Oświadczam, że są to zwłoki Marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego, który wrócił do Polski w październiku 1941 roku, by w pracy ruchu podziemnego walczyć o wolność kraju. Oddał swą szlachetną duszę Bogu w dniu 2 grudnia 1941 roku. Zmarł w moim mieszkaniu w Warszawie przy ul. Sandomierskiej 18 m. 6” – taka kartka znalazła się w ubraniu mężczyzny, pochowanego w kwaterze 139 na warszawskich Powązkach w grudniu 1941 r. Podpisała ją Jadwiga Maxymowicz-Raczyńska. Zmarły mężczyzna funkcjonował zaś w dokumentach nie jako Śmigły-Rydz, lecz niejaki Artur Zawisza. Do dziś wielu badaczy ma wątpliwości, czy wersja Maxymowicz-Raczyńskiej jest prawdziwa i czy w kwaterze 139 naprawdę pochowano marszałka. Ostatnie chwile Śmigłego-Rydza są niemniej tajemnicze i zmitologizowane jak śmierć gen. Sikorskiego, z którym serdecznie się nienawidzili.

Do Rumunii i z powrotem

W trakcie kampanii wrześniowej, w nocy z 17 na 18 września 1939 r., Naczelny Wódz marszałek Edward Śmigły-Rydz zdecydował się przekroczyć granicę z Rumunią. „Znalazłem się w sytuacji, w której o jakimkolwiek dowodzeniu nie mogło być mowy. Postanowiłem, mając przy tym zapewnienie rumuńskie, przedostać się do Francji lub Anglii, a to wychodząc z założenia, że pozostaje mi do wykonania druga część zadań i obowiązków, a mianowicie dopilnowanie, by zobowiązania wobec Polski zostały dopełnione” – wyjaśniał potem motywy swej kontrowersyjnej decyzji Śmigły-Rydz. Na jego nieszczęście w Rumunii został szybko internowany i oddany pod opiekę tajnej policji. Zamiast myśleć o organizowaniu armii polskiej na obczyźnie, mógł co najwyżej zająć się malowaniem obrazów. Pod naciskiem władz polskich w Londynie zrezygnował więc z funkcji naczelnego wodza, a prezydent Raczkiewicz powołał na to stanowisko gen. Władysława Sikorskiego.

Śmigły-Rydz nie myślał jednak o emeryturze. Czy to nie mogąc znieść kalumnii pod swoim adresem i oskarżeń o nieudolność w 1939 r., czy też chcąc faktycznie zmazać grzechy z kampanii wrześniowej – przystąpił do działania. Zimą 1940 r. uciekł w przebraniu z miejsca internowania na Węgry, a stamtąd w październiku 1941 r. wyruszył w drogę powrotną do Polski. Jak wyjawił po latach Jerzy Giedroyc, który pracował wtedy w polskich służbach dyplomatycznych w Rumunii, cała operacja przerzutu marszałka kosztowała 100 tys. dolarów. Były Naczelny Wódz miał więc swych sympatyków, wsparcie i niebagatelne środki.

Czy miał jakieś ambicje polityczne, wracając do kraju, nie jest do końca jasne. Według jednej wersji (popartej zachowanymi relacjami np. Klementyny Mańkowskiej z tajnej organizacji „Muszkieterowie” czy sympatyzującego z marszałkiem Franciszka Edwarda Pfeiffera „Radwana”, organizatora podziemnej Grupy Wojsk Polskich „Edward”), chciał pracować w konspiracji, podporządkowując się rządowi Sikorskiego. Według drugiej wersji, raczej szeptanej, chciał potajemnie tworzyć własną siatkę wpływów, a jego sympatycy otwarcie krytykowali politykę Sikorskiego, szczególnie za próby ułożenia stosunków z ZSRR (patrz „Kto wrobił wuja Jaruzelskiego” FH 11/2011). Ba, być może nawet myślał o własnym rządzie, który w obliczu klęski ZSRR, ciężkiej pozycji Anglii i nieprzesądzonego stanowiska USA (a taka była sytuacja geopolityczna w chwili, gdy Śmigły-Rydz znów stanął na polskiej ziemi) stanąłby po stronie Niemiec i ratował z polskiej państwowości, co się da. W Polsce nie brakowało polityków gotowych iść tą drogą (patrz „Za Polskę i Führera” http://www.focusnauka.pl/historia/artykuly/zobacz/publikacje/ za-polske-i-fuehrera/).

