teksas i Arizonę diametralnie zmieniała nastroje amerykańskiej opinii publicznej.

6 kwietnia 1917 roku obie izby Kongresu przegłosowały uchwałę o przystąpieniu Stanów Zjednoczonych do wojny. Zmieniło to układ sił na korzyść aliantów i zadecydowało o klęsce Niemiec. Gdyby nie błąd ich dyplomatów, losy świata mogły się potoczyć zupełnie inaczej.

ŚWIATŁO DLA SADDAMA

 


Zgodnie z wszelkimi regułami dyplomacji zachowała się natomiast ambasador USA w Iraku April Glaspie. Można wręcz powiedzieć, że zbyt zgodnie, czym pośrednio przyczyniła się do wybuchu innej wojny. 25 lipca 1990 r. wezwał ją na pilną rozmowę Saddam Husajn. Dyktator, który miał już wówczas fatalną reputację, zaczął się jej żarliwie tłumaczyć. Przez kilkadziesiąt minut mówił o historii Iraku, o sztucznym oderwaniu od niego Kuwejtu, o wciąż odczuwanych przez Irakijczyków skutkach wyniszczającej wojny z Iranem, w której sympatia Zachodu była po stronie Bagdadu.

Protokół nie pozwala dyplomatom, którzy nie uzyskali specjalnych pełnomocnictw, na podejmowanie polemiki z przywódcami państw. Pani Glaspie uprzejmie więc wysłuchiwała tyrady, od czasu do czasu zdawkowo przytakując. „Mamy wielkie problemy, ale nie zamierzamy podnosić ceny ropy. Nie możemy się jednak godzić na to, że Kuwejt sztucznie je zaniża, co zagraża naszej gospodarce – kontynuował Saddam Husajn. – Zmniejszenie wpływów budżetowych o 6–7 miliardów dolarów będzie katastrofą”.

Gdy skończył, ambasador wygłosiła kilka gładkich słów. „Mieszkam tu od lat i sądzę, że rozumiem wasze problemy. Podziwiam wysiłek, jaki wkładacie w odbudowę kraju. Rozumiem, że potrzebujecie na to środków i powinniście mieć szansę odbudowy. Nie mamy opinii na temat konfliktów arabsko-arabskich, na przykład waszych sporów granicznych z Kuwejtem. Ten problem nie jest związany z Ameryką”.

Osiem dni po tej rozmowie wojska Iraku zaatakowały Kuwejt. Gdy świat jednomyślnie zaprotestował, a George Bush senior zapowiedział zbrojną interwencję, Saddam kazał ujawnić stenogram rozmowy. Gładkie formułki wypowiedziane przez dyplomatkę nabrały nagle innego znaczenia. Można je bowiem było odczytywać jak deklarację zrozumienia dla polityki Husajna, a nawet braku zainteresowania Waszyngtonu jego działaniami wobec Kuwejtu. Tak przedstawiała to nie tylko propaganda iracka, ale również wielu komentatorów amerykańskich. Niektórzy wręcz sugerowali, że nie wyrażając jednoznacznego sprzeciwu wobec planów inwazji i chroniąc się za dyplomatycznymi frazesami April Glaspie zapaliła dla niej zielone światło.

Saddam Husajn zapewne i tak zrobiłby to, co zaplanował, ale dwuznaczne, niekompetentne zachowanie dyplomatki mocno zaszkodziło George’owi Bushowi.

SKAZANI NA SPRZĄTANIE


Największym skupiskiem dyplomatów jest ONZ. Według Ronalda Kesslera, autora książki „Spy versus Spy” (Szpieg kontra szpieg) w okresie zimnej wojny 30 proc. spośród nich pracowało również na drugim etacie jako agenci tajnych służb.

W 1986 r. Ronald Reagan zażądał wyjazdu 105 pracowników przedstawicielstwa ZSRR przy Organizacji Narodów Zjednoczonych. Złamał w ten sposób niepisaną zasadę, że podobne sprawy załatwia się po cichu. Opinia publiczna była informowana co najwyżej o jednym na dziesięć przypadków wydalenia dyplomatów, gdyż powodowało to dodatkowy wzrost napięcia międzynarodowego. Reagan miał jednak odwagę rzucić wyzwanie „imperium zła”, a gdy Moskwa oskarżyła go o nieuzasadnione szykany, dodał do listy jeszcze 75 rosyjskich urzędników z konsulatów w San Francisco i Waszyngtonie. Dzięki informacjom dostarczonym przez FBI i CIA dobrał ich tak umiejętnie, że pozbawił wywiad radziecki niemal wszystkich szyfrantów i oficerów łącznikowych, co sparaliżowało jego pracę na kilka miesięcy.

