dr. Markiem Węcowskim z UW o autorze tego zwycięstwa, jego sukcesach i upadku rozmawia Michał Wójcik

1953 r. w Olimpii znaleziono hełm Miltiadesa. Byc moze walczył w nim pod Maratonem. Jesli to prawda, to chyba jedyna – oprócz tradycji – pamiatka z bitwy i jedyna pamiatka osobista po jakimkolwiek greckim wodzu. Dlaczego ocalala i jak hełm trafił do Olimpii?

Na szczęście zachowało się do dziś kilka takich hełmów. Zostały ofiarowane jako wota bóstwu – w przypadku Olimpii Zeusowi Olimpijskiemu – przez zwycięskich wodzów takich jak Miltiades. To zresztą chyba jedyna kategoria antycznych „przedmiotów osobistych” ważnych postaci historycznych, która miała szansę przetrwać upływające tysiąclecia. Wszystkie inne zabytki tego typu stopniowo ginęły rozkradane, przetapiane albo niszczone przez kolejne pokolenia już w starożytności. By wyjaśnić, jak to możliwe, że zachowały się właśnie hełmy, trzeba powiedzieć kilka słów o „instrukcji obsługi” starożytnych wotów.

W obliczu szczególnie trudnych zadań albo niebezpieczeństwa Grecy często ślubowali bogom udział w owocach przyszłego zwycięstwa, np. w łupach wojennych – z nadzieją, że tym samym bóstwo stanie się zainteresowane korzystnym obrotem wydarzeń i pomoże ludzkiemu „wspólnikowi”. Wota ofiarowywano bogom również bez ślubowania, najczęściej na pamiątkę niespodziewanego zwycięstwa. Najważniejsze z nich były wystawiane w Olimpii czy Delfach w specjalnych skarbcach, czyli budynkach podobnych do małych świątynek. Im lepsze miejsce udało się zapewnić pomnikowi „narodowej” chwały danej greckiej polis, tym lepiej.

Tzw. Droga Święta w Delfach naszpikowana jest do dziś pozostałościami tego typu budynków. Najlepiej gdy skarbiec z łupami z ostatniej wojny bezpośrednio sąsiadował z podobnym, ale wcześniejszym, pomnikiem chwały naszych wrogów. Pomniki takie często eksponowały jakiś materialny ślad zwycięstwa. Po pokonaniu Persów Ateńczycy wystawili w Delfach na widok publiczny potężne liny, które spajały most saperski zbudowany przez Kserksesa w dzisiejszych Cieśninach Tureckich. Tego rodzaju wota miały duże szanse na przetrwanie do naszych czasów z dwóch powodów. Po pierwsze panhelleńskie sanktuaria [czyli sanktuaria wszystkich Greków – przyp. red.], położone często – jak Olimpia czy Delfy – z dala od dużych ludzkich osiedli, w miejscach trudno dostępnych dla przypadkowego wędrowca, trudniej było ograbić w późniejszych czasach, gdy już wygasł kult tamtejszych bogów. Ważniejszy jednak był fakt, że wota po jakimś czasie się „przedawniały”, a polis, która kiedyś je ofiarowała, albo zarządzający sanktuarium urzędnicy uprzątali stare przedmioty, by zrobić miejsce nowym. Robiono to jednak bardzo pieczołowicie – była to wszak własność samego boga. Wykopywano specjalne jamy w pobliżu świątyni bóstwa, do których składano przestarzałe wota, a następnie starannie je zasypywano. Dotyczyło to oczywiście przedmiotów drobniejszych, a nie monumentalnych pomników, które zazwyczaj stały tak długo, aż np. ktoś postanowił wywieźć je w inne miejsce. Rzymianie robili to masowo z posągami z greckich sanktuariów – przenosili te posągi do Rzymu. Hełmy jednak spokojnie spoczywały w ziemi przez tysiąclecia, bo jamy takie nie były zapewne trwale oznaczone, a więc znaleźć je miał szansę dopiero dziewiętnastowieczny archeolog.

