Politycy niechętnie sięgają po dane naukowe – i nic dziwnego. Gdyby tak zrobili, gromy rzucane przez nich na sklepy sprzedające legalne środki psychoaktywne straciłyby swą moc. Prawda bowiem wygląda tak, że nie ma dotąd dowodów na szkodliwość większości owych dopalaczy.

Owszem, można zakazać ich sprzedaży na wszelki wypadek – ale i tutaj brak konkretnych danych potwierdzających, że takie działania mają jakikolwiek sens. „Spychanie dopalaczy w szarą czy czarną strefę sprawi, że nie będzie można na nich prowadzić legalnych badań naukowych. W efekcie nadal nie będziemy wiedzieli, czy i na ile takie substancje są niebezpieczne – ani czy są skuteczne” – uważa prof. Henry Greely, prawnik ze Stanford University, który wraz z grupą naukowców i etyków wystosował niedawno apel o zmianę podejścia do substancji „podkręcających” szare komórki.

CZYTAJ TEŻ: Podkręcanie mózgu

W tym przypadku mniejsze znaczenie mają pigułki rekreacyjne, które umożliwiają w miarę bezpieczny „odlot”. Uczeni obawiają się przede wszystkim, że ofiarą wojny z dopalaczami padną przy okazji te substancje, które mogą skutecznie wspomagać sprawność intelektualną. Zapotrzebowanie na nie rośnie w szybkim tempie, bo przecież praktycznie cała nowoczesna gospodarka oparta jest na wiedzy i informacji – a najlepszym narzędziem do ich przetwarzania nadal jest ludzki mózg.

Mit wyrównania szans

Oczywiście trafiamy tutaj na koronny argument przeciwników „chemii” – stosowanie dopalaczy intelektualnych jest pójściem na łatwiznę i zwykłym oszustwem, tak samo jak doping w sporcie. Ale w obu przypadkach jest to przede wszystkim walka z wiatrakami. „Tylko wtedy, gdy zniesione zostaną wszelkie ograniczenia, lekarze i naukowcy będą mieli pełną kontrolę nad dopingiem” – uważa prof. John Eliot, psycholog sukcesu z Rice University.

Co więcej, „chemia” wcale nie jest tak nieuczciwa, jak się powszechnie głosi. Istnieje wiele powszechnie akceptowanych sposobów zwiększania sprawności intelektualnej: nauka w szkole, kursy szybkiego czytania, zdrowa dieta czy chociażby kofeina. Sęk w tym, że te najłatwiej dostępne (np. kawa czy czytanie książki) nie są bardzo skuteczne, natomiast te naprawdę dobre – dużo kosztują. Nie każdego stać na posłanie dziecka do najlepszej szkoły czy na drogi kurs; w krajach rozwijających się podobnie wygląda kwestia dostępu do Internetu czy dobrze zaopatrzonej biblioteki.

Tymczasem substancje chemiczne mogą połączyć wielką skuteczność z przystępną ceną. Już dziś na Zachodzie jedna pigułka bezpiecznego „wspomagacza” kosztuje mniej niż filiżanka kawy. Oczywiście w ten sposób nie zniwelujemy wszelkich nierówności, ale też nikt chyba nie powinien mieć złudzeń co do tego, że bogatszych zawsze będzie stać na bardziej wyrafinowane „pomoce naukowe”.

Naczelną kwestią staje się tu bezpieczeństwo. A mogą je zapewnić przede wszystkim te substancje, które zostały wszechstronnie sprawdzone – tak jak leki stosowane od wielu lat w psychiatrii. Od dawna wiadomo, że przynajmniej dwa z nich – metylofenidat i modafinil, zwiększające koncentrację – są masowo przepisywane przez lekarzy ludziom, którzy wcale nie są chorzy.

W czarnej sieci

Jest to oczywiście działanie półlegalne, ale przynajmniej osoby zażywające takie substancje są pod kontrolą specjalistów i mogą liczyć na pełną informację o skutkach ubocznych. „Lekarz powinien przedstawić wszystkie za i przeciw, ale wybór należy pozostawić samemu zainteresowanemu” – uważa dr Anjan Chatterjee, neurolog z University of Pennsylvania.

Drugą ważną kwestią jest możliwość legalnego kupienia dopalaczy. Jeśli są dostępne w aptece czy sklepie, klient może oczekiwać, że substancja będzie bezpieczna i dobrej jakości, a w razie problemów może pociągnąć sprzedawcę do odpowiedzialności. Natomiast gdy cała branża zostaje zmuszona do zejścia do podziemia – dziś z reguły internetowego – natychmiast pojawiają się oszuści, sprzedający bezwartościowe lub wręcz toksyczne podróbki. Tak dzieje się przecież od dawna choćby w przypadku viagry, chętnie kupowanej jako afrodyzjak.

Weź pigułkę!

 

Rządy, które dziś zakazują stosowania dopalaczy, mogą być wkrótce zmuszone do zmiany zdania. W niektórych branżach ich użyteczność okazuje się tak wielka, że kwestie etyczne czy polityczne schodzą na drugi plan.

Już od czasów II wojny światowej żołnierze dostają pochodne amfetaminy, które pozwalają im zwalczyć zmęczenie na polu walki. Zażywanie tych środków zapewne (choć nikt nie mówi o tym głośno) jest przymusowe.

Dziś podobne pomysły zaczynają się pojawiać w innych branżach. „Być może stosowanie leków zwiększających sprawność intelektualną stanie się niedługo normą wśród osób pracujących w trybie zmianowym, kierowców ciężarówek czy lekarzy na ostrych dyżurach” – spekulują prof. Barbara Sahakian i dr Sharon Morein-Zamir z wydziału psychiatrii University of Cambridge. Skoro może to doprowadzić do mniejszej liczby wypadków przy pracy czy błędów w sztuce lekarskiej, być może taka praktyka stanie się obowiązkowa.

A nawet jeśli nie będzie przymusu prawnego, wystarczyć może sama presja środowiska. Wyobraźmy sobie klasę, w której część uczniów legalnie bierze środki poprawiające pamięć i koncentrację. Można oczywiście powiedzieć, że nasze pociechy nie będą korzystać z „chemii” – ale ilu rodziców naprawdę się na to zdecyduje? Już za kilka–kilkanaście lat zakazanie dziecku brania „inteligentnych pigułek” może być równie zasadne, jak dziś zablokowanie mu możliwości brania korepetycji.

Wyścig z chemią

Niestety, w atmosferze nagonki na dopalacze rzadko kto – zwłaszcza w Polsce – w ogóle zastanawia się nad takimi kwestiami. A przecież problem nie zniknie tylko dlatego, że kilka substancji zostało zdelegalizowanych. W laboratoriach na całym świecie ciągle powstają nowe, są też środki bazujące na całkowicie legalnych, naturalnych ziołach. Prawodawcy zawsze będą o krok za chemikami.

Co gorsza, jeśli zakaże się wszystkiego bez wyjątku, bardzo łatwo będzie przegapić potencjalnie cenną, a zarazem bezpieczną substancję. Taki los spotkał kiedyś LSD – halucynogen uznany za niebezpieczny narkotyk, który dziś nieśmiało wraca do laboratoriów jako obiecujący lek w terapii uzależnień (!). Uczeni próbują też przeforsować – i to na poziomie Organizacji Narodów Zjednoczonych – liberalniejsze podejście do marihuany. Z niezbyt nadal licznych badań, które wykonano do tej pory, wynika bowiem, że jest ona mniej groźna niż alkohol, natomiast może skutecznie wspomagać leczenie przewlekłego bólu.

CZYTAJ TEŻ: Marihuana leczy