Nie wiadomo, który z nich wpadł na pomysł ucieczki. Plan rodził się etapami od jakiegoś roku. Sprawa nie była prosta. Więzienie w Grudziądzu cieszyło się sławą najcięższego na Pomorzu i jednego z najcięższych w Niemczech. Władze pruskie stworzyły je w murach dawnego klasztoru, krótko po pierwszym rozbiorze Polski. Zakład był dobrze strzeżony. Otaczał go wysoki na jakieś 5 m mur, zaś dziedzińca i budynków pilnowali uzbrojeni strażnicy. W oknach znajdowały się kraty, drzwi do cel obito żelazem, a z wieżyczek obserwacyjnych roztaczał się widok na najbliższą okolicę. Aby uciec, potrzeba było wiele odwagi lub też determinacji.

Najbardziej zdeterminowany był chyba Robert Wierciochowski, zwany Wierciochem. Miał 31 lat i przed sądem stawał aż 17 razy. Skazano go w sumie na 20 lat i 6 miesięcy więzienia. Równie niewiele do stracenia miał Franciszek Zieliński. Jego życiorys, doświadczenie (38 lat, 10 wyroków, skazany na 15 lat ciężkich robót) i szacunek, jakim się cieszył wśród współtowarzyszy, sprawiły, że to on stał się przywódcą. Spory dorobek miał też na swym koncie kolejny ze zbiegów, 35-latek August Neumann (20 rozpraw). Brak mu było życiowego doświadczenia, w grupie pełnił więc rolę poślednią, podobnie jak najmłodszy Franciszek Kuss. 29-latek stawał przed sądem pięciokrotnie. Za kradzieże skazano go najpierw na 10, a później jeszcze na 6 lat ciężkich robót.

PLAN DOSKONAŁY

 


Gdy planowali ucieczkę, sądzili, że pomyśleli o wszystkim. Wiedzieli, jak oszukają strażników, jak wydostaną się z więzienia, jak wyprowadzą w pole pościg. 3 czerwca 1900 r. po południu wyszli na spacerniak pewni siebie. Wiał lekki wiatr, świeciło słońce i było ciepło. Ktoś powiedział, że taki dzień idealnie nadaje się na ucieczkę i niejeden spośród 47 więźniów bloku 6 uśmiechnął się pod nosem. Nikt z owej czwórki nawet okiem nie mrugnął. Pod więziennym uniformem mieli już wojskowe mundury, które w głębokiej tajemnicy załatwili sobie w przywięziennym warsztacie.

Gdy strażnik obwieścił koniec spaceru, osadzeni weszli do wnętrza budynku i po schodach wspinali się do cel na 3. piętrze. Neumann, Kuss, Wierciochowski i Zieliński, którym kazano opróżnić pudło ze śmieciami, wchodzili na końcu, a za nimi szedł uzbrojony pomocnik dozorcy Faust. Nawet nie przypuszczał, że dwóch więźniów zdążyło zaopatrzyć się w broń. Neumann miał w kieszeni własnoręcznie wykonany nóż, zaś Zieliński ukrył pod kaftanem zaostrzony młotek do rozbijania węgla. Kilka minut wcześniej wyjął go ze śmietnika.

Wiercioch był już prawie na 2. piętrze, gdy zaczął poprawiać buty. W tym samym czasie na parterze Faust zamykał drzwi wejściowe. Gdy się odwrócił, Zieliński uderzył go młotkiem w głowę, a Kuss zaczął dusić. Strażnik stracił przytomność, a wtedy Zieliński z Kussem zabrali mu czapkę, płaszcz, pałasz i rewolwer wojskowy. W tym czasie Wiercioch otworzył okno na 2. piętrze, przeskoczył na szczyt muru i przygotowanymi zawczasu nożycami przeciął przewody elektryczne. Chwilę później Neumann, który pilnował 1. piętra, zbiegł na parter. Zobaczył, jak Zieliński z Kussem wrzucili nieprzytomnego Fausta do piwnicy.

Zieliński założył mundur i czapkę strażnika, przypiął pałasz i rewolwer. Gdy chwilę później na parter zszedł Wiercioch, wyszli na dziedziniec. Strażnicy na wieżyczkach ich nie rozpoznali. Pomyśleli, że to któryś z pomocników dozorców prowadzi z sobą więźniów. Odprowadzili ich obojętnym wzrokiem do miejsca, gdzie znajdowała się furta do ogrodu. Wśród zabranych Faustowi kluczy Zieliński odnalazł ten właściwy. Zbiegowie weszli do ogrodu i przygotowanym wcześniej drewnianym kołkiem zatkali otwór w zamku.

Neumann pełnił funkcję więziennego ogrodnika, znał więc teren. Odnalazł w szklarni drabinę i przystawił ją do muru. Wszyscy – z wyjątkiem Zielińskiego przebranego w mundur pomocnika dozorcy – pozbyli się więziennych uniformów, sforsowali mur i wyszli na ulicę. Byli wolni!

Przebrani w mundury zbiegowie nie rzucali się w oczy w jednym z najbardziej zmilitaryzowanych miast Prus Zachodnich. Bez trudu doszli do mostu nad Trynką i tam się rozdzielili. Kuss i Wiercioch zaszyli się w polu porośniętym zbożem. Zieliński i Neumann doszli do parku miejskiego. Rozciągał się za nim lasek, w którym być może doczekaliby wieczoru, gdyby nie pechowa przygoda z braćmi Swantes.