Miltiades, król małego panstewka na półwyspie Gallipoli, zrobił w Atenach wielka kariere. Pomogła mu rodzina i koneksje, zdrady w odpowiednim momencie i zwykły spryt awanturnika. Czy jego droga kariery była typowa dla tej epoki?

Była to bez wątpienia jedna z najciekawszych karier politycznych i wojskowych starożytności, a ponadto kariera, która zaczęła się na długo przez urodzeniem Miltiadesa, a skończyła długo po jego śmierci. Wielki Miltiades spod Maratonu to dla historyków właściwie Miltiades Młodszy. Jego stryj Miltiades Starszy należał do pokolenia, które zapewniło starej ateńskiej rodzinie arystokratycznej Filajdów, a i samemu Miltiadesowi Młodszemu, życiowy start, o jakim większość członków ateńskiej elity mogła pomarzyć. Stryjeczni bracia – Miltiades Starszy oraz Kimon Starszy (jego wnuk, a syn Miltiadesa Młodszego, będzie greckim zwyczajem nosił to samo imię) – wywodzili swój ród od mitycznego Ajasa Telamonidy, herosa spod Troi. Urodzili się w 1. połowie VI w. p.n.e., a zasłynęli w oczach Greków przejawami nadzwyczajnej opieki i przychylności ze strony bogów. Miltiadesa Starszego szczególnie ukochał Apollon – kazał swej kapłance Pytii wygłosić wyrocznię, która skłoniła Dolonków mieszkających na Chersonezie Trackim (dziś półwysep Gallipoli w Turcji), by niespodziewanie obwołać młodego Ateńczyka królem. To nieduże i w dodatku barbarzyńskie królestwo było niezwykle ważne ze względu na strategiczne położenie nad najważniejszym szlakiem importu zboża znad Morza Czarnego.

Kimon Starszy zasłynął natomiast serią trzech kolejnych zwycięstw w najbardziej prestiżowych zawodach sportowych Hellady – wyścigach czterokonnych zaprzęgów w Olimpii. Zeus musiał mu być szczególnie przychylny, bo taki hat trick nie zdarzył się nigdy dotąd, a w dodatku Kimon odniósł zwycięstwa tą samą czwórką koni, co uznano za wyczyn ponadludzki. Nadzwyczajne powodzenie doprowadziło jednak arystokratę do zguby. Kimon odniósł swoje drugie olimpijskie zwycięstwo na wygnaniu, na które posłał go ateński tyran Pizystrat. Sportowiec pojednawczo zadedykował wiktorię tyranowi, dzięki czemu wrócił do Aten. Ale trzeci triumf Kimona był już dla tyranów nie do zaakceptowania, bo podważał ich polityczą pozycję. Sam Pizystrat już nie żył, ale jego synowie zwani Pizystratydami pewnej nocy nasłali na Kimona morderców. Największy grecki sportowiec owego czasu zginął z woli tyranów, lecz jego synowie zdołali ujść cało, by następnie stać się tyranami.

Po śmierci bezdzietnego Miltiadesa Starszego na Chersonezie, zadowoleni z jego rządów Trakowie przekazali władzę jego najbliższemu męskiemu krewnemu Stesagorasowi. Ten jednak zginął, nie pozostawiając potomków. Sytuację wykorzystał jego brat Miltiades Młodszy, który właśnie wówczas wkracza na dziejową scenę. I to od razu z wielkim animuszem. Przy tej okazji objawiły się dwie cechy Miltiadesa polityka, które zapewnią mu później wielkie sukcesy, ale ostatecznie doprowadzą go do żałosnego upadku – jego oportunizm i bezwzględność. Otóż Miltiades udał się na Chersonez ok. 520 r. p.n.e. przy poważnym wsparciu ze strony... Pizystratydów, morderców jego ojca! Obie strony udawały, że nic nie wiedzą o prawdziwych zleceniodawcach zamachu na Kimona, choć Ateny huczały już od plotek na ten temat.

