Nie zabierają ze sobą pistoletów maszynowych – wystarczy broń krótka i cienki długi nóż noszony tylko w ich oddziałach. Ten nóż jest ważny – ma wartość symboliczną, przypomina szpikulce do lodu używane przez szpiegów, sabotażystów za liniami wroga podczas II wojny światowej. To rekwizyt związany z czekistowskim romantyzmem partyzanckim; dla ich towarzyszy zwierzchników, walczących za młodu z hitlerowcami w lasach – wręcz symbol. Bo to ci towarzysze właśnie, kierując się nie tylko sentymentami, uznali, że działalność Stasi nie może ograniczać się do akcji wywiadowczych i kontrwywiadowczych. Potrzebny jest także „sztylet Ministerstwa, wymierzony w osłabione serce zepsutego imperializmu”.

Sztylet to również tych pięciu z długimi nożami, wsiadających do cywilnej ciężarówki o 5 rano w siedzibie głównej Berlin-Grunau. To członkowie grupy operacyjnej AGM/S Zarządu 15 Stasi, supertajnego oddziału z licencją na zabijanie. Zostali wyszkoleni, by siać terror: wysadzać mosty, zrywać łączność, po cichu zabijać kluczowych oficerów wroga, dowódców. Są przygotowani do tego, żeby działać samodzielnie: w czasie pokoju – przeprowadzać akcje dywersyjne i sabotażowe. Kiedy wybuchnie wojna – torować drogę armiom Układu Warszawskiego oraz działać u boku sił specjalnych NRD jako ciche, niezależne wsparcie, o którym pojęcie ma tylko kilkadziesiąt osób w kraju. Żadna inna bezpieka bloku wschodniego – z wyłączeniem ZSRR – nie dysponuje tego rodzaju oddziałami, niezależnymi od struktur wojskowych i policyjnych. Poziomem wyszkolenia terrorystom Stasi ustępują nawet elitarne jednostki GRU.

Ale tamtego majowego dnia nie ma mowy o koronkowych akcjach. Wywiad wschodnioniemiecki chce zaatakować bazę główną armii amerykańskiej w Europie w najbardziej brutalny sposób: dwiema 5-kilogramowymi bombami. Po cichu, niespodziewanie. Do Heidelbergu w Badenii-Wirtembergii jedzie ich tylko pięciu, prawie bez broni, ubranych w cywilne ciuchy, żeby nie doprowadzić do konfliktu nuklearnego. Bo mimo okresu chwilowego odprężenia w stosunkach sowiecko-amerykańskich ta mała grupa, stłoczona w dostawczym Barkasie B-1000, wystarczyłaby, żeby podpalić świat.

„Samotni bojownicy-specjaliści” Zarządu 15 Stasi dwie godziny przed planowanym zamachem spotkają się z Irmgardem Möllerem i Angelą Luter – dwójką komunistycznych terrorystów z RAF-u. Później pojawią się wątpliwości, kto stał za zagranicznymi szkoleniami członków grupy Baader-Mainhoff: czy rzeczywiście palestyńska OWP? Owszem, ale za pośrednictwem wywiadu NRD, który intensywnie szkolił młodych zachodnioniemieckich terrorystów w bazach na Bliskim Wschodzie, w Berlinie, a także w kilku miejscach na terenie Polski, m.in. w okolicach Legnicy i Wrocławia.

Aby zamach w Heidelbergu się powiódł, Stasi, poza wcześniejszym wyszkoleniem, zapewnia Frakcji Czerwonej Armii wsparcie logistyczne: najprawdopodobniej dostarcza obie bomby, wytworzone z materiałów wybuchowych (w teorii) dostępnych zachodnioniemieckiej grupie terrorystycznej. Z całą pewnością zabezpiecza tyły, organizuje bezpieczny odwrót do Berlina po zamachu. Prawie na pewno w momencie akcji, w samochodach, którymi Irmgard Möller i Angela Luter wwożą bomby na teren osiedla dla rodzin amerykańskich żołnierzy, siedzą „bojownicy-specjaliści” ze Stasi. Jeden z Amerykanów ocalałych z eksplozji zezna później, że z samochodów, które zaparkowano na trawniku obok kantyny, dziesięć minut przed eksplozją wysiadło sześć osób.

Dowiemy się o tym po latach. To, że w zamachu brał udział ktoś poza dwójką terrorystów z RAF, zostanie potwierdzone dopiero po odtajnieniu akt Stasi w 1989 roku.

W Heidelbergu oddziałom sabotażowym Stasi udało się pomóc w zabiciu trzech żołnierzy amerykańskich, ale dla światowego terroryzmu zamach na główną bazę USA w Europie, przeprowadzony z dziecinną łatwością, stanowi przełom. „To cios w imperialną pychę USA” – napisze kilka dni później w swym oświadczeniu RAF, biorąc całą akcję na siebie i uzasadniając ją „odpłatą za bombardowanie cywilnych wietnamskich wiosek”.