Bracia spotkali się po dłuższej rozłące, a ponieważ dzień był ciepły, postanowili wybrać się na przejażdżkę powozem. Starszy z nich był malarzem w Berlinie, ale młodszy – werkmistrz w miejskim więzieniu – rozpoznał najpierw Zielińskiego, a później Neumanna. Wyskoczył więc z powozu i ruszył w ich stronę.

Pierwszy dostrzegł go Zieliński. Wydobył rewolwer, kilkakrotnie krzyknął: „Strzelam!” i nacisnął spust, ale broń nie zadziałała. Za drugim razem efekt był ten sam. Strzelec rzucił się do ucieczki. Nie znał się na broni, nie wiedział więc, że przed oddaniem strzału trzeba rewolwer odbezpieczyć. W pogoń za uciekającym Zielińskim rzucił się brat werkmistrza, on sam zaś uporał się z Neumannem, który wydobył z kieszeni nóż. W starciu z silnym i uzbrojonym w laskę Swantesem nie miał większych szans. Cios w głowę powalił go na ziemię.

Dwaj żołnierze odstawili Neumanna do więzienia, a tymczasem malarz Swantes ścigał Zielińskiego, który uciekał w stronę lasu. Swantes nieuchronnie się zbliżał i pewno dopadłby go, gdyby nagle się nie przewrócił. Jednak Zieliński miał pecha. Przygodny przechodzień narobił krzyku i w pogoń rzuciło się dwóch żołnierzy. Zieliński próbował schronić się w parku botanicznym, ale najpierw wypłoszył go stamtąd muszkieter Schidun, a później obezwładnił werkmistrz Swantes. Uderzył go laską w ramię i w głowę, tak że zbieg padł na ziemię.

KAMRAT ZDRAJCA


W czasie gdy bracia Swantes uganiali się za Zielińskim i Neumannem, Kuss i Wiercioch tkwili w zbożu. Po zmroku ruszyli w stronę Kwidzyna. Sprzyjało im szczęście. Przez wiele dni wymykali się obławom, a prasa podawała sprzeczne informacje na temat miejsca ich pobytu. 6 czerwca włamali się do budynku stacji kolejowej w Twardej Górze, skąd wzięli ponoć jakieś pieniądze, trochę żywności i pistolet; później widziano ich już gdzieś w pobliżu Łasina. W poniedziałek 11 czerwca 1900 r. mieli być w Gaju koło Pelplina, więc miejscowy żandarm urządził tam obławę, dziwnym trafem ktoś jednak dostrzegł, jak jeden ze zbiegów przeprawiał się przez Wisłę pod Gorzędziejem. Później ten alarm okazał się fałszywy.

Krótko potem ludzie widzieli uciekinierów koło Kwidzyna. Policja wraz z wojskiem przetrząsnęła okolicę, a tymczasem oni byli już koło Zblewa. W nocy z 12 na 13 czerwca we wsi Bytonia włamali się do nauczyciela Zielke. Wiercioch wykradał mu właśnie z biurka kosztowności, gdy gospodarz wrócił do domu. Złodziej rzucił się do ucieczki, a ścigany przez nauczyciela strzelił parę razy z pistoletu. Trafił Zielkego tylko w but, po czym zbiegł. Po przygodzie w Bytonii uciekinierzy chcieli iść do Gdańska. Sądzili, że uda im się tam ukraść większą sumę pieniędzy, a później odpłynąć za granicę. Tyle że do tego potrzebowali nierzucającego się w oczy ubrania i żywności. Dlatego ruszyli w stronę Czerska – tam mieszkał ich towarzysz z więzienia zdun Buchel.

Przestępcy znaleźli go bez trudu w domu na obrzeżach miasteczka i poprosili o pomoc. Buchel nie odmówił. Początkowo umawiał się z nimi w lesie i obiecywał dać im jedzenie i ubranie, później zmienił zdanie. Powiedział, żeby przyszli następnej nocy do jego domu. W nocy, 17 czerwca, zapukali do jego okna i weszli do środka. Nagle Buchel krzyknął i z pieca oraz z sąsiedniego pokoju wyszli żandarmi. Kuss i Wiercioch nie stawiali oporu. Buchel wydał ich, bo dowiedział się, że za pomoc dostanie nagrodę. Całe 500 marek.

Zieliński, Neumann, Kuss i Wierciochowski, których prasa nazwała „najgorszymi szumowinami rodzaju ludzkiego”, stanęli przed sądem w Grudziądzu 12 października 1900 r. Sądzono ich nie tylko za ucieczkę, ale też i za morderstwo, ponieważ dozorca Faust w wyniku ataku zmarł. Podczas procesu oskarżeni nawzajem się obciążali. Najpierw Kuss zeznał, że kiedy planowali ucieczkę, to przyrzekli zabić każdego strażnika, który stanie im na drodze; później Neumann opowiedział, jak to Zieliński z Kussem z premedytacją zabili Fausta, a w końcu Zieliński oświadczył, że Neumann chciał zadźgać nożem werkmistrza Swantesa. Wyrok mógł więc być tylko jeden: śmierć.

Werdykt został ogłoszony 13 października 1900 r., a już 22 czerwca 1901 r. o godzinie 6 rano przeprowadzono egzekucję. Szafot stanął w narożniku grudziądzkiego więzienia, zaś wykonanie wyroku oglądać musieli wszyscy osadzeni. Jako pierwszy ścięty został Neumann, później Wiercioch i Kuss, a na końcu Zieliński, ponieważ uznano, że jego wina była największa. Kat Schwietz, którego sprowadzono aż z Wrocławia, zbytnio się nie natrudził. Wszyscy bez protestów złożyli głowy na pieńku. Kilka dni później ich ciała przewieziono do Królewca, by służyły studentom medycyny.