Traccy Dolonkowie nie ofiarowali jednak Miltiadesowi władzy od razu. Ateńczyk po przybyciu na Chersonez uwięził więc najzamożniejszych Traków i Greków z okolicy, gdy ci przybyli na uroczystości żałobne Stesagorasa, i siłą przejął rządy. Następnie ożenił się z córką Olorosa, potężnego sąsiada, regionalnego potentata i króla bałkańskich Traków. Dalekim potomkiem tej pary będzie największy historyk starożytności Tukidydes, autor „Wojny peloponeskiej”. Wydaje się zresztą, że orientalnym zwyczajem Miltiades miał jednocześnie kilka żon – greckich i barbarzyńskich.

Od czasów Miltiadesa Starszego sytuacja w regionie dzisiejszych Cieśnin Tureckich uległa jednak dramatycznej zmianie. Powstało imperium o światowym zasięgu – Persja dynastii Achemenidów. Jej kolejny i największy władca Dariusz rozpoczął z Azji Mniejszej ekspansję na północ i zachód. Miltiades, chcąc nie chcąc, zapewne jednak dość ochoczo, oddał swoje państewko pod perski protektorat. Towarzyszył nawet Dariuszowi w inwazji na nadczarnomorskie stepy, gdzie Król Królów ścigał koczowniczych Scytów. Gdy wydawało się, że królowi powinęła się noga, Miltiades bez skrupułów zdradził Dariusza, knując ze Scytami. Co zresztą nie wyszło mu na dobre, bo Dariusz wyszedł z opresji obronną ręką, Scytowie zaś w odwecie za wyprawę Persów spustoszyli m.in. Chersonez. Miltiades nie wykazał się wówczas bohaterstwem, bo prewencyjnie uciekł, pozostawiając Dolonków bez wodza. Ci jednak po odejściu Scytów lojalnie sprowadzili tyrana z powrotem.

W tym momencie zaczyna się najbardziej dramatyczny etap i tak już awanturniczego życia Miltiadesa. Niepowodzenie w wojnie ze Scytami, a potem powstanie Greków z miast w Azji Mniejszej przeciwko Persom (tzw. powstanie jońskie) na chwilę osłabiło perską władzę na północy Morza Egejskiego. Jednak w r. 493 p.n.e. Miltiades musiał ostatecznie uciekać z Chersonezu, gdy perska flota rozpoczęła rekonkwistę tych obszarów. Załadował – a jakże! – kilka statków bagactwami, jakich dorobił się, rządząc Dolonkami, i wyruszył do Aten. Na miejscu spotkały go nieprzyjemności, bo od czasu jego wyjazdu na Chersonez Ateńczycy sprawili sobie ustrój demokratyczny. Teraz dziedziczni wrogowie Miltiadesa, członkowie potężnej arystokratycznej rodziny Alkmeonidów, pociągnęli go przed sąd za tyranię u Dolonków. Na czele wrogów stał zapewne Ksantippos, w przyszłości znakomity dowódca ateńskiej floty, prywatnie ojciec wielkiego Peryklesa. To Ksantippos doprowadzi ostatecznie do upadku Miltiadesa kilka lat później, by potem sam stać się celem politycznych ataków Kimona Młodszego, największego zapewne ateńskiego wodza wszech czasów, syna Miltiadesa. Sam Kimon z kolei pójdzie na wygnanie z woli Peryklesa, syna – jak już wiemy – Ksantipposa. Rodzinna vendetta to w owym czasie jeden z najważniejszych mechanizmów ateńskiej polityki.

