“Trudno sobie wyobrazić w przyrodzie coś prostszego – zbudowana z białek cieniutka otoczka, a pod nią mikroskopijna ilość splątanej nici DNA lub RNA. Całość mniejsza od najmniejszych bakterii, nie wspominając o ogromnych komórkach ludzkiego ciała. Ale to właśnie te struktury, bo nawet nie jesteśmy w stanie nazwać ich żywymi organizmami, są zdolne zawładnąć niemal każdą istotą, łącznie z ludźmi, wykorzystać ją do rozmnożenia się, a następnie bez litości zabić. Oto wirusy, prawdziwi władcy życia na Ziemi. Kiedy rozpoczynałam pracę nad tą książką, był grudzień 2019 roku. Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia zaczęły docierać do nas pierwsze informacje o tajemniczym wirusie, który rozprzestrzenia się w chińskim mieście Wuhan. Traktowaliśmy to wszyscy z dystansem – ot, jeszcze jeden wirus, który pojawił się w świecie bardzo odległym od naszego i który zapewne wkrótce zostanie opanowany. Współczuliśmy zamkniętym w domach mieszkańcom Wuhan, patrzyliśmy z życzliwym zainteresowaniem, jak Chińczycy próbują zdławić epidemię. Wkrótce potem poznaliśmy imię złoczyńcy – koronawirus, jeden z szerokiej grupy wirusów odzwierzęcych. Nie minęło kilka dni, a zaczął pojawiać się w coraz to nowych miejscach na świecie. W styczniu i lutym 2020 roku wiele osób z Polski zdążyło jeszcze wyjechać na ferie do Włoch, nie zdając sobie sprawy, z czym mają do czynienia. Ja sama byłam w Kapsztadzie pod koniec lutego, i jedyne oznaki obaw to był pomiar temperatury na lotnisku po przylocie. Lekarze jednak już wiedzieli – w 2003 roku mieli już do czynienia z podobnym wirusem, wywołującym ciężkie zapalenie płuc. To był koronawirus SARS. Nowy koronawirus, nazwany SARS-CoV-2, okazał się mniej zabójczy, ale za to zdecydowanie bardziej zakaźny niż jego poprzednik…

Wszyscy wiemy, jak dalej potoczyła się ta historia, choć nikt z nas nie zna jeszcze jej zakończenia. Naszą podróż po tajemnicach genetyki zacznijmy więc od przyjrzenia się wirusom, mikroskopijnym cząsteczkom, których miliardy fruwają wokół nas i które wyspecjalizowały się w jednym typie ataku – genetycznym. Istnieją nie tylko po to, aby powielać swoje geny w zainfekowanym organizmie, ale też by czasem włamywać się do genomu ofiary i zostać tam na zawsze.” – tak swoją książkę o genach człowieka rozpoczyna profesor Ewa Bartnik.

Jakie są trzy najważniejsze informacje, jakie mogłaby Pani uzyskać z moich genów? 

Na to nie ma w zasadzie odpowiedzi. Gdyby w Pani rodzinie była jakaś choroba genetyczna, gdyby to badanie było zrobione w celu ustalenia przyczyny choroby u Pani, badania tego typu (zakładając, że to choroba powodowana przez jeden gen) mogą przynieść odpowiedź. Poza tym – geny to ogromna ilość informacji w zasadzie trudnej do użycia. Mi zawsze kojarzy się to z opowieścią o zbóju Gębonie (bohater powieści Stanisława Lema pt. “Cyberiada” – przyp.red.) , który zginął pod zwojami taśmy dziurkowanej (dawno temu pluły tym komputery), bo chciał wiedzieć wszystko.

Książka rozpoczyna się od wprowadzenia czytelników do świata wirusów i ich roli w ewolucji człowieka, a także skutecznych i nieskutecznych metodach walki z nimi. Tutaj nie ma niespodzianki: szczepić, szczepić i jeszcze raz szczepić. Jak Pani myśli, skąd w czasach powszechnej dostępności wiedzy wzięła się tak duża popularność ruchów antyszczepionkowych na całym świecie?

To się wiąże z nieoczekiwanym efektem swobodnego dostępu do informacji – wydawało się, że jak będzie można się dowiedzieć w zasadzie wszystkiego, to wystarczy dokonywać rozsądnych wyborów, ale tak nie jest, jest sporo książek na ten temat, ale pokrótce, autorytet pani Ziuty, która ma bloga, i mój są w mediach społecznościowych ekwiwalentne. No i bardzo ważne jest to, że nikt już nie pamięta, jak wyglądały osoby chore na różne choroby, na które obecnie są szczepionki. Ja pamiętam, jeszcze jak zaczynałam pracować, pojedynczych studentów po polio, z kulami, ze sztywną nogą. Ale każdy pamięta, że jego czy sąsiadki dziecko miało gorączkę po szczepieniu, a nie jak wygląda choroba, przed którą owa szczepionka chroni. No i rola prominentów – kiedyś Królowa Elżbieta i księżna Diana dawały przykład, szczepiąc swoje dzieci, teraz prominentki uważają, że wiedzą więcej i lepiej.

W książce wspomina Pani o chińskim eksperymencie na dwóch dziewczynkach, których zarodki zostały zmodyfikowane tak, by uchronić je przed zakażeniem wirusem H.I.V., ponieważ chorował na niego ich ojciec. Opisywany test nie zakończył się tak, jak planowano, ale czy to oznacza, że w przyszłości taka ochrona przed niektórymi chorobami nie będzie możliwa? 

Myślę, że nie. Bardziej jakieś kombinacje leków, które chronią – zresztą tak naprawdęnie trzeba szukać przykładów  daleko  – ja bardzo dobrze pamiętam, jak wyglądały początki AIDS – groźna choroba, nieuleczalna. No i jest teraz chorobą, z którą można skutecznie walczyć, więc po co w tym przypadku była modyfikacja genów? Wystarczyłoby przepłukać plemniki ojca – w środku wirusa nie ma. 

Kiedy myślę o modyfikacji zarodków, widzę i plusy i zagrożenia. Z jednej strony może to być wspaniałe narzędzie do przedłużania ludzkiego życia, z drugiej strony jednak może oznaczać nienaturalny przyrost ludności, której już teraz jest na świecie tak dużo, że nasza planeta ledwo zipie. Zastanawiam się, jaki jest Pani prywatny stosunek do pomysłu modyfikowania zarodków. 

Jest to obecnie omawiane przez różne ciała i na różne sposoby, i tak naprawdę istnieją dwa problemy – techniczny (a technika nie jest doskonała) i etyczny – czy należy to robić. Moim zdaniem nie należy, bo zmiana jednego genu niekoniecznie da tylko te efekty, których oczekiwano. Geny nie są niezależnymi autonomicznymi jednostkami, a ich produkty oddziałują ze sobą. Gen, który He Jiankui próbowal modyfikować występuje w 1% populacji europejskiej i rzadko gdzie indziej, a istnieją różne prace pokazujące, że ta mutacja wpływa też na inne rzeczy. I tak naprawdę nie wiadomo, co wyniknie z takich działań. Jestem przeciwna – nie ze względu na nienaturalny zwiększony przyrost ludności, bo to się odbywa również bez tej, ale dlatego, że jest bardzo mało sytuacji, w których jest to jedyną drogą wyjścia – istnieją badania prenatalne i preimplantacyjne i nie bardzo sobie wyobrażam, że przyszli rodzice, którzy  nie akceptują tych technik, uznają, że modyfikowanie DNA zarodka będzie lepszym rozwiązaniem. 

A czy w dorosłym życiu można zabawić się w genetycznego hakera i zwalczyć genetyczne predyspozycje do chorób bądź uzależnień? Jeśli tak – co trzeba zrobić i w jakim wieku będzie na to za późno? 

Należy robić różne nudne i całkiem staroświeckie rzeczy: nie palić, nie pić zbyt wiele, ruszać się, nie tyć, nie opalać się. I raczej nic więcej zrobić się nie da. Chyba że ma się na przykład fawizm – wówczas należy unikać jedzenia bobu; albo jasną karnację – wtedy trzeba trzymać się z dala od słońca.

Już jako dorosła osoba przeczytałam kilka książek o pochodzeniu człowieka i im bardziej zgłębiam temat, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że gdyby uczyli nas tego w szkołach, na świecie byłoby o wiele mniej uprzedzeń na tle rasowym. Szczerze mówiąc, nie widzę żadnych powodów, by pomijać tę wiedzę we wczesnej edukacji – wręcz przeciwnie: uważam, że nauka o tym, skąd naprawdę wzięli się ludzie, powinna być obowiązkowa. Najwyraźniej jednak osoby odpowiadające za programy nauczania uznały, że dzieci wcale nie muszą znać historii swojego gatunku. Czy Pani zdaniem rzeczywiście jest to wiedza zbyt zaawansowana lub zbędna młodym uczniom?

Ja też bym to wprowadziła – w prostej wersji, że wywodzimy się z Afryki i że krzyżowaliśmy się z różnymi liniami Homo. Nawiasem mówiąc, moja droga do nauki była wytyczona w dużym stopniu we wczesnym dzieciństwie – miałam 10 lat, kiedy brat mojej mamy mieszkający w USA wysłał mi serię książeczek „All about…” – była tam chemia, geologia itp., a moi rodzice byli prawnikami i nigdy by im do głowy nie przyszło kupienie mi takich książek. 

Bardzo dziękuję za rozmowę.

---

"Co kryje się w naszych genach?" książka dostępna na www.zwierciadlo.pl

Profesor Ewa Bartnik – genetyczka, profesorka biologii, popularyzatorka nauki. Specjalizuje się w chorobach, które są powodowane przez zmiany w mitochondrialnym DNA. Współpracuje z lekarzami – pediatrami, neurologami, genetykami, okulistami i innymi z wielu ośrodków medycznych w Polsce. W 2008 r. otrzymała od Polskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy Naukowych honorową nagrodę dla naukowca przyjaznego mediom. Została również odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za zasługi na rzecz nauki w Polsce i na świecie oraz wspieranie międzynarodowej współpracy naukowej. Była członkinią Międzynarodowej Komisji Bioetycznej UNESCO, a obecnie przynależy do specjalnej komisji Światowej Organizacji Zdrowia, która zajmujące się problemem modyfikacji ludzkiego DNA.