Rosjanie nie zdecydowali się na typową w takich sytuacjach odpowiedź, czyli wydalenie identycznej liczby dyplomatów amerykańskich. Zrewanżowali się w bardziej złośliwy sposób i odwołali wszystkich swoich obywateli pracujących dla ambasad i konsulatów USA w ZSRR. W rezultacie Amerykanie sami musieli się zatroszczyć o sprzątanie, transport i gotowanie.

W kuluarach ONZ na przemian oburzano się i pokpiwano z dyplomatycznej wojny na szczycie, ale emocje szybko opadły. Wszyscy zdawali sobie bowiem sprawę, że szpiegostwo jest od samego początku wpisane w naturę tej organizacji.

DYNIOWE DOKUMENTY


26 sierpnia 1939 r. dziennikarz magazynu „Time” Whittaker Chambers poprosił o poufną rozmowę z szefem służby bezpieczeństwa departamentu stanu Adolfem Berle. Poinformował go, że jest członkiem partii komunistycznej i łącznikiem radzieckiego wywiadu wojskowego GRU. Zdecydował się na ujawnienie swej działalności, gdyż uznał podpisany dwa dni wcześniej pakt Ribbentrop- Mołotow za zdradę ideałów, w które szczerze wierzył.

Nie to było jednak powodem, dla którego wybrał na spowiednika osobę odpowiedzialną za ochronę kontrwywiadowczą amerykańskiej dyplomacji. Chambers wyznał, że jednym z agentów, który przekazywał mu tajne dokumenty z departamentu stanu, był ceniony dyplomata Alger Hiss.

Berle zgodnie z procedurą przekazał notatkę z rozmowy przełożonym, ale ci zbyli go wzruszeniem ramion. Wobec braku reakcji trzy lata później Whittaker skontaktował się z szefem FBI Edgarem Hooverem. Usłyszał, że Rosjanie są sojusznikami i nie należy zadrażniać z nimi stosunków. Hiss mógł więc spokojnie kontynuować karierę, którą zwieńczyło stanowisko sekretarza konferencji założycielskiej ONZ w San Francisco!

Uparty dziennikarz nie dawał jednak za wygraną i wciąż dobijał się do różnych drzwi w Waszyngtonie. Gdy zaczęła się zimna wojna, jego rewelacje potraktowała wreszcie poważnie Komisja ds. Działalności Antyamerykańskiej. Wezwany na przesłuchania Hiss kategorycznie zaprzeczył, że kiedykolwiek należał do Komunistycznej Partii USA i był informatorem Moskwy. Następnie oskarżył Chambersa o zniesławienie i pozwał go do sądu.

Amerykanom nie mieściło się w głowach, że jeden z ich najważniejszych dyplomatów, współautor statutu ONZ, może być bohaterem skandalu szpiegowskiego. Prasa przedstawiała go jako ofiarę polowań na czarownice. Niewiele pomogły przedstawione przez Chambersa kopie tajnych dokumentów, które miał otrzymać od Hissa. Co prawda badania kryminalistyczne wykazały, że napisano je na maszynie należącej do dyplomaty, ale zdaniem obrony ktoś przed analizą celowo wymienił w niej czcionki. Kiedy wydawało się, że sprawa skończy się niczym, do akcji wkroczył młody członek Komisji Richard Nixon. Oświadczył, że skoro zeznania dwóch osób tak bardzo się różnią, jedna z nich kłamie i powinna zostać skazana za krzywoprzysięstwo. Wówczas Chambers zdecydował się ujawnić swój ostatni atut – mikrofilmy dokumentujące całą działalność jego siatki szpiegowskiej. Ukrywał je w ogrodzie, w wydrążonej dyni, więc prasa nazwała je „dyniowymi aktami” (Pumpkin Papers). Eksperci firmy Kodak potwierdzili, że błony filmowe pochodziły z końca lat 30., więc o żadnej manipulacji już nie mogło być mowy. Hiss miał szczęście, że od tego czasu minęło ponad 10 lat i z powodu przedawnienia nie mógł być sądzony za szpiegostwo.

Oskarżono go jednak o złożenie fałszywych zeznań przed Komisją – i skazano na pięć lat więzienia. Resztę życia, a zmarł w 1996 r., w wieku 92 lat, poświęcił na przekonywanie o swej niewinności. Chambers pracował nadal jako dziennikarz, zmarł na atak serca w 1961 r. Richard Nixon wyznał, że gdyby nie rola, jaką odegrał w ujawnieniu największego skandalu w historii amerykańskiej dyplomacji, prawdopodobnie nigdy nie zostałby prezydentem.