Tym razem jednak, w 493 roku p.n.e., Miltiadesowi się upiekło. Nie tylko ateński sąd go uniewinnił, ale wkrótce potem Ateńczycy wybrali go na najważniejszy urząd wojskowy – stratega. Wkrótce okaże się, że powzięli najszczęśliwszą chyba decyzję polityczną w dziejach Aten. Szykowała się wojna z Persami, a nikt w Atenach nie znał Persów tak dobrze jak Miltiades.

Jak wygladała bitwa pod Maratonem? Czesc historyków uwaza, ze Miltiades nie musiał specjalnie główkowac tego dnia. Miał po prostu niesamowite szczescie.

Ateńczycy mieli jednocześnie i ogromnego pecha, i wielkie szczęście. Pecha, bo seria nieskoordynowanych działań wojskowych i dyplomatycznych młodej demokracji ustawiła ich w roli najważniejszego wroga Persji, głównego celu perskiej krucjaty w Grecji kontynentalnej. Szczęście, bo pierwsze kilkanaście lat istnienia demokracji zmusiło Ateńczyków do fundamentalnych zmian w sposobie dowodzenia armią. Przede wszystkim jednak zmienił się stosunek obywateli do własnej polis i poziom ich zaangażowania w jej obronę. Gdy nadeszli Persowie, Ateńczycy mieli nie tylko odpowiednią wiedzę zapewnioną przez Miltiadesa, nowy system dowodzenia w postaci dziesięcioosobowego specjalistycznego kolegium strategów, ale i doświadczenie kilku lat intensywnych walk na wszystkich frontach z obcymi interwentami – Grekami, którzy chcieli jak najszybciej obalić nowy i ich zdaniem niebezpieczny dla sąsiadów ustrój Ateńczyków. Ta seria niespodziewanie zwycięskich wojen nie byłaby możliwa bez fali rewolucyjnego entuzjazmu, napędzającego działania Ateńczyków. To miało przydać się podczas nadciągających wojen z Persami.

Walki w obronie demokracji wywołały jednak i mniej pozytywne konsekwencje – przyczyniły się do wybuchu konfliktu z Królem Królów. Ateńczycy, szukając na gwałt sojuszników, wysłali bowiem posłów m.in. do Persji. Zapewne nie rozumieli, że władca światowego imperium nie podpisuje równorzędnych traktatów z lokalnymi graczami. Persowie nie tylko nie pomogli Ateńczykom, ale szybko okazało się, że niewinny ukłon w stronę króla, który zwyczajowo zażądał od Ateńczyków „wody i ziemi”, Dariusz zrozumiał jako bezwarunkowe poddanie się rządom Achemenidów. Ateńczycy za późno zorientowali się w perskim dyplomatycznym protokole. Co gorsza, gdy podczas powstania jońskiego Jonowie, greccy pobratymcy Ateńczyków z Azji Mniejszej, poprosili o pomoc, Ateńczycy wydelegowali symboliczną flotyllę okrętów. Nie koniec na tym – ateńskie oddziały wysłane do Azji wzięły udział w splądrowaniu Sardes, stolicy lokalnej władzy perskiej. Z perspektywy perskiego króla Ateńczycy byli teraz już nie tylko zbuntowanymi poddanymi, a nawet niewolnikami, ale i świętokradcami, którzy podnieśli rękę na majestat swego pana. Zemsta Persów była już tylko kwestią czasu.

W sierpniu 490 r. p.n.e. kilkaset perskich okrętów, w tym statki do transportu koni dla oddziału kawalerii, wylądowało na skraju żyznej i dość jak na tę krainę wilgotnej równiny maratońskiej we wschodniej Attyce. Ateńczycy już tam na nich czekali. Późniejsi pisarze starożytni będą to przypisywać geniuszowi taktyczno-topograficznemu Miltiadesa, który miał przewidzieć miejsce lądowania.