Dla Stasi akcja w Heidelbergu nie oznaczała postawienia na nogi całego ministerstwa; nikt spośród najwyżej postawionych bezpieczników nie czekał z napięciem przy telefonie. W samym roku 1972 Zarząd 15 zdefiniował 345 celów, wykonał ponad siedemdziesiąt mniejszych i większych akcji, głównie na terenie RFN i krajów Europy Zachodniej. Wydarzenia z 24 maja 1972 r. to dla grupy, o której istnieniu wiedziało kilkadziesiąt osób, była rutyna.

 

Pomóc czeskiemu bratu

Pomysł stworzenia oddziału sabotażowego przy Stasi wychodzi w 1962 roku od Marcusa Wolfa, szefa wywiadu zagranicznego działającego w ramach MfS. Wolf to jedna z najważniejszych i najciekawszych postaci zimnej wojny. Prywatnie – uroczy, oczytany przedstawiciel artystycznej inteligencji partyjnej, wyrastający ponad demonstracyjnie proletariackich szefów Stasi, z Erichem Mielke na czele. Dla wywiadów zachodnich Wolf to przez długie lata „człowiek bez twarzy”, ktoś pociągający za sznurki w strukturach wschodnioniemieckiego wywiadu, postać kluczowa dla wielu wydarzeń podczas wojny agentów w Europie. O tym, że ma twarz, głos i biografię, Zachód dowie się dopiero w 1979 roku, kiedy z NRD ucieknie wysoko postawiony oficer Stasi Werner Stiller, zadając MfS najpoważniejszy cios w całej historii jego istnienia.

W 1964 roku Wolf zleca stworzenie narzędzia, które nie tylko umożliwi Stasi terrorystyczne nękanie krajów Zachodu, ale pozwoli odegrać większą rolę NRD w zimnowojennej polityce ZSRR w Afryce, Ameryce Łacińskiej i – przede wszystkim – na Bliskim Wschodzie.

Najpierw jednak, po czterech latach szkolenia Partyzantów niewidzialnego frontu, przychodzi czas na sprawdzenie oddziałów dywersyjnych w warunkach wojennych. Do sierpnia roku 1968, kiedy uderzenie na Czechosłowację jest przesądzone, a 7 Drezdeńska Dywizja Pancerna czeka przy granicy na sygnał do inwazji, sabotażyści Stasi osiągają poziom najlepszych tajnych służb świata. Przez KGB uznawani są za jedynego równorzędnego partnera operacyjnego.

Dlatego też będą stanowić szpicę niemieckiego uderzenia na zbuntowanego południowego sąsiada. W pierwszych godzinach operacji Dunaj terroryści Stasi mają zająć się tym, by droga oddziałów lądowych do Pragi była szybka i bezpieczna. Dowództwo zakłada, że w ciągu sześciu do ośmiu godzin poprzedzających inwazję wschodnioniemieccy terroryści uciszą wszelką łączność wroga na linii Replice-Rudnice-Łowosice-Praga, wysadzą tory kolejowe biegnące wzdłuż linii niemieckiego natarcia, po czym uderzą i zajmą praskie cywilne lotnisko Vodochody.

Zważywszy na fakt, że decyzja o nieangażowaniu armii niemieckiej w inwazję została przekazana wojskowym NRD 20 sierpnia, w przeddzień rozpoczęcia operacji Dunaj, można przypuszczać, że oddziały terrorystycznie Stasi zostały odwołane w ostatnim momencie. Albo nawet zawrócone już z terytorium CSRS.

 

 

Wyszkolić Czarny Wrzesień

KGB ma wobec 15 Zarządu inne, równie poważne plany. Doceniając kunszt militarny, zwraca się do sabotażystów Stasi o antyimperialistyczną solidarność oraz pomoc rozwojową w regionach świata, w których ZSRR walczy o swoje wpływy (oznacza to w praktyce stworzenie szeregu obozów szkoleniowych dla bojowników, walczących po czerwonej stronie konfliktów Trzeciego Świata). A także o zaangażowanie się w bliskowschodni konflikt z Izraelem poprzez wsparcie organizacji palestyńskich, z Organizacją Wyzwolenia Palestyny na czele.

KGB wskazuje na oddziały Stasi z pragmatyzmu. W dziedzinie szkolenia walki partyzanckiej, metod terrorystycznych oraz sabotażu Niemcy nie mają sobie równych.

Siatka szkoleniowa Zarządu 15 szybko oplata cały Trzeci Świat. Obozy powstają w Ghanie, Sudanie i Jemenie Południowym. Fachowość sabotażystów z NRD przyczynia się do przejęcia władzy przez komunistyczne rządy w Mozambiku, Angoli i Etiopii, gdzie po pięćdziesięciu latach panowania zostaje obalony cesarz Haile Sellasje. W istocie enerdowscy sabotażyści stanowili główne i najistotniejsze narzędzie militarne ZSRR w walce o wpływy w Afryce.