STEROWANE POROZUMIENIE

 


Podobna historia przytrafiła się dyplomacji RFN. Głównym negocjatorem historycznych układów normalizacyjnych z Polską i ZSRR był Egon Bahr. Po podpisaniu porozumień zyskał olbrzymi szacunek na Wschodzie i Zachodzie, obwołano go jednym z najwybitniejszych architektów europejskiego bezpieczeństwa. Tymczasem w 1995 r. niemiecki tygodnik „Focus” ujawnił, że w latach 70. współpracował z… KGB.

Po rytualnych zaprzeczeniach Bahr przyznał, że wielokrotnie kontaktował się z Wiaczesławem Kieworkowem, ale nie zdawał sobie sprawy, że jest to… generał KGB. Uważał go za wpływowego dygnitarza z najbliższego otoczenia Leonida Breżniewa, dzięki któremu uzyskiwał ważne informacje prosto z Kremla. W rewanżu przekazywał mu wieści z najwyższych kręgów władzy w Bonn.

„Stworzyliśmy system szybkiego kontaktu, podobny do tego, jaki RFN utrzymywała z Amerykanami” – tłumaczył reporterom tygodnika „Der Spiegel”. Tej wersji nie zmienił. Pozostał przy niej nawet po ujawnieniu zapisków kanclerza Brandta podejrzewającego, że w jego otoczeniu działają radzieccy agenci. Dyplomatę chroniła również jego partia – socjaldemokratyczna SPD, która nie umiała pogodzić się z myślą, że stanowiąca jej dumę polityka wschodnia (Ostpolitik) mogła być sterowana przez Moskwę. Dlatego partyjni urzędnicy zataili niewygodne notatki Brandta. Gdy odkryto tę manipulację, wdowa po kanclerzu na znak protestu wystąpiła z SPD.

RAJD NA CYKU

Żadnych wątpliwości co do swojej winy nie pozostawili natomiast dwaj wysokiej rangi dyplomaci brytyjscy. W roku 1951 r. Guy Burgess, drugi sekretarz ambasady w Waszyngtonie, urządził samochodowy rajd przez kilka stanów. Trzykrotnie zapłacił mandaty za przekroczenie szybkości, zionąc alkoholem – naubliżał policjantom. Sprawa dotarła do gubernatora Wirginii, który wystosował oficjalny protest do ambasadora Wielkiej Brytanii. Burgess został w trybie natychmiastowym odesłany do domu.

Dyplomata łapownik

Szef francuskiej dyplomacji Roland Dumas przez kilka lat sprzeciwiał się wszelkim planom sprzedaży broni Tajwanowi, dowodząc, że zaszkodzi to stosunkom z Chinami. W 1991 r. nagle zmienił zdanie. Zgodził się na gigantyczny, szacowany na 3 miliardy dolarów, kontrakt i dostawę sześciu okrętów wojennych. Wyjaśnił, że wynegocjował zgodę Pekinu, a transakcja przyniesie korzyści całej gospodarce. Kilka lat później okazało się jednak, że nie działał bezinteresownie. Za kulisami zaskakującej decyzji kryła się jego kochanka Christine Deviers-Joncour, która pośredniczyła w kontaktach między światem biznesu i polityki. Intryga była bardzo misterna, przedsiębiorcy z koncernu naftowego ELF swoimi sposobami „uciszyli” Chińczyków, a producent okrętów firma Thomson za pośrednictwem pani Christine – ministra Dumasa. Środkiem uciszającym były sowite prowizje, kochankom przypadł w udziale m.in. 320-metrowy apartament w centrum Paryża. Dumas oczywiście wszystkiemu zaprzeczył, ale chociaż starannie pozacierał ślady, sąd skazał go na rok więzienia. Christine Deviers-Joncour była bardziej szczera i ujawniła prawdę w książce o wymownym tytule „Dziwka republiki”.