Równina po pierwsze umożliwiała wyładunek sporego korpusu ekspedycyjnego, po drugie zaś – co dla Persów kluczowe – oferowała paszę dla koni. Prawda jednak mogła wyglądać inaczej. Nie umniejszając w niczym geniuszu Miltiadesa, warto przypomnieć, że wraz z perskim wojskiem przybył Hippiasz, jeden z tyranów Pizystratydów, którego Ateńczycy wygnali prawie 20 lat wcześniej. Hippiasz miał z perskiego nadania objąć władzę w Atenach; Persowie liczyli też po cichu na pozyskanie stronników w samych Atenach. Późniejsza legenda kazała nie komu innemu, tylko Alkmeonidom, przygotować podstępnie poddanie miasta Królowi. Możemy się jednak domyślać, że ten misterny plan zadziałał dokładnie odwrotnie. W orszaku Hippiasza znaleźli się zapewne Ateńczycy, którzy sami zdradzili Persów, przekazując informacje szpiegowskie rodakom.

Persowie wysadzili na maratońskiej plaży ok. 15 tys. (a może aż 20 tys.) perskiej, medyjskiej oraz sakijskiej piechoty i kawalerii. Była to elita armii Króla Królów. Naprzeciw tym siłom stanęło ok. 9 tys. ciężkiej piechoty ateńskiej – hoplitów, zwanych tak od wielkiej okrągłej tarczy (gr. hoplon). Dodatkowo na polu walki stawiło się kilkuset (do tysiąca) hoplitów z pobliskich Platejów, sojusznika Aten w Beocji.

Persowie mieli więc nad Ateńczykami i Platejczykami prawie dwukrotną przewagę, a dzięki Hippiaszowi znali też dobrze teren. Byli jednak, jak się wydaje, nastawieni na szybką kapitulację Aten, a nie na walną bitwę. Ateńczyków wzmacniało też doświadczenie Miltiadesa, na ich korzyść działał również patriotyczny zapał – w pole wyruszyli wszyscy mieszkańcy zdolni do walki w ciężkozbrojnej formacji – wsparty doskonałym wyposażeniem ciężkozbrojnego greckiego piechura. Hoplici walczyli nie tylko skryci za wielkimi tarczami, ale również chronieni brązowymi hełmami, skórzanymi lub metalowymi pancerzami i nagolennicami. Do bitwy stawali w zwartym szyku zwanym falangą, czyli dosłownie „kłodą”, w którym walczący w linii bojowej osłaniali tarczami sąsiadów z lewej, a sami mieli swobodną prawicę, uzbrojoną w mocną włócznię lub krótki miecz. Formacja taka jawiła się wrogom jako pancerna ściana. Było to dla Persów tym bardziej niepokojące, że sami mogli falandze przeciwstawić tylko lekkie uzbrojenie ochronne, plecione tarcze, wzmacniane skórzane czy wojłokowe pancerze. Chociaż więc słynąca podbojami i okrucieństwem armia perska budziła strach w większości Greków, ta psychologiczna przewaga stopniała na równinie maratońskiej jeszcze przed bitwą.

Sztab ateński pod Maratonem był dość złożonym mechanizmem. Dominował w nim niewątpliwie Miltiades, ale choć pierwotnie urząd dziesięciu strategów wymyślono dla dowodzenia odrębnymi jednostkami taktycznymi i dla walki na wielu frontach, tego dnia wszystkie siły były zgrupowane pod Maratonem, więc i dziesięciu „głównodowodzących” musiało jakoś pogodzić rozbieżne pomysły na zwycięstwo. Dodatkowo w tej epoce wciąż duże praktyczne znaczenie miał urzędnik zwany archontem polemarchosem, a więc „archontem dowódcą wojskowym”. Jedenastu dowódców to o wielu za dużo. Zwłaszcza że część z nich (połowa?) chciała uniknąć bitwy ze względu na przewagę liczebną wroga. Ostatecznie więc dowodzono rotacyjnie, zmieniając się co dzień na stanowisku dowódcy naczelnego, a w kwestiach zasadniczych decyzję podejmowano zwykłą większością głosów. To oczywiście dość absurdalny pomysł na prowadzenie wojny.

