Nasz stosunek do przyrody wynika z doświadczeń przodków. Przez wiele tysięcy lat ludziom zagrażały nie tylko żyjące w pobliżu drapieżniki, ale także zwierzęta niszczące zapasy żywności. Walka z siłami natury pozwoliła nam zbudować cywilizację i jednocześnie doprowadziła do tego, że pewne gatunki stworzeń uznaliśmy za szkodniki. Teraz to się jednak zmieniło – duża część ludzkości żyje w miastach, a zagrożone są naturalne ekosystemy.

Do dziś pokutuje też przekonanie, które powstało w czasach starożytnych, jakoby przyroda znajdowała się w stanie stabilnej równowagi. „Jedno z ważniejszych osiągnięć nauki, jaką jest współczesna ekologia, to obalenie tego mitu” – uważa prof. Piotr Dawidowicz z Wydziału Biologii Uniwersytetu Warszawskiego. Ekosystemy są w ciągłym ruchu, a wszelka równowaga jest tylko chwilowa. Częściowo zdajemy sobie
z tego sprawę – wiemy, że po jesieni przyjdzie zima, a po niej wiosna. Jednak w wielu ekosystemach wielką rolę odgrywają czynniki występujące nagle i w niedający się przewidzieć sposób: pożary, huragany czy masowe pojawienie się owadów takich jak korniki.

„Naturalne zaburzenia są obecnie zaliczane do najważniejszych procesów kierujących dynamiką lasów” – przekonują dr Janusz Szmyt z Wydziału Leśnego Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu i prof. Dorota Dobrowolska z Instytutu Badawczego Leśnictwa. Innymi słowy, szkodniki to nie katastrofa, lecz element naturalnego porządku przyrody. A jeśli spróbujemy się ich pozbyć, szkody mogą być jeszcze dotkliwsze.

Potrzebne myszy, potrzebne wilki

Przyroda nie zna pojęcia „szkodnik”. Zna gatunki, które mają mniejszy lub większy wpływ na otoczenie. Przykładem mogą być chociażby myszy i szczury. Owszem, potrafią dobrać się do naszych zapasów i przenosić choroby. Na obsianych jęczmieniem i pszenicą wzgórzach w Etiopii czy polach ryżowych na Filipinach, w Bangladeszu i Birmie drobne gryzonie wciąż są dla rolników utrapieniem. Jednak w Europie populacja tych zwierząt załamuje się, co wpływa na naturalne ekosystemy. Małe gryzonie sprzyjają odnawianiu się lasów, ukrywając nasiona w miejscach, w których mają one największe szanse wykiełkować.

W cieplejszych rejonach pełnią nawet funkcję zapylaczy, podobnie jak pszczoły. Ponadto napowietrzają glebę, ograniczają liczebność owadów i zwiększają różnorodność roślinności. Równie potrzebne są zwierzęta znajdujące się po drugiej stronie łańcucha konsumentów – drapieżniki szczytowe, takie jak wilki. Z badań ekologów wynika, że są to tzw. gatunki zwornikowe, kluczowe dla funkcjonowania ekosystemu. Wytępienie wilków działa kaskadowo na cały las. Wprowadzenie ich z powrotem może
naprawić wyrządzone szkody. Najlepiej chyba opisany jest przypadek Parku Narodowego Yellowstone w USA.

Wprowadzenie na jego teren wytępionych wcześniej wilków wywołało mnóstwo zmian. Drapieżniki ograniczyły liczebność jeleni, które wcześniej wyjadały trawę na łąkach do niemal gołej ziemi. Gdy pojawiły się wilki, trawożercy zaczęli unikać otwartych terenów. Z dolin rzecznych jelenie przeniosły się na zbocza,
a wzdłuż rzek zaczęły odradzać się lasy. To z kolei sprawiło, że na teren parku wróciły bizony, bobry i wiele gatunków ptaków.

 

Bobry sprzątają po nas

Nawet jeden gatunek jest w stanie dramatycznie zmienić swoje otoczenie. Najbardziej znany przykład to koralowce. Budowane przez nie rafy tworzą dogodne warunki do życia dla gąbek, małży, homarów, ryb, żółwi morskich i tysięcy innych stworzeń. Gatunki, które w tak znacznym stopniu przekształcają swoje środowisko – lub wręcz tworzą nowe – nazywane są inżynierami ekosystemu.

W Polsce taką funkcję pełnią bobry. Nawet jedna ich rodzina potrafi całkiem zmienić krajobraz zamieszkiwanej okolicy, tworząc wiele nowych siedlisk. Owszem, często robią to na naszym podwórku albo tuż za miedzą – dlatego uważano je za szkodniki i niemal kompletnie wytępiono. Jeszcze czterdzieści lat temu bobrze rodziny w Polsce można było policzyć na palcach, dzisiaj żyje u nas co najmniej kilkadziesiąt
tysięcy tych zwierząt.

Tam, gdzie osiedlają się bobry, rośnie różnorodność biologiczna. Szkoccy naukowcy z Uniwersytetu w Stirling udowodnili, że zmniejsza się wówczas poziom zanieczyszczeń w wodzie rzeki i spada ryzyko powodzi.

