Czerwiec 2008, maleńki lokal w pobliżu placu Konstytucji w Warszawie. Przy biurku siedzi łysy facet. Spocony, wzdycha ciężko. Wypielęgnowane palce na przemian unoszą szklaneczkę whisky i cygaro z pudełka po cztery tysiące. Jest piekielnie gorąco.

– W takim upale można się upić jedną szklaneczką. A po pijaku robi się różne głupie rzeczy – mówi niby żartem łysy, wyjmuje zza pazuchy Glocka 17, parabellum,

9 mm. Tego samego modelu używa policja, tak często korzystająca z usług łysego. Kładzie broń pomiędzy nami i szepcze: – Dawno nie strzelałem, wiesz?

 

Łysy nazywa się Pan Z. Niedawno stał się bohaterem artykułu prasowego. Opisano, że zrobił przekręt, sprzedając policji niedziałające urządzenia podsłuchowe. Była mała afera. Szybko ucichła. Teraz to już przeszłość. Ów dziennikarz nigdy nie napisze już krytycznego tekstu na temat Z. Bo urządzenia działały, a on nie był sprzedawcą, tylko pośrednikiem. W ogóle w zasadzie nie uczestniczył w tym przekręcie. Tak, nic nie wie o żadnych przekrętach.

Cwaniacy i załatwiacze

Pana Z. w „środowisku” znają wszyscy. Dzwoni na komórkę do polityków, ministrów i agentów służb specjalnych. Wysoki, postawny, w modnej skórze. Zerka na drogi zegarek. Ma mocny uścisk dłoni i przeszywające spojrzenie. Potrafi załatwić broń, komputery, samochody terenowe, kajdanki, mundury, zaawansowane systemy informatyczne – pojawia się wszędzie tam, gdzie są duże pieniądze. Przetargi w policji, wojsku, ministerstwach, służbach specjalnych? Pan Z. wyskakuje jak królik z kapelusza. Z ofertą: pięć procent i załatwimy kontrakt.

– Teraz mówi się, że brał te pięć procent od wszystkich, a niewiele robił. Potem ktoś wygrywał przetarg i on udawał, że to załatwił. Ale czasy się zmieniły, odeszli najwięksi załatwiacze, skończyły się łapówki dawane w lokalach przy wódzie, CBA grasuje, więc wszyscy się generalnie pilnują i jeśli biorą, to w bardziej zawoalowany sposób. Coraz rzadziej Pan Z. trafia też na naiwniaków – wspomina prezes jednej z firm dostarczających sprzęt dla policji.

Pilnują się? To skąd afera, w której policjanta Andrzeja M., oddelegowanego na dyrektora do MSWiA, zatrzymano z zarzutami łapówek wartych kilka milionów złotych? A M. był odpowiedzialny za projekty warte 3 mld zł. Skandal rozszedł się na całą Unię Europejską, która zablokowała nam sporą część funduszy.

Ale to już inna historia.

Ostatni wielki numer Pana Z. – przetarg związany z jednym z najważniejszych projektów modernizacyjnych dla Ministerstwa Sprawiedliwości. Duże pieniądze, kilkaset milionów złotych.

– Z. reprezentował jednego z izraelskich oferentów, potem objawił się jako „przyjaciel” jego konkurenta. Czy ostatecznie zarobił, nie wiem.

Podobno wszyscy się pokłócili, więc Z. próbował na koniec przez media doprowadzić do unieważnienia przetargu. Skoro on nie zarobił, nie zarobi nikt. Ale nie udało się. Kontrakt podpisano – mówi uczestnik przetargu.

Pan Z. jest przedstawicielem prawdziwej mafii, którą rozbawiają nawet największe numery pospolitych bandytów. Chłopcy z miasta to przy nich piaskownica, nic nie wiedzą o przestępczości zorganizowanej. Takiej z prawdziwego zdarzenia, w której wszystko jest dopięte na ostatni guzik, gangsterzy działają w białych rękawiczkach, zgodnie z ustalonymi procedurami, na międzynarodową skalę.

Gdy trzeba, załatwiają transakcje via Szwajcaria i Izrael, tworzą skomplikowane łańcuszki dostawców, by ukryć finansowanie „wziątek”. Nadzwyczajne marże znikają w sfingowanych kontraktach z podwykonawcami. W tych łańcuszkach każdy zna swoje miejsce w szeregu. Nikt się nie wychyla.