Tak czy inaczej, Śmigły-Rydz żadnej większej roli już nie odegrał. Przeszkodziła mu śmierć, której okoliczności są dosyć tajemnicze. 

Ostatnie chwile marszałka

Mieszkał w Warszawie u wdowy po gen. Maxymowiczu-Raczyńskim. Bywali u niego szef „Muszkieterów” Stefan Witkowski, związany ze środowiskiem dawnych legionistów były minister i działacz Obozu Zjednoczenia Narodowego Julian Piasecki czy emisariusz płk Marcin Zalewski. Od końca listopada 1941 r. marszałek czuł się źle. Skarżył się na duszności, okoliczności sprzyjały rozwojowi depresji, jeszcze w Rumunii leczył się z nadkwasoty żołądka… 55-letni marszałek okazem zdrowia nie był, więc wezwano lekarzy. „Wstępna diagnoza lekarzy brzmiała – angina pectoris (dusznica bolesna), czyli postać zawału serca” – pisze prof. Wysocki w „Cieniu Zawiszy”. Przepisane zastrzyki nie pomagały, podobnie opieka generałowej i znajomych. Nad ranem 2 grudnia 1941 r. Śmigły-Rydz zmarł.

„Niespodziewaną i tragiczną w wymowie śmierć marszałka Edwarda Śmigłego-Rydza otacza wiele mistyfikacji – przyznaje w swej książce prof. Wiesław Jan Wysocki. – Jedną, bardziej rozpowszechnioną, jest wersja Buterlewiczowej, jakoby zgon marszałka nastąpił w wyniku załamania psychicznego po znalezieniu w jednej z książek w mieszkaniu J. Maxymowicz-Raczyńskiej wiersza Mariana Hemara (Heschelesa) »Do Generała«, uwłaczającego Śmigłemu”. 

Hemar istotnie był bezlitosny dla marszałka. W wierszu stwierdzał m.in. „Wicher targa rumuńską nocą./ Próżno oczy i uszy zakryjesz/ Te upiory do okien łomocą/ Generale! My polegli. Ty żyjesz?”. Problem w tym, że Maxymowicz-Raczyńska wyjaśniała, że marszałek nie wiedział o istnieniu wiersza Hemara, a Maria Buterlewiczowa nie była świadkiem naocznym opisywanych wydarzeń. Wariant „poetycki” wygląda więc na sentymentalny wymysł.

 

Wersja samej generałowej jest taka: „W nocy (było to z 1 na 2 grudnia) obudziło mnie stukanie do drzwi i głos p. Marcina: »Proszę pani jest źle, Marszałek ma silne bóle, trzeba dać zastrzyk morfiny (…). Marszałek rzucał się niespokojnie, na policzkach miał wypieki, w oczach przerażenie, jęczał przez zaciśnięte usta. Kiedy podchodziłam ze strzykawką napełnioną morfiną, sam gwałtownie podciągnął nogawkę piżamy, aby obnażyć udo do zastrzyku. Zaraz po tym pobiegłyśmy do kuchni, aby napełnić termofor gorącą wodą i położyć na serce. Zanim zdążyłam to zrobić, wpadł Marcin z okrzykiem: »Proszę pani, już!«.  Wbiegłam do pokoju. Marszałek już nie żył”.

Jednak na całkiem inne okoliczności śmierci wskazywał Dariusz Baliszewski (m.in. w cyklu artykułów w latach 1985–1986 w tygodniku „Ład”). Na podstawie zebranych przez siebie relacji utrzymuje, że Śmigły-Rydz wcale nie zmarł w 1941 r., lecz został przewieziony do mieszkania na ul. Marszałkowskiej, gdzie wegetował pod kontrolą ludzi z konspiracji, stojących po stronie Sikorskiego. Przez te ciężkie warunki odnowiła się marszałkowi gruźlica z młodości, więc przewieziono go do sanatorium w Otwocku. Tam zmarł na gruźlicę gardła latem 1942 r. Według niektórych relacji niewykluczone, że zwłoki marszałka pogrzebano w pobliskich lasach.