Miltiades przeciągnął jednak na swoją stronę polemarcha Kallimacha, a inni skorzy do walki strategowie przekazywali mu codziennie swoje uprawnienia głównodowodzącego. Obie armie stały przez kilka dni naprzeciw siebie, lecz Persowie z nieznanych powodów nie zdołali w tym czasie wyładować całej kawalerii. Może myśleli o zaskakującym ataku na tyły obrońców gdzieś w Attyce? Gdy nadszedł dzień, w którym dowództwo legalnie, a nie z łaski któregoś z kolegów, przypadało Miltiadesowi, zdecydował się na atak. W tym miejscu relacje starożytnych, a zwłaszcza historyka Herodota z Halikarnasu, stają się niejasne, a dla części dzisiejszych badaczy niewiarygodne. Wiemy, że Miltiades uszykował wojsko na zboczu wzgórza, by zwiększyć siłę uderzeniową falangi. Z drugiej jednak strony musiał rozciągnąć hoplitów w dość długą linię bojową, by uniknąć okrążenia przez liczniejszego wroga. Falanga zwykle walczyła nie tylko w zwartej formacji, ale i uszykowana w kilka szeregów w głąb, co dawało jej dodatkową siłę naporu na przeciwnika. Żołnierze tylnych szeregów sprawnie wchodzili w wyłomy w pierwszej linii w miarę powiększania się strat. Manewr Miltiadesa zaprzepaścił wszystkie te walory hoplickiej falangi. W dodatku Herodot każe nam wierzyć, że Ateńczycy rzucili się do ataku biegiem, by uniknąć strzał perskich łuczników, a zanim dopadli wroga, przebiegli w ciężkich zbrojach i z tarczami ok. 1,5 km. Nawet jeśli w taki wyczyn kilku tysięcy wojowników trudno uwierzyć, nie możemy po prostu odrzucić świadectwa Herodota. Straceńczy zapał Ateńczyków, wsparty korzystnym pochyleniem terenu, mógł to umożliwić.

Decyzja o nagłym ataku piechoty nieosłanianej przez kawalerię była pokerowym posunięciem, ale dała Ateńczykom ogromną przewagę psychologiczną. Na Persów runęła ściana ciężkozbrojnych, którzy biegnąc, wznosili raz po raz – jak to miały w zwyczaju greckie armie – miarowy wysoki okrzyk zwany peanem. Wyobraźmy sobie reakcję niewytresowanych odpowiednio koni, ale i nieprzywykłych ludzi na takie akustyczne atrakcje.

Bitwa była niezwykle zacięta i trwała wiele godzin. Straty perskie rosły z minuty na minutę. Na obu skrzydłach greccy hoplici powoli łamali opór barbarzyńców. W centrum jednak, gdzie Persowie skoncentrowali elitę armii, to oni stopniowo przełamywali grecką linię i kontynuowali natarcie w głąb pola bitwy. Skrzydła greckie jednak ostatecznie się połączyły, dotarły do wyciągniętych na brzeg perskich okrętów, a następnie zawróciły. Najwytrawniejsze oddziały Króla znalazły się w pułapce. Na maratońskim polu zginąć miało według Herodota 6400 Persów i zaledwie 192 Ateńczyków.