– Za Z. stoi grupa, w której są specjaliści od podsłuchów, przestępczości internetowej i bankowej, byli i obecni agenci, ludzie od panienek, wódy i gry w szachy. Gdy trzeba, dają marchewkę: pieniądze, fajny wyjazd na wakacje, samochód, bilety na mecz Barcelony, narty w Aspen. Innym razem przychodzą z kijem, grożą i szantażują. Potrafią omamić blichtrem i władzą, a jeśli to nie działa, skutecznie zastraszyć – mówi jeden z oficerów rozpracowujących grupę załatwiaczy.

Pan Z. może wyjąć z sejfu milion i natychmiast wypłacić jako zachętę do współpracy. Zna się na inżynierii finansowej. Jeśli ktoś ma opory, wynagrodzenie może odebrać w Szwajcarii. Wszystko do omówienia na jachcie w Cannes albo na imprezie w Petersburgu. Minister obawia się zarzutów korupcyjnych? Sprawa zostanie załatwiona przez inwestycję w spółkę celową. Przelew nadejdzie z Emiratów, ze znanego banku, ale reprezentującego ukrytego zleceniodawcę. Jeśli trzeba, Z. załatwi wyjazd referencyjny do RPA, wycieczkę lotniczą nad Meksykiem czy wieczór w kasynie w Las Vegas. W towarzystwie pięknych pań. Potrafi pić wódkę, nie wymięka po „krowie” na głowę. W energetyce na przykład to ważne, żeby nie kończyć pod stołem, gdy dochodzi do omawiania kto komu i za ile. Do legend przeszła impreza w pewnym pustynnym kraju, na której jednej z dużych grup przemysłowych ułożono budżet wydatków na cały rok. Sprawa jest znana pod kryptonimem „mistrzowska układanka” i nie ma w tym przesady.

– A może chciałby pan ponurkować z rekinami? – pyta Z. na naszym ostatnim spotkaniu i dodaje ze śmiechem: – W klatce ochronnej albo i bez klatki.

 

Prostytucja, przemyt czy wymuszenia dają śladowe zyski w porównaniu z pieniędzmi, które zarabiają mafiosi w białych kołnierzykach. Zupełnie przy tym nie brudząc sobie rąk.

W urzędniczych gabinetach załatwiają potężne kontrakty, czyhając jak sępy wokół publicznych zamówień czasem wartych miliardy. Samoloty dla armii, systemy ochrony granic, samochody dla policji i wojsk w Afganistanie, wydobycie surowców, radary morskie, specjalne komputery dla służb – wszędzie pojawiają się załatwiacze.

Twierdzą, że pomagają dobrze wybrać, że zawsze dają najlepszą ofertę, że po prostu chcą dobrze dla armii, służb, policji, Polski.

Przysługa... za małe co nieco. Tyle tylko, że w tym wypadku małe co nieco liczy się od cyfry i sześciu zer wzwyż.

Wtopa każdemu się zdarzy

Czasem coś nie wychodzi i radary, zamiast chronić granicę, przepuszczają obiekty nisko latające i małe łódki. Tak było w przypadku zakupu pilotażowego systemu ochrony granicy morskiej. Zamiast znanych i dobrych radarów firmy Therma zakupiono niemieckie nieprzetestowane odpowiedniki. Efekt: radar mógł przepuszczać przemytników. Sprzęt trzeba było wymienić na porządny. Za dodatkową opłatą.

Jeszcze większym skandalem skończyła się próba zainstalowania „muru” czujników i kamer na granicy wschodniej, gdzie w trwającym kilka lat przetargu wyrzucono wszystkich poważnych światowych graczy, zostawiając dwie polskie firmy, które zaraz miały połączyć się w jedną spółkę. Źle przygotowane wymagania pograniczników spowodowały, że oferty grubo przebiły pół miliarda złotych, wielokrotnie przekraczając budżet.

Inne sytuacje: samochody dla armii mają za słabe opancerzenie, policyjne pojazdy nie spełniają wymagań, kamery do całodobowej kontroli nie widzą w nocy, system łączności korzysta z pasm otwartych zamiast chronionych, czujniki umieszczone na wieżach na granicach nie działają – masa niedoróbek spowodowanych tym, że ktoś, zamiast rywalizować jakością, konkurował ceną i układami.

Większość tych spraw to efekt działań mafii białych kołnierzyków.

– Generalnie załatwiacze czasem się przydają, rzeczywiście pomagają, ale to są ludzie bez skrupułów. Liczą się pieniądze. Kto zapłaci, tego będą reprezentować. Walczyć z nimi jest bardzo ciężko, bo jak nie poradzą sobie, przekupując, to zaczynają straszyć. Układami, znajomościami, czasem czymś więcej. Urzędnicy boją się ich. Konkurenci też. Zdarzają się sytuacje, że załatwiacz pojawia się z ofertą już po wygraniu przez kogoś przetargu: chcesz zrealizować ten projekt, musisz zapłacić, inaczej będziesz miał problemy z umową albo odbiorem prac. Wolisz zabulić nam czy płacić znacznie wyższe kary umowne? To zwykłe szantaże, ale na niezwykłą skalę i na niezwykłym poziomie – opowiada jeden z urzędników.