Nie sposób ustalić, na ile pomoc w przygotowaniu zamachu w monachijskiej wiosce olimpijskiej w 1972 roku stanowiła realizację pomysłu KGB. Jest pewne, że atak palestyńskich bojówkarzy z Czarnego Września na izraelskich sportowców byłby w zasadzie niemożliwy, gdyby nie Zarząd 15 Stasi, którego obozy szkoleniowe od czterech lat pracowały na Bliskim Wschodzie pełną parą. Szkolili się w nich przede wszystkim członkowie OWP, z których w prostej linii wywodził się Czarny Wrzesień.

Doskonała znajomość Monachium, sprawne poruszanie się po budynkach wioski olimpijskiej, inicjatywa i kontrolowanie sytuacji aż do tragicznej eksplozji na lotnisku, w której zginęli porwani sportowcy Izraela, stanowiły filar tej operacji. A taki filar wznieść mogli jedynie ludzie, którzy znali Zachodnie Niemcy jak własną kieszeń – funkcjonariusze Stasi.

 

 

Zabić piłkarza za zdradę barw

5 marca 1983 roku piłkarz zachodnioniemieckiegio Eintrachtu Braunschweig Lutz Eigendorf wypija jedno piwo w pubie, żegna przyjaciół i wsiada do swojego volkswagena, żeby wrócić do domu i wyspać się przed porannym treningiem. Pół godziny później ma ponad półtora promila alkoholu we krwi i jest bliski śmierci uwięziony w swoim zgniecionym samochodzie na poboczu drogi. Umiera dwa dni później w wyniku odniesionych obrażeń.

Utalentowany napastnik nie zawsze był piłkarzem klubów zachodnioniemieckich. Cztery lata wcześniej przyjechał na mecz towarzyski z FC Kaiserslautern jako piłkarz Dynama Berlin, sportowej dumy Stasi, klubu należącego i finansowanego przez MfS. Zagrał niezły mecz, ale zamiast wrócić do autokaru, zniknął. Poczekał w ukryciu, aż koledzy wrócą bez niego do NRD, i zaproponował działaczom z Kaiserslautern bezgotówkowy transfer.

Szef Stasi Erich Mielke, dla którego Dynamo Berlin było oczkiem w głowie, nie bez powodu czekał na wykonanie wyroku aż cztery lata. Po pierwsze – śmierć Eigendorfa na kilka dni przed kolejnym tourneé Dynama Berlin po RFN miała odstraszać potencjalnych naśladowców rozważających wybranie wolności. Po drugie piłkarz był dla Stasi symbolem „zdrajcy”. Dużo mówił w mediach o koszmarze życia za żelazną kurtyną, wspierał wschodnioniemieckich dysydentów, angażował się w antyreżymowe akcje.

Jak przebiegła ta akcja? Sabotażyści Zarządu 15, przebrani w mundury zachodnioniemieckiej drogówki, zatrzymali na pustej szosie samochód Lutza Eigendorfa. Obezwładnionemu piłkarzowi wstrzyknęli do żył alkohol, usadzili półprzytomnego na miejscu kierowcy i rozpędzili auto. Jeden z agentów wyskoczył w ostatniej chwili. Nie za wcześnie, by Eigendorf nie mógł już nic zrobić, i nie za późno, by nie skomplikować pracy Stasi nieoczekiwanym zamieszaniem związanym z dodatkowymi zwłokami.

Tajemnicza śmierć piłkarza wyjaśnia się w pełni dopiero w roku 2000, kiedy ujawnione dokumenty archiwalne zostają uzupełnione przez zeznania byłych oficerów. Jednak cała prawda o liczbie akcji, ich przebiegu i skuteczności zapewne nigdy nie zostanie ujawniona.

Marcus Wolf, który wyszedł obronną ręką z procesów, wytoczonych mu przez państwo niemieckie po zjednoczeniu, twierdzi, że zna skalę działań „firmy”. Po upadku muru berlińskiego część tej wiedzy wyjawił CIA, w zamian za ochronę przed Mossadem, który planował dołączenie Wolfa do listy terrorystów palestyńskich, zaangażowanych w zamach monachijski. Jednak propozycji, by zmienić tożsamość, rozpocząć nowe życie w Kalifornii i stać się jednym z architektów polityki CIA wobec Europy Środkowo-Wschodniej Marcus Wolf oficjalnie nigdy nie przyjął. Między 1993 a 2005 r. nie było go w Niemczech. Jak wyznał tuż przed śmiercią, odpoczywał w ukryciu na zasłużonej emeryturze.