Nawet jeśli Herodot przesadza, straty perskie musiały być ogromne; tak dzieje się zawsze z rozbitą armią ściganą na obcym terenie, gdy do regularnego pościgu dołącza się żądna rabunku miejscowa ludność. Wielu Persów, Medów i Saków musiało też potopić się, uciekając wpław do odpływających okrętów. Rozmiary klęski były ogromne, ale jej polityczny wymiar jeszcze większy. Dla Króla Królów była to tylko mała porażka na dalekich rubieżach gigantycznego imperium, ale dla jego poddanych znak, że coś jest nie tak z jego gwarantowanym przez bogów powodzeniem. Dla Ateńczyków był to zastrzyk pewności siebie i patriotycznej dumy. W opinii pozostałych Greków, w tym i Spartan, maratońskie zwycięstwo to ostateczna legitymizacja polityczna młodej demokracji. Bezpośrednie skutki bitwy stały się domeną plotki i legendy. Z jednej strony legendy o pierwszym maratończyku – ateńskim wojowniku, który przebiegł dystans nieco ponad 42 km z pola bitwy do Aten, by obwieścić zwycięstwo, a następnie paść z wyczerpania. Z drugiej zaś plotki o zdrajcach, rzekomo Alkmeonidach, którzy dawali perskiej flocie znaki z murów miasta, gotowi wpuścić wrogów, którzy próbowali jeszcze z zaskoczenia zająć miasto od strony morza. Armia ateńska forsownym marszem zdołała jednak wrócić na czas, więc po krótkim oczekiwaniu Persowie z kwitkiem odpłynęli do Azji.

Cały splendor obrony Aten, Attyki, w końcu Hellady, by wreszcie powiedzieć: cywilizacji europejskiej przypadł Ateńczykom. A mogli podzielić się nim ze Spartanami. Ci jednak dyplomatycznie spóźnili się na pole bitwy. Podłość?

Powód, dla którego Spartanie nie przybyli na czas pod Maraton, nie jest całkiem jasny. Wymówili się religijnym tabu. Obchodzili też zapewne w tych dniach ważne święto Karnejów, podczas którego Spartanie musieli pozostawać u siebie. Dla nas brzmi to nieprzekonująco, ale za szczerymi intencjami Spartan przemawiają dwa argumenty. Po pierwsze wiemy, że i w innych wojnach religijne skrupuły skłaniały ich do zaniechania walki. Po drugie dwa tysiące hoplitów dotarło podobno pod Maraton bardzo szybkim marszem w ciągu zaledwie trzech dni. Zresztą i wielka – jak na spartańskie wyprawy poza Peloponez – liczba hoplitów pokazuje, że traktowali sprawę śmiertelnie poważnie.

Po bitwie Miltiades nie miał już takiego szczęścia. Okazał się pyszałkiem i, jak to bywa, został za to przykładnie ukarany.

Rzeczywiście, kariera Miltiadesa zakończyła się spektakularnym upadkiem z wyżyn sławy. W następnym roku po maratońskim zwycięstwie Miltiades złożył Ateńczykom dość niezwykłą propozycję. Zażądał 70 okrętów, pieniędzy i wojska na wyprawę mającą przynieść Atenom wielkie korzyści. Podobno nie wskazał, na kogo zamierza uderzyć. Jeśli to prawda, Ateńczycy już wówczas byli gotowi do wejścia na drogę brutalnego imperializmu, którą obrali niedługo po drugiej wojnie perskiej, po roku 479 p.n.e. Potencjalne cele wyprawy obejmowały wszak wyłącznie greckie wyspy zmuszone przez Persów do symbolicznej pomocy w ataku na Ateny. Zaatakowana została Paros, która wysłała pod Maraton (słownie) jeden okręt. Miltiades podobno zażądał od Paryjczyków gigantycznej kontrybucji; musiało to zrodzić podejrzenia, że jej część chciał sobie przywłaszczyć. Miesięczne oblężenie nie przyniosło jednak rezultatu. Według wersji samych Paryjczyków to bogini Demeter ukarała go gangreną, gdy zranił się w udo, przeskakując przez ogrodzenie jej przybytku na Paros.