Na progu nowego wieku, w latach 2000–2002, załatwiacze bardzo się rozpanoszyli. Byli praktycznie przy każdym dużym przetargu czy prywatyzacji. Często ważnym dla obronności Polski. Można było usłyszeć legendy o wielomilionowych łapówkach, prowokacjach przeciwko urzędnikom, politykom i decydentom, wykorzystywaniu gazet do ataków, interpelacjach poselskich pisanych na zamówienie, a nawet przygotowywanych specjalnie pod daną grupę przestępczą ustawach.

– Słyszałem o tym, a być może sam padłem w ministerstwie ofiarą takiego gangu z dojściami, kiedy nie chciałem zrozumieć, że trzeba dać ludziom zarobić, aby spłacili kredyty. Mówi się, że załatwiacze obsadzają swoimi kandydatami stanowiska dyrektorów i naczelników w urzędach, ale myślę, że nie wszędzie. Na własnej skórze zetknąłem się natomiast z czarnym PR-em, jaki jest prowadzony wobec osób, które nie pasują do pewnych układów. Dostałem kilka życzliwych listów z dziwnego konta, w których odradzano mi startowanie w konkursie na dyrektora jednego z urzędów. List wyrażał troskę i smutek, że wszystko jest poustawiane; nie ma sensu, by taki wybitny specjalista jak ja był „przeczołgiwany” za to, że awansował za PIS-u – wspomina jeden z wysokich urzędników ministerialnych.

Załatwiacze nie mieli politycznego oblicza. Współpracowali z posłami wszystkich opcji. Skala ich aktywności była ogromna. Wszystko działo się w cieniu i tylko czasami wychodziły takie kwiatki jak wielka afera przy najważniejszym systemie informatycznym policji – KSIP (Kompleksowy System Informacyjny Policji). Okazało się bowiem, że za znanymi amerykańskimi korporacjami i renomowanymi giełdowymi spółkami ukryły się firmy-krzaki zakładane przez „słupy” (kucharzy, prostych pracowników fizycznych), którzy byli podpinani pod kontrakty.

– Policja płaciła część kasy wielkiej korporacji, a druga część szła dla firm-krzaków, które nigdy niczego nie robiły. W ten sposób wytransferowano z publicznych pieniędzy dziesiątki milionów złotych. Poza policją, umoczone w to wszystko były inne urzędy, ministerstwa, a nawet Katolicka Agencja Informacyjna – wspomina jeden z policjantów.

Sprawa wyszła przypadkiem, wiele lat później, gdy prokuratura oskarżyła „słupy” dające nazwiska dla firm-krzaków takich jak: Petroteck, Fabian, Triumwirat, Kaszub. Firmy te wymieniały się pomiędzy sobą tymi samymi usługami, przy czym żadna nie miała doświadczenia i potrzebnych umiejętności. Potem w sądzie tłumaczyli, że zaawansowane, bardzo drogie serwery (za kilka milionów dolarów) kupowali na... giełdzie komputerowej.

Ale stojący za nimi mocodawcy na ławę oskarżonych nie trafili nigdy. Nikt nie odnalazł ich milionowych zysków. Jeden z głównych aktorów tej farsy dobrowolnie poddał się karze i został skazany na grzywnę 100 tys. zł.

Główną bronią takich gangsterskich grup jest informacja i dezinformacja. Wodą na jej młyn są samobójstwa czy podejrzane okoliczności śmierci znanych osób. Zastraszenie sugestią działa równie dobrze jak rzeczywista groźba. Lubią mówić o swoich koneksjach, układach, przemilczeć pytania, czy czasem nie są agentami pod przykryciem, którym nikt i nic nie jest w stanie przeszkodzić. Układy mają wszędzie i zawsze. Tacy jak oni nigdy nie przegrywają.

– To jest prawdziwa mafia. Ze znajomościami w służbach, czasem wręcz podająca się za agentów służb, z układami politycznymi i medialnymi. Białe kołnierzyki, ale jeśli trzeba, potrafią sięgnąć po środki ostateczne. Zabójcze – mówi nam jeden z prokuratorów.

Lepiej nie wchodzić im w drogę. Nawet jeśli lubimy nurkować z rekinami.