Nad Krakowem zapadał już mrok. Była środa, 6 stycznia. Około godziny 16.00 Mieczysław M., kapitan statku rzecznego typu Łoś, służącego do transportu kruszywa, zauważył, że jednostka traci moc. Nie było to coś nadzwyczajnego, bo w turbinę silnika co rusz wkręcały się pływające po rzece śmieci. Łoś znajdował się niedaleko stopnia wodnego Dąbie na Wiśle w Krakowie. Załoga zacumowała barkę i poszła do domu, a zablokowaną śrubą postanowiono zająć się rano. Następnego dnia trochę padało, ale pogoda jak na styczeń była całkiem przyjemna, prawie 12 stopni C. Kapitan razem z pokładowym mechanikiem zabrali się za wyciąganie pogrzebaczem tego, co zatkało turbinę. Wyjęli skórę.

Początkowo załoga Łosia nie zdawała sobie sprawy z tego, na co patrzy. Nic dziwnego – to, że ciało wkręciło się w śrubę, jeszcze spotęgowało jego uszkodzenia. Uwagę obecnych musiał przyciągnąć jednak jakiś szczegół: być może załoga zauważyła pępek, może kawałek łona. W każdym razie znalezisko było na tyle niepokojące, że na miejsce została wezwana policja. Na materiale wideo nakręconym tego dnia przez policyjnego technika na kasecie VHS widać lekko przerdzewiałą burtę Łosia i pokład, na którym leży znalezisko. Jest około godziny 15.00, 7 stycznia 1999 roku, na zewnątrz wciąż jeszcze jest jasno. Razem ze skórą z turbiny wydobyto także fragment granatowego dzianinowego swetra. Przybyły na miejsce lekarz początkowo uznał, że skóra mogła należeć do topielca i że kiedy turbina łodzi zahaczyła o ciało, śruba ściągnęła fragment skóry. Ale sekcja już niebawem miała pokazać jak bardzo się mylił.

 

MIŁA DZIEWCZYNA

Katarzyna Z rozpłynęła się w powietrzu prawie dwa miesiące wcześniej 12 listopada 1998 roku. Był czwartek, synoptycy zapowiadali tego dnia mgły i 3 stopni Celsjusza. Katarzyna w czerwcu skończyła 23 lata, urodziła się dokładnie w Dzień Dziecka. 1 czerwca 1975 roku też bardziej przypominał listopad – było mgliście, pochmurno i zimno. W dniu zniknięcia Katarzyna umówiona była z matką o godz. 18.00 pod Przychodnią Psychiatryczną na osiedlu Uroczym w Krakowie-Nowej Hucie. Na spotkanie nie dotarła.

Kiedy córka nie stawiła się pod krakowską przychodnią ani nie wróciła wieczorem do domu, zaniepokojona matka zgłosiła jej zaginięcie na policji. Policjanci podeszli do zgłoszenia z dystansem, w końcu dziewczyna była dorosła, może postanowiła wyrwać się z przyjaciółmi na parę dni? – sugerowali funkcjonariusze. Matka zaczęła więc szukać Katarzyny na własną rękę. Obawiała się czy studentka nie dołączyła do jakiejś sekty. Skąd ten lęk? Nie wiadomo. Może dziewczyna o czymś wcześniej przebąkiwała? A może po prostu w latach 90. w Polsce pojawiło się sporo nowych grup religijnych? Kobieta zgłosiła się po pomoc do krakowskich dominikanów. Zakon prowadzi w Krakowie Centrum Informacji o Nowych Ruchach Religijnych i Sektach. To tam miała otrzymać namiary na prywatnego detektywa Grzegorza Bohosiewicza, który na jej zlecenie rozpoczął poszukiwania studentki.

Biuro detektywistycznie Bohosiewicza działa do dziś i mieści się przy ul. Obopólnej na Krowodrzy w Krakowie. Kiedy w mediach pojawiły się informacje o zaginięciu Kasi, do biura zaczęły napływać liczne informacje. Ktoś widział ją w autobusie do Wolbromia, ktoś inny na cmentarzu Batowickim albo w Zakopanem. Podobno dobrze się bawiła. O Kasi ludzie potrafili powiedzieć niewiele: że była
miła, ale skryta i tajemnicza. Raczej nieśmiała i introwertywna. – Zawsze była spokojnym dzieckiem. Nigdy nie była bardzo otwarta, ekstrawertywna – opowiadała matka Katarzyny Z w mediach. Mówiła też, że córka była oczytana, mądra, że godzinami mogły rozmawiać o książkach, obejrzanych filmach czy teatrze. O tym, że Kasia zawsze chciała mieć psa, ale ona, matka, się nie zgodziła. W zamian kupiła papużki nierozłączki, te latały po mieszkaniu, siadały dziewczynie na głowie.

Katarzyna była bardzo związana z ojcem, ten z kolei zaraził ją miłością do gór. I w górach właśnie doszło do pierwszej tragedii: ojciec z córką wybrali się na wspólną wspinaczkę, podczas której on poślizgnął się, spadł i uszkodził sobie kręgosłup. Trafił do szpitala. Wkrótce zdarzyła się tragedia kolejna: ojciec ciężko zachorował. Nie wyszedł już z tego i 19 stycznia 1996 roku zmarł. Miał 49 lat. Kasia została tylko z mamą, w bloku na jednym z nowohuckich osiedli w Krakowie. – Patrzyła jak umierał, to było dla niej bardzo ciężkie – wspominała matka. Po śmierci ojca Katarzyna wpadła w depresję i to właśnie dlatego leczyła się w krakowskiej przychodni.