Sprawę jeszcze bardziej komplikuje fakt, że po latach o jeszcze innej spiskowej teorii zaczęła wspominać Maxymowicz-Raczyńska. Miał o tym słyszeć jej znajomy, emigracyjny polityk gen. Wacław Hryniewicz-Bakierowski: „Pani Generałowa była bardzo podenerwowana, kiedy zwróciła się do mnie, że chce mi przekazać pewne dodatkowe wiadomości, wiążące się ze sprawą śmierci marszałka. Zaznaczyła, że krótko przed śmiercią doktor dał marszałkowi zastrzyk (adrenalina) z pudełeczka, w którym było 5 ampułek. Czyli pozostało – cztery… Dalej zaznaczyła, że ostatnio ona sama w nocy zapadła na sercowe dolegliwości. Wezwała znajomą pielęgniarkę. Ta powiedziała, że chce zrobić zastrzyk adrenalinowy, ale musi czekać do rana, bo apteki są zamknięte. Wtedy Generałowa przypomniała sobie owe 4 ampułki przechowywane przez nią od czasu śmierci Marszałka. Dała pudełeczka sanitariuszce. Ale… Sanitariuszka wzięła pudełeczko i powiedziała: »Pani Generałowo – to nie jest adrenalina – to jest czysta woda«. Wtedy Generałowa uświadomiła sobie, że wówczas marszałek otrzymał zastrzyk przed śmiercią nie adrenaliny, ale wody! Była przerażona tym faktem i pełna podejrzeń”. Tym bardziej wydawało się to niepokojące, gdy pewien lekarz zasugerował Hryniewicz-Bakierowskiemu, że zastrzyk z wody nie powinien być szkodliwy, chyba że „do tej wody dodano coś jeszcze”… Ale właściwie kto i dlaczego miałby to robić?

Śmigły do Afryki!

Oczywiście głównym podejrzanym wydają się ludzie skupieni wokół nowego Naczelnego Wodza gen. Sikorskiego. Ten 16 stycznia 1941 r. pisał do szefa MSZ Wielkiej Brytanii Anthony’ego Edena o… niepokoju, jaki wzbudziła w nim ucieczka Śmigłego-Rydza z Rumunii: „Pozostawienie marszałka poza możliwością bezpośredniego kontaktu z wojskiem polskim jest niezbędne. Wobec tego byłoby niezmiernie pożądanym umieszczenie marszałka Śmigłego-Rydza w jednej z kolonii brytyjskich, gdzie mógłby przebywać ze swoim bezpośrednim otoczeniem do czasu zakończenia wojny”. 

Do władz polskich w Londynie dochodziły sprzeczne dane, o tym gdzie podziewał się marszałek: Jugosławia, Grecja, Turcja, Palestyna. Najwyraźniej była to próba zmylenia – i to nie tylko pościgu rumuńskiego czy niemieckiego, ale i służb nowego Naczelnego Wodza. Zaniepokojeni generałowie Sikorski i Sosnkowski informowali szefa ZWZ gen. Roweckiego w lutym 1941 r.: „Już sama obecność marsz. Śmigłego w Kraju, choćby nie był on w stanie rozwinąć sam działalności ze względu na niewątpliwą postawę Kraju, byłaby wysoce szkodliwa dla sprawy polskiej, bowiem musiałaby spowodować dezorientację, stając się przeszkodą w wysiłku organizowania społeczeństwa do walki zbrojnej z Niemcami”. 

Dalej stwierdzają zaś: „Rząd Polski traktowałby tę obecność jako dywersję w jego pracy dla Kraju, tym bardziej, iż trudno przypuścić, aby marsz. Śmigły przekraczał granicę Kraju bez określonych zamierzeń i planów”. 

