Takahiro Shiraishi usłyszał zarzuty dotyczące morderstwa, gwałtu, rozczłonkowania i przechowywania ciał dziewięciu ofiar – ośmiu kobiet i jednego mężczyzny w wieku od 15 do 26 lat. Zamordowany mężczyzna był przyjacielem jednej z zabitych kobiet i zginął, bo próbując ją odnaleźć trafił do Shiraishiego.

Nazwisk ofiar „zabójcy z Twittera” nie ujawniono ze względu na szacunek dla ofiar i ich bliskich.

W związku z ogromnym zainteresowaniem, jakie sprawa budzi w Japonii, wyrokowi na żywo przysłuchiwało się ok. 400 osób, chociaż w sądowej sali znajdować się mogło jedynie 16 osób – podały lokalne media.

W czasie procesu 30-latek przyznał się do zamordowania i rozczłonkowania ofiar. Podano również, że skazany nie zamierza odwoływać się od wyroku, co oznacza, że kara śmierci pozostaje w mocy, do czasu podpisania przez ministra sprawiedliwości nakazu egzekucji.

Data egzekucji skazanego do końca nie będzie podana do publicznej wiadomości. Kary śmierci w Japonii wykonuje się przez powieszenie, a datę egzekucji upublicznia po jej wykonaniu. Sam skazany również nie zna daty wykonania wyroku, a od decyzji sądu do egzekucji zazwyczaj mijają lata.

Japonia jest jednym z nielicznych krajów rozwiniętych, w których kara śmierci wciąż obowiązuje. Poparcie społeczne dla tego prawa jest nadal wysokie. Obecnie w celach śmierci w Japonii na egzekucję oczekuje około stu skazanych.

Zabójca z Twittera i jego ofiary

Shiraishi wpadł w ręce policji w październiku 2017 roku. Policja chciała przeszukać jego mieszkanie w Zama na przedmieściach Tokio, w związku z zaginięciem 23-latki. TV Asahi podaje, że w trakcie czynności znaleziono kilka pojemników zawierających ludzkie głowy i kości odarte z mięsa. Mężczyzna został aresztowany.

Media nazwały go „zabójcą z Twittera”, bo na swoje ofiary wybierał osoby, które właśnie na Twitterze dzieliły się z innymi myślami samobójczymi i pisały, że planują się zabić. Shiraishi miał kontaktować się z autorami wpisów przez internet, proponując pomoc w zakończeniu życia – podaje agencja informacyjna Jiji.

Próbując zwabić zrozpaczone młode kobiety do swojego mieszkania, miał nawet twierdzić, że również ma myśli samobójcze i zamierza odebrać sobie życie razem z ofiarą. Gdy udało mu się sprowadzić wybraną osobę do mieszkania, dusił ją i gwałcił.

Seria zabójstw po raz pierwszy wyszła na jaw, kiedy zaginęła 23-letnia kobieta. Brat zaginionej uzyskał dostęp do jej konta na Twitterze, gdzie natrafił na niepokojącą wymianę wiadomości. W jednej z nich podana była lokalizacja mieszkania Shiraishiego. Policja weszła do jego mieszkania 31 października 2017 roku.

Japońskie media określiły mieszkanie mężczyzny „domem grozy” po tym, jak śledczy znaleźli w nim dziewięć głów oraz dużą liczbę kości rąk i nóg ukrytych w lodówkach i skrzynkach z narzędziami.

Linia obrony upada

Od początku rozprawy prokuratorzy domagali się dla Shiraishiego kary śmierci. Prawnicy oskarżonego twierdzili, że jest winny znacznie mniej obciążającego czynu - „zabójsta za zgodą”. Adwokaci twierdzili, że ofiary wyraziły zgodę, aby mężczyzna odebrał im życie.

Linia obrony upadła, gdy sam Shiraishi zakwestionował tę wersję wydarzeń i przyznał, że zabił bez zgody ofiar.

Sędzia Naokuni Yano, który wydał werdykt, nazwał zbrodnie „przebiegłymi i okrutnymi” i uznał oskarżonego za „w pełni odpowiedzialnego” za swoje czyny. – Żadna z dziewięciu ofiar nie zgodziła się na śmierć, nie wyraziła też milczącej zgody. (...) To niezwykle przerażające, że odebrano życie dziewięciu młodym ludziom. Godność ofiar została zdeptana – powiedział Yano.

Sprawa „zabójcy z Twittera” rozbudziła w Japonii dwie poważne dyskusje – nad bezpieczeństwem mediów społecznościowych i nad coraz powszechniejszym zjawiskiem samobójstw wśród młodych ludzi.

Japonia od dawna walczy z jednym z najwyższych wskaźników samobójstw w uprzemysłowionym świecie. Liczby spadły od czasu wprowadzenia środków zapobiegawczych ponad dziesięć lat temu, ale wiele wskazuje na to, że pandemia spowoduje ponowny ich wzrost.