Nikt nie podejrzewał, że było to celowe działanie. Dyplomata chciał koniecznie wrócić do kraju, by skontaktować się z kolegą po fachu Donaldem Macleanem. Obaj należeli do siatki radzieckich szpiegów, nazywanej potocznie „piątką z Cambridge”. Maclean był w ostatnich miesiącach II wojny światowej pierwszym sekretarzem ambasady w USA, następnie wszedł w skład Połączonego Komitetu Rozwoju Atomowego, dzięki czemu uzyskał dostęp do najściślejszych tajemnic. Przekazał Moskwie m.in. informacje o programie budowy brytyjskiej broni jądrowej i liczebności sił amerykańskich przygotowywanych do misji w Korei. Kontrwywiad przechwytywał jego depesze już od 1946 roku, ale dopiero po pięciu latach udało się złamać szyfr. Pierwszą osobą, która dowiedziała się o tym sukcesie kryptologów, był szef sekcji specjalnej koordynującej walkę wywiadowczą ze Związkiem Radzieckim – Kim Philby. Kilka lat później odkryto, że zwalczaniem radzieckich szpiegów kierował… radziecki szpieg. Philby był bowiem nieformalnym szefem „piątki z Cambridge”.

Gdy Philby dowiedział się, że Maclean lada dzień zostanie zdekonspirowany, polecił Burgessowi przeprowadzenie operacji ratunkowej. Ten po umiejętnie sprowokowanym odesłaniu do Anglii skontaktował się telefonicznie z kolegą. Domyślając się, że rozmowa jest podsłuchiwana, przekazał mu niewinne zaproszenie na obiad. Zamiast do restauracji obaj popędzili do portu, wsiedli na prom i zanim ktokolwiek się zorientował, dotarli do Szwajcarii. Tam w ambasadzie radzieckiej otrzymali fałszywe paszporty i przez czeską Pragę dotarli do Moskwy. Dwa lata później tą samą drogą Rosjanie przemycili żonę Macleana, w 1963 r. dołączył do nich Philby. Pikantną puentą największego skandalu w historii współczesnej dyplomacji brytyjskiej stała się zdrada, ale już nie polityczna, lecz małżeńska. Pani Maclean porzuciła męża i związała się z… Kimem Philbym. W 1979 r. uznała, że ma dość ich obu, i wróciła na Zachód.

SŁODKIE PUŁAPKI

„Odwiedzał mnie co sobota. Był elegancki, zadbany, miły, ale miał nietypowe zachcianki. Lubił zabawy sadomasochistyczne” – zeznawała w 1989 roku wiedeńska prostytutka Tina Jirousek.Bohater jej opowieści nazywał się Felix Bloch i do niedawna pełnił funkcję zastępcy ambasadora USA w Austrii. Jako jeden z najbardziej sprawnych dyplomatów udzielał się także w innych krajach, organizował wizyty Ronalda Reagana w instytucjach europejskich i NATO-wskich.

Dyplomata roztrzepany

Obowiązkowym elementem wizyt na najwyższym szczeblu we Włoszech jest złożenie wieńców na Ołtarzu Ojczyzny – monumentalnym pomniku i grobie nieznanego żołnierza w centrum Rzymu. W ubiegłym roku udał się tam prezydent Słowacji Ivan Gašparovič. Po oddaniu hołdu poległym usłyszał dźwięki melodii granej przez orkiestrę wojskową. Towarzyszący mu Włosi stanęli na baczność; nie bardzo wiedząc, o co chodzi, prezydent zrobił to samo. Gdy dźwięki ucichły, dowiedział się, że nieznana melodia była… hymnem jego kraju. Okazało się jednak, że to nie słowacki polityk stracił nagle słuch, lecz szef włoskiego protokołu dyplomatycznego popełnił skandaliczny błąd. Zamiast hymnu Słowacji orkiestra odegrała hymn Słowenii.

 