27 września 1941 r. Sikorski polecił Roweckiemu, aby w razie spotkania ze Śmigłym-Rydzem „zażądać w imieniu Rządu RP opuszczenia przez niego terytorium Polski i udania się w myśl już wydanych zarządzeń do Stambułu, skąd na czas wojny będzie przewieziony do Południowej Afryki jako gość Rządu Wielkiej Brytanii”.

Dodajmy, że Sikorski lękał się też rzekomych prób tworzenia przez byłego ministra Józefa Becka proniemieckich „legionów”, jego ludzie tępili wszelkie przejawy niesubordynacji (patrz śmierć szefa „Muszkieterów” Witkowskiego i inne wątki z artykułu „Kto wrobił wuja Jaruzelskiego” FH 11/2011), a sam Sikorski internował wrogich mu sanacyjnych oficerów najpierw we Francji, a potem na Wyspach Brytyjskich. „Ci, którzy robią intrygi, znajdą się w obozie koncentracyjnym” – groził latem 1940 r.

Sam Sikorski zginął w 1943 r. w okolicznościach, które do dziś są niejasne. Wielu uważa katastrofę gibraltarską za w istocie zamach, przejaw wojny polsko-polskiej. Czy ma to jakiś związek ze śmiercią Śmigłego-Rydza? „Łącząc ze sobą śmierć Sikorskiego i Śmigłego-Rydza, trzeba byłoby przyjąć spiskową teorię dziejów. Czyli że Anders zlikwidował Sikorskiego za to, że ten nakazał likwidację Śmigłego-Rydza. Tylko że ja nigdy na taką sugestię bym się nie odważył. Bo trzeba opierać się na faktach. Ci dwaj liderzy w tajemniczych, tragicznych okolicznościach zeszli z tego świata, ale to jeszcze nie znaczy, że można wysnuć tak daleko idące wnioski. Myślę, że Sikorski gotów był zesłać Śmigłego-Rydza do południowej Afryki, tak jak gotów był wsadzać senatorów do obozów. Jednak, mimo wszystko, istniały jakieś granice” – ostrzega prof. Wysocki.

 

Profesor zdecydowanie sprzeciwia się łatwemu podważaniu „oficjalnej” wersji śmierci marszałka: „Nie mam żadnych konkretnych dowodów na to, że są inne okoliczności śmierci niż te oficjalnie przyjmowane. Można oczywiście mówić o pewnych plotkach, supozycjach czy tropach, którymi można byłoby pójść. Sam spotkałem się z kilkoma, jeśli nie kilkunastoma, wersjami śmierci Śmigłego-Rydza. Niektóre były bardzo wątpliwe. Po prostu ludzie konfabulują, nawet mimowolnie, zwłaszcza po latach. Wiarygodność niektórych przekazów, np. złożonych na łożu śmierci, jest trudna do zweryfikowania. Relacja generałowej Maxymowicz-Raczyńskiej budzi pewne zastrzeżenia, ale w mojej opinii nikt jej nie podważył”.

Ampułki generałowej czy kierunek Otwock?

Ale wszak i generałowa zaczęła coś wspominać o podejrzanych ampułkach… „Generałowa w różnym czasie zmieniała niektóre szczegóły swej relacji. Myślę, że jest to po trosze naturalne, bo czas robi swoje. Ale ponadto do każdego z nas docierają z czasem różne informacje i w efekcie tworzymy sobie coś świadomie lub nieświadomie konfabulowanego. Ponieważ wokół Śmigłego-Rydza były różne rywalizujące ze sobą środowiska, pojawiło się podejrzenie otrucia. Na fali tego mogło powstać podejrzenie generałowej o fiolkach. Jeśli jednak zostało powzięte po takim okresie, to trudno uznać je za wiarygodne” – zwraca uwagę prof. Wysocki. Także Baliszewski bagatelizował domniemane wyznanie generałowej, bo według niego Śmigły umarł kiedy indziej i to na gruźlicę gardła.

