„W dzisiejszych czasach przyjaciele zastąpili nam rodzinę” – ogłosił amerykański dziennikarz Ethan Watters w 2004 roku. Jego książka „Urban Tribes” (ang. Miejskie plemiona) opisywała młodych mieszkańców dużych miast, którzy zostawili swoje rodziny w odległych wsiach i miasteczkach, żeby spróbować dorosłego życia w metropolii. To tam zaczynali kariery, zawiązywali przyjaźnie i przeżywali pierwsze miłości. I to właśnie przyjaciele byli świadkami wszystkich najważniejszych wydarzeń w ich życiu.

„Zerwałeś z dziewczyną, oblałeś egzamin czy złamałeś nogę – do kogo dzwonisz w pierwszej kolejności? Rodziców, którzy mieszkają w innym stanie, czy do przyjaciela, z którym dzieliłeś pokój w college’u, a który mieszka trzy ulice dalej?” – pyta retorycznie Watters. Jego antropologiczne studium miejskiej dżungli, w której przyjaźń jest jedynym stabilnym punktem, zostało przyjęte przez krytyków za oceanem i w Europie bardzo ciepło. Nic dziwnego.

Mało kto nie oglądał zabawnego amerykańskiego serialu „Przyjaciele”, który pokazuje perypetie szóstki dobrych kumpli mieszkających na nowojorskim Manhattanie. Ich życie, choć często kręcące się dookoła skomplikowanych układów miłosnych, było peanem na cześć przyjaźni. Podobnie zresztą jak inny hitowy serial z końca lat 90. „Seks w wielkim mieście”, który najlepiej chyba podsumowuje buńczuczne hasło jednej z bohaterek, Samanthy, która głosiła: „Kobiety są do przyjaźni, a mężczyźni do seksu”. Jak to więc jest z tą przyjaźnią – czy rzeczywiście zastąpiła miłość i rodzinę?

Sojusznik plemienny

O moralnym wymiarze przyjaźni żywo dyskutowali starożytni filozofowie. Arystoteles nazywał przyjaciela przedłużeniem samego siebie. W pewnym momencie w starożytnej Grecji słowo „przyjaciel” oznaczało to samo, co „kochanek”. W wielu kulturach, na przykład w środkowej i wschodniej Azji, wielką wagę przywiązuje się do przyjaźni męsko-męskiej, z kolei w krajach arabskich wybór przyjaciela jest tak samo ważny jak decyzja o zamążpójściu. Psycholodzy ewolucyjni są zgodni co do tego, że budowanie relacji przyjacielskich było ważne już dla ludów pierwotnych. Głównie z powodów bezpieczeństwa. Zaprzyjaźniony członek klanu stawał się sojusznikiem przekazującym ważne informacje i pomoc.

Czytaj także: Wśród setek znajomych, których mamy na Facebooku, może nie być nikogo, kto zostałby naszym przyjacielem. Jednak nawet wirtualne więzi mają swoją wartość

„Doceniłam wartość przyjaźni wtedy, kiedy jako piętnastolatka przeniosłam się z rodzicami z Karoliny Północnej do Michigan. Zerwanie więzi z przyjaciółmi bolało długo, nawet kiedy już zadomowiłam się w nowej szkole i życiu. Przyjaźń to jeden z najważniejszych, jeśli nie najważniejszy, element życia” – mówi Carlin Flora, autorka książki „Friendfluence: The Surprising Ways Friends Make Us Who We Are” (Wpływ przyjaciół: zaskakujące sposoby, w jakich przyjaźń sprawia, że jesteśmy, jacy jesteśmy).

A co z miłością, tą najpotężniejszą siłą, której pragnie każdy człowiek? Flora nie twierdzi, że związki miłosne są nieistotne. Ale przyjaciół częściej niż partnerów wybiera się na całe życie, tym bardziej, że coraz więcej ludzi na świecie żyje w pojedynkę, bo tak jest wygodniej. Wystarczy spojrzeć na statystyki, chociażby zza oceanu. W Stanach Zjednoczonych wiek pierwszego zamążpójścia wciąż rośnie. W 2010 roku wynosił prawie 29 lat dla mężczyzn i i 26,5 dla kobiet. W 2006 roku było to dwa lata mniej dla każdej płci.