W każdym razie po niesławnym powrocie do Aten spadł nań gniew Ateńczyków. Jego osobisty wróg Ksantippos skorzystał z okazji, by wnieść oskarżenie o celowe oszukanie Ateńczyków, za co groziła kara śmierci. Ateńczycy przez pamięć o Maratonie potraktowali Miltiadesa łagodniej, ale niewiele. Skazali go na grzywnę w wysokości 50 talentów – sumę astronomiczną. Miltiades nie był w stanie jej zapłacić, z czego późniejsza tradycja wysnuła wniosek, że zmarł w więzieniu. Tego akturat nie jesteśmy pewni, ale wiemy, że wkrótce zmarł od ran.

Dlaczego system ateński tak bardzo mścił się na wodzach, którzy ponieśli porażkę?

Ma pan tylko częściowo rację. W powszechnej opinii pokutuje pogląd, obecny już w pismach antycznych wrogów ateńskiej demokracji, że lud ateński wykazywał się szczególną niewdzięcznością wobec swoich dobroczyńców, a zwłaszcza wielkich wodzów. W więzieniu miał zgnić Miltiades, w wyniku ostracyzmu poszedł na wygnanie Temistokles, zwycięzca spod Salaminy. Tyle tylko że każdy taki przypadek trzeba rozpatrywać osobno, a każdy z tych wodzów musiał sporo „nabroić”, by na taki los zasłużyć. Czasami, jak w wypadku Temistoklesa, w grę wchodziła międzynarodowa rozgrywka polityczna, bo akurat on stał się w równej mierze ofiarą ateńskiej podejrzliwości, jak i spartańskiej dyplomacji. Coś jednak jest tu na rzeczy.

Demokratyczne państwo i jego system politycznych wartości przez długi czas był w greckich warunkach dość nienaturalną hybrydą. Po pierwsze w Atenach rządził lud (gr. demos), który jednak powierzał ważne i wymagające kompetencji urzędy wybitnym arystokratom, niejako sam przyznając się do niekompetencji. Po drugie w greckiej etyce od zawsze, a w każdym razie na długo przed demokracją, daje się zauważyć konflikt pomiędzy ambicjami wybitnych jednostek a etosem i wartościami wspólnoty. Grek z jednej strony chciałby za wszelką cenę wybić się pośród podobnych sobie i nad nimi panować, z drugiej zaś chciałby, żeby wszyscy inni przestrzegali zasady równości. Ten konflikt musiał stawiać elity, a zwłaszcza ateńskich „ludzi sukcesu”, w bardzo trudnej sytuacji wobec wspólnoty.

Do tego dochodzą sprawy praktyczne. W Atenach nie było partii politycznych, nie było budżetu na działalność polityczną, a każda forma politycznej aktywności miała charakter prywatny. Prowadzenie polityki wymaga jednak nakładów, które politycy musieli ponosić – nawet w służbie państwa – z własnej kieszeni. Nic więc dziwnego, że prawie każdy ateński mąż stanu mógł spotkać się z zarzutem sprzeniewierzenia pieniędzy państwowych, np. łupu wojennego; był przecież z natury podejrzany o skłonność do „odbicia sobie” poniesionych na rzecz polis nakładów. Co więcej, fakt, że wybitni politycy i wodzowie to wówczas arystokraci, siłą rzeczy utrzymujący stosunki z wybitnymi jednostkami, np. królami, poza granicami swych poleis (l.m. od polis), rodził nieustanne podejrzenia o zdradę ojczyzny. Ateńscy mężowie stanu nie mieli łatwego życia.

Miltiades nie był święty, widzieliśmy to aż za dobrze na przykładzie sprawy Paros. Był jednak nieodrodnym synem swoich czasów. Jego przykład powinien nas nauczyć, że w każdej epoce historycznej stawianie moralnych zarzutów politykom musi być poprzedzone zrozumieniem warunków, w jakich przyszło im działać. Inaczej narażamy się nie tylko na naiwne moralizatorstwo, ale i na grzech anachronizmu. A tego historykowi robić nie wolno.