Dwa lata wcześniej agenci francuskiego wywiadu obserwujący agenta KGB występującego pod nazwiskiem Pierre Bart sfilmowali jego spotkanie z mężczyzną, który przekazał mu pokaźną torbę. Gdy zidentyfikowali nieznanego im osobnika jako wysokiej rangi amerykańskiego dyplomatę, podzielili się zdobytą wiedzą z CIA. Bloch został objęty obserwacją. Ewidentnych dowodów zdrady nie udało się uzyskać, ale odkryto jego preferencje seksualne. Został więc wezwany do Waszyngtonu na przesłuchanie. Bronił się, przekonując, że jest filatelistą i w torbie, z którą go sfotografowano, znajdowały się klasery ze znaczkami.Ponieważ Bloch był znany z kolekcjonerskiej pasji i nigdy wcześniej nie wzbudził najmniejszych podejrzeń, pozwolono mu wrócić do Departamentu Stanu. Ale już nie spuszczano go z oka. I okazało się, że w czasie przygotowań wizyty prezydenta George’a Busha seniora w Brukseli ponownie spotkał się z Bartem, a następnie odebrał od niego dziwny telefon.„Chyba złapałem wirusa, mam nadzieję, że pana nie zaraziłem” – mówił radziecki agent. Brzmiało to jak ostrzeżenie. Jednocześnie CIA ustaliła, że kilkanaście lat wcześniej, podczas pracy w Berlinie Wschodnim, Bloch również korzystał z usług prostytutek. Nie mogło to ujść uwadze wszechobecnej NRD -owskiej bezpiece, Stasi, która o delikatnych sprawach związanych z Amerykanami informowała KGB. Prawdopodobnie wtedy Bloch został zaszantażowany i zwerbowany. Chociaż wszystkiemu zaprzeczał, został wyrzucony z dyplomacji „ze względu na zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego”. Z braku jednoznacznych dowodów zdrady nie stanął przed sądem, ale stracił wszystko, nawet prawo do emerytury. Wyjechał na prowincję, utrzymywał się z pracy pakowacza w hipermarkecie, w 1993 r. został oskarżony o kradzież żywności i skazany na 100 dolarów grzywny.Nie wiadomo, czy Bloch z własnej inicjatywy nawiązał kontakt z NRD-owską prostytutką, czy też wpadł w tzw. słodką pułapkę zastawioną przez tajne służby. Nie ma bowiem lepszego sposobu na skłonienie dyplomatów do zdrady niż podsunięcie powabnej kobiety, sfotografowanie w czasie uprawiania seksu i zaszantażowanie groźbą ujawnienia kompromitujących zdjęć.

Dyplomata czarowni

Zaledwie 5 miesięcy po objęciu stanowiska Gildas Le Lidec, francuski ambasador na Madagaskarze, musiał opuścić ten kraj. Powodem wydalenia nie były jednak afery szpiegowskie czy obyczajowe, lecz podejrzenie o… czary. Prezydent Marc Ravalomanna kategorycznie odmówił przyjęcia dyplomaty na audiencji, obawiając się, że rzuci na niego zły urok. Wcześniej Le Lidec pracował w Kongo i zamordowano tam prezydenta Laurenta-Desire Kabilę; gdy objął placówkę w Wybrzeżu Kości Słoniowej – dokonano tam zamachu stanu. Przywódca Madagaskaru wolał nie ryzykować i zmusił Paryż do odwołania „czarownika”.


By dyplomatów przed tym chronić, na placówki zagraniczne wysyła się zazwyczaj małżeństwa, ale nie zawsze jest to wystarczającym zabezpieczeniem przed skokiem w bok. Czasem dochodzi do sytuacji humorystycznych, czasem poważnych. W ubiegłym roku policja w Salwadorze znalazła na podwórzu rezydencji ambasady Izraela pijanego mężczyznę, ze związanymi rękoma, półnagiego, ubranego jedynie w strój do igraszek fetyszystów. Zdumieni funkcjonariusze ustalili, że jest to we własnej osobie jego ekscelencja ambasador Tzuriel Rafael. Formalnie nie popełnił żadnego przestępstwa, ale – jak podano w oficjalnym komunikacie izraelskiego MSZ – ze względu na zachowanie niegodne dyplomaty został w trybie natychmiastowym odwołany.

W roku 2005 w podobną historię wplątał się pracownik ambasady Japonii w Pekinie. Jej finał był jednak tragiczny, gdyż dumny potomek samurajów po ujawnieniu skandalu popełnił samobójstwo.

W okresie zimnej wojny za mistrzów w zastawianiu erotycznych sideł uchodzili agenci NRD-owskiej Stasi, dziś pozycję tę przypisuje się Chińczykom. Ale swój wkład do tego procederu wniosła również polska bezpieka. W roku 1963 pewna nasza rodaczka tak urzekła drugiego sekretarza ambasady amerykańskiej Irvina Scarbecka, że ten zupełnie stracił głowę i nie spostrzegł, że podczas miłosnych figli jest fotografowany. Szantażowany zdjęciami zgodził się na współpracę. Szkody, jakie spowodował, musiały być duże, gdyż po zdemaskowaniu został skazany w USA na 30 lat więzienia.

W demokracji nikomu, nawet dyplomatom, nie można zakazać romansowania czy uprawiania seksu za pieniądze. W większości państw zachodnich zobowiązuje się ich jednak do informowania o swych erotycznych przygodach zwierzchników lub funkcjonariuszy ochrony kontrwywiadowczej ambasad. Podobno są tacy, którzy z tego obowiązku się wywiązują.