Bombardowani komunikatami, jak udoskonalić wygląd, mieszkanie, samopoczucie czy partnera, wylądowaliśmy na planecie Ja. To bardzo samotne miejsce

Rok temu brytyjski dziennik „The Guardian” obwieścił „wiek singielstwa”, podając szacunki ośrodka badań Euromonitor International, wedle których blisko 280 milionów osób na świecie mieszka w jednoosobowych gospodarstwach domowych. A w 1996 roku było to „zaledwie” 153 miliony. To skok o 80 procent! Co więcej, połowa singli – zarówno płci męskiej, jak i żeńskiej, chociaż wśród samotnych (znaczy: poza małżeństwem i związkiem) więcej jest kobiet – wcale nie chce się wiązać. Najwięcej „pojedynczych” mieszka w Szwecji – raju komfortowego, bezpiecznego życia. Jak przyznaje amerykański socjolog Eric Klinenberg „w całej historii ludzkości singlizm nie był tak popularny jak teraz”.

 

Gruba siatka

A kto jest najlepszym oparciem dla singla? Oczywiście najlepszy przyjaciel! Carlin Flora podkreśla, że w przeciwieństwie do rodziny, przyjaciół wybieramy sobie sami. „Życie jest nieprzewidywalne, tracimy miłości, pracę, zdrowie, to dlatego nikt nie dałby sobie rady bez przyjaciół” – tłumaczy z kolei brytyjska psycholożka Dorothy Rowe. Zresztą badacze twierdzą, że dopiero poznajemy ogromne psychologiczne i fizjologiczne korzyści z budowania trwałych związków przyjacielskich. Prof. William Bukowski z Centrum Badań nad Rozwojem Ludzkości na kanadyjskim Uniwersytecie Concordia dowiódł, że w trudnych chwilach kontakt z przyjacielem, któremu możemy zaufać, zwiększa wydzielanie kortyzolu w mózgu i automatycznie zmniejsza stres.

Często nawet nie zdajemy sobie sprawy, jak ogromny wpływ mają na nas ludzie, którymi się otaczamy. „Od tysięcy lat ludzie są jak mrówki, organizujemy się w pewne struktury społeczne. I tak jak zwierzęta, robimy to, co robią inni” – śmieje się Nicholas A. Christakis, harvardzki profesor i specjalista od zdrowia społecznego. W 2007 roku Christakis razem z innym badaczem, Jamesem H. Fowlerem ze Szkoły Medycznej Uniwersytetu Kalifornijskiego, wsadzili, nomen omen, kij w mrowisko, ogłaszając, że otyłość jest „zaraźliwa”. Innymi słowy, jeśli otaczamy się osobami z nadwagą, mamy większą szansę, że sami przytyjemy. Badanie wskazywało, że nawet jeśli jedna bliska osoba z naszego otoczenia jest otyła, nasze szanse na nadwagę zwiększają się o 57 procent.

„Tyje się przez przyjaciół? Bzdura!” – twierdzili krytycy duetu naukowców. Ci jednak nie przejmowali się negatywnymi uwagami i kontyuowali badania wpływu przyjaciół na nasze życie, które opisali w dziś bestsellerowej książce „Connected: The Surprising Power of Our Social Networks and How They Shape Our Lives” (ang. Powiązani: zadziwiająca siła naszych sieci społecznych i jak kształtują one nasze życie). Okazało się bowiem, że korelacji jest więcej – to, z kim przebywamy ma wpływ na to, ile palimy, czy nadużywamy alkoholu, czy mamy problemy ze snem czy pracą, a nawet na ogólny poziom szczęścia.

Rację więc mieli nasi przodkowie, którzy wymyślili powiedzenie: „Z jakim przestajesz, takim się stajesz”. Tak samo jak dobre relacje poprawiają nasze zdrowie i styl życia, toksyczne mają