Z kolei „otwocką” wersję śmierci Śmigłego-Rydza, o której pisał red. Baliszewski, krytycznie ocenia prof. Wysocki: „Jest on znakomitym dziennikarzem historycznym, ale poszukuje sensacji i, moim zdaniem, idąc jakimś tropem podporządkowuje wszystkie okoliczności swojemu »węchowi«. Znam różne tropy, które – niezależnie od tego, co publikował Dariusz Baliszewski – też wskazywały na »trop otwocki«. Ale to są tak pośrednie relacje, że nie odważyłbym się ich przyjmować za wiarygodne”.

Baliszewski broni się mówiąc, że w sprawach tych największych, najtrudniejszych tajemnic z naszej historii brakuje dokumentów. Dlatego on, w odróżnieniu od innych historyków, gdy nie ma dokumentów, to szuka ludzi. Gromadzi relacje, analizuje je, weryfikuje. Twierdzi, że Śmigły-Rydz zmarł w Otwocku, bo ma odpowiednie relacje kilkudziesięciu osób z Otwocka (mieszkających tam w czasie wojny – szukał ich po całym świecie). W tym lekarzy i księży. Mówi też o świadkach, którzy potwierdzali „otwocką” wersję na łamach jego programów i artykułów. 

Przypomnijmy, że w Londynie nie wiedziano o śmierci Śmigłego-Rydza jeszcze długo po „oficjalnej” grudniowej dacie. Dopiero 16 stycznia 1942 r. prezydent Raczkiewicz dowiaduje się o tym od gen. Sikorskiego, ale daje się wyczuć, że nie są tych informacji pewni. Jeszcze 18 marca 1942 r. Stalin pyta w Rosji gen. Władysława Andersa: „A gdzie Śmigły?”. Ten odpowiada: „Według wiadomości z Kraju znajduje się w Warszawie, podobno ciężko chory na angina pectoris”. Stalin dopytuje: „Ukrywa się chyba?”. Anders odpowiada: „Naturalnie”. 

Jeszcze 18 lutego 1943 r. gen. Sosnkowski oględnie wypowiadał się o ewentualnej śmierci marszałka, zastanawiając się, „czy nie jest to celowy i zrozumiały kamuflaż, trwający od piętnastu miesięcy, mający na celu bezpieczeństwo wiadomej osoby?”.

Po wojnie wiele zainteresowanych osób uważało sprawę za zamkniętą. Krzysztof Münnich, syn adiutanta Śmigłego-Rydza Tadeusza Münnicha,  stwierdził w 2011 r. (po pokazie filmu „Powrót Śmigłego” w warszawskim Domu Spotkań z Historią): „Mam źródła informacji, jeśli chodzi o śmierć i pochówek na cmentarzu: mój ojciec korespondował po wojnie z żoną marszałka Martą Śmigliną, która mieszkała na Rivierze (i została zamordowana w nieokreślonych okolicznościach). Z tej korespondencji nie wynikają najmniejsze wątpliwości co do okoliczności śmierci marszałka”.

Ale jakieś wątpliwości przetrwały, może nawet i za przyczyną tragicznej śmierci żony Śmigłego-Rydza (patrz: http://www.focus. pl/historia/artykuly/zobacz/publikacje/smierc-i-koronki/). Jednak przede wszystkim zwraca uwagę fakt, że po wojnie sprawą śmierci Śmigłego-Rydza zajęła się… peerelowska bezpieka! 

Na celowniku bezpieki

Zetknęli się z tymi pogłoskami zarówno red. Baliszewski, jak i prof. Wysocki. „Takie plotki można usłyszeć od różnych funkcjonariuszy służb PRL. Ja miałem okazję rozmawiać z gen. Zbigniewem Pudyszem z MSW, miałem też w ręku różne relacje. Mówiło się, że już w czasie okupacji grób Śmigłego-Rydza został rozkopany, a zwłoki zabrane. Później penetrowano podobno mogiłę marszałka w okresie bierutowskim. W 1966 r. powstał raport z dochodzenia, przeprowadzonego na polecenie szefa MSW Mieczysława Moczara. Dwaj funkcjonariusze bezpieki jako pracownicy Wojskowego Instytutu Historycznego przeprowadzili śledztwo i przesłuchali wiele osób. W ich raporcie pojawiły się rozważania co do możliwego otrucia Śmigłego-Rydza. Dlatego, że Komenda Główna AK posiadała odpowiednie środki i komórki w tym wyspecjalizowane, zaś generałowa Maxymowicz-Raczyńska miała z nimi kontakt. Było więc jakieś prawdopodobieństwo otrucia. Nie stwierdzono jednak wprost, że Śmigły-Rydz padł jego ofiarą. Raport sugerował, że trzeba dokonać ekshumacji. Ktoś związany z »Rakowiecką« mówił mi, że została przeprowadzona, ale nie wiem, czy temu wierzyć – mówi prof. Wysocki i dodaje: – Wiem za to, że po wojnie przez jakiś czas osoby z otoczenia Śmigłego-Rydza były inwigilowane. Może z przyczyn czysto politycznych, jednak nie podejmowały w tym okresie żadnych akcji, a jednak coś się wokół nich działo”.

 

Z kolei Dariusz Baliszewski miał usłyszeć pewne informacje z „pierwszej reki”. Jak stwierdza, było kilka dochodzeń UB i Wojskowego Instytutu Historycznego wokół śmierci Śmigłego-Rydza. Sprawa ta ogromnie działała na wyobraźnię komunistycznych władz. Podobno kiedy Baliszewski tym się interesował, ktoś tajemniczy poprosił go o spotkanie. W warszawskiej kawiarni „Mokotowska” o godz. 22.55. Lokal zamykano o godz. 23, więc prawdopodobnie hodziło o to, aby spotkanie trwało krótko i nikt nie wszedł. Przyszła tam pani (ponoć w czasie wojny pracująca dla Rosjan jako radiotelegrafistka) i powiedziała: „Upoważniono mnie, abym przekazała, że nie będziemy panu ani pomagali, ani (co ważniejsze) przeszkadzali”. Nie chciała wyznać, w czyim imieniu się wypowiada. Odparła: „To nieistotne. Ale chcę panu powiedzieć, że w 1947 r. ciało rzekomego Śmigłego zostało wydobyte z kwatery 139. Zajmowali się tą sprawą oficer i 4 podoficerów UB. Ciało zostało przewiezione do Instytutu Medycyny Sądowej, gdzie błyskawicznie stwierdzono, że nie należało do Śmigłego. Nie umiem panu powiedzieć, czy wróciło na miejsce, ale chyba nie”.

W odpowiedzi, jak było naprawdę, mogłaby pomóc otwarcie kwatery na Powązkach. Popiera ten pomysł prof. Wysocki: „Sam kiedyś to postulowałem. Wtedy była to jeszcze mogiła ziemna. Dziś, gdy leży już tam płyta kamienna, byłoby trudniej, ale postulat w dalszym ciągu jest aktualny. Dlatego, że wokół ludzi na szczytach władzy toczy się różna gra. Mogła i wokół Śmigłego-Rydza. Żeby to potwierdzić, trzeba mieć dowody. Takim dowodem eliminującym już przynajmniej część wątpliwości, byłaby ekshumacja. Kto tam leży? Póki nie ekshumujemy szczątek, to nie będziemy wiedzieli, czy mogiła była ruszana i czy zwłoki tam leżące są autentyczne. Czy je podmieniono, czy musiano podmieniać? To są wszystko pytania, na które dzisiaj nie znamy odpowiedzi, a bez przebadania grobu, stoimy w miejscu”.

Niestety, jak dowiadujemy się nieoficjalnie, IPN nic podobnego nie planuje. W ogóle wycofuje się z planów ewentualnych ekshumacji w różnych sprawach – prawdopodobnie po medialnej nagonce, kiedy Instytut skrytykowano za „kosztowne” i nieprzynoszące sensacyjnych efektów ekshumacje ofiar katastrofy gibraltarskiej. Czyli Sikorski ze Śmigłym-Rydzem znów weszli sobie w paradę.