Sieć połączonych rozlewisk powstałych wskutek budowy bobrzych tam zatrzymuje znaczną ilość materii organicznej i umożliwia rozwój roślin wodnych, które działają jak naturalna oczyszczalnia ścieków. W rzekach spada poziom związków fosforu i azotu, pochodzących ze sztucznych nawozów stosowanych przez rolników. Badacze z USA wykazali, że tam, gdzie zadomowią się bobry, często pojawia się więcej pstrągów. Naukowcy z Uniwersytetu w Helsinkach nazywają te gryzonie „motorem odnowy” lasów łęgowych i mokradeł – środowisk, które są dziś bardzo zagrożone przez działalność człowieka. Jest to ważne zwłaszcza w Polsce, gdzie wody brakuje. Bobry zwiększają jej ilość w rzekach i wilgotność gleby. Wykonują dla nas
„usługi”, które – gdyby je wycenić – są warte dużo więcej niż wyrządzone „szkody”.

 

Ogień i wiatr pomagają lasom

Co więcej, zniszczenia są dla ekosystemów czymś naturalnym i wręcz pożądanym. Tak jest choćby w przypadku ognia. W kalifornijskich parkach narodowych, zdominowanych przez sekwoję olbrzymią, przez
prawie sto lat chroniono drzewa przed naturalnie tam występującymi częstymi pożarami. Jednak w ten sposób wyrządzono lasom krzywdę. Okazało się, że aby się rozmnażać, sekwoje potrzebują ognia. Pożar
tworzy luki w zwartym drzewostanie, dzięki czemu więcej światła dociera do dna lasu. Ogień odsłania glebę i usuwa cieniolubne rośliny, które są konkurentami dla młodych drzewek. Na dodatek większość nasion sekwoi uwalnia się z szyszki dopiero wtedy, gdy ta wyschnie w ogniu. Tłumienie naturalnych po-
żarów ograniczyło więc odradzanie się lasów.

Podobnie wyglądają skutki huraganów. Miejsca, w których drzewa zostały przewrócone, są lepiej nasłonecznione i mogą się w nich pojawiać nowe gatunki. W lipcu 2002 r. huragan powalił ogromną połać Puszczy Piskiej. Znaczną część tych powierzchni leśnicy „ratowali”, usuwając martwe drzewa i sadząc nowe. Część miejsc zostawili jednak w spokoju. „Te obszary z dużą ilością martwej materii stają się ostoją rzadkich i chronionych gatunków owadów, grzybów, porostów, również ptaków. Ich wartość przyrodnicza z czasem będzie rosła i promieniowała na otoczenie” – mówi prof. Kazimierz Rykowski z Instytutu Badawczego Leśnictwa.

Nawet korniki się przydają

Bardzo podobnie działają tak zwane szkodniki. Niesławny kornik drukarz, który co jakiś czas pojawia się masowo np. w Puszczy Białowieskiej, daje początek zmianom, które prowadzą do odnowienia lasu. Atakuje osłabione świerki, które obumierają i zostają zasiedlone przez inne owady. W martwych pniach dzięcioły wykuwają dziuple, które są później wykorzystywane także przez inne ptaki. Zwalone drzewa są siedliskiem dla młodych drzewek, grzybów, chrząszczy, ptaków. Kornik jest więc podobny do koralowca – to gatunek kluczowy, od którego zależy byt setek innych. Naukowcy nie są w stanie przewidzieć, kiedy dojdzie do masowego pojawienia się tych owadów. Wiadomo, że wpływają na to zjawiska atmosferyczne: nawet najdrobniejsze lokalne zmiany ciśnienia, temperatury czy ruchów powietrza. A ponieważ trudno przygotować tak szczegółową prognozę pogody dla jakiegoś obszaru, korniki najczęściej nas zaskakują. Wiemy natomiast, że nigdy nie zostają na długo. Jeśli las jest naturalny lub ma taki w swoim sąsiedztwie, szybko pojawiają się naturalni wrogowie tych owadów – dzięcioły, drapieżne chrząszcze i muchówki oraz pasożytnicze błonkówki. Prędzej czy później zmienia się też pogoda, a korniki nie lubią zimnych i mokrych dni. W końcu ich liczebność spadnie i świerki będą miały czas, by się odrodzić.

Wróbel – strażnik pól

Zrozumienie takich mechanizmów staje się możliwe dzięki pracy ekologów – naukowców, którzy posługują się najnowocześniejszymi narzędziami, od sekwencjonowania DNA po superkomputery. Jednak ekosystemy są tak złożone, że nadal nie potrafimy przewidzieć długofalowych skutków zmian, jakie w nich wprowadzamy.

Wiemy natomiast, że eliminowanie szkodników potrafi wywołać zmiany, które wcale nie są dla nas dobre. W 1958 roku w Chinach rozpoczęto ogólnospołeczną kampanię tępienia wróbli, które komunistyczne władze obwiniały o wyjadanie ziarna na zasiewy. Chińczycy wybili ptaki, a wtedy na polach gwałtownie wzrosła liczba zjadanych przez te ptaki owadów i to one zniszczyły plony, pogłębiając trwającą już klęskę głodu. Warto o tym pamiętać za każdym razem, gdy słyszymy nawoływania do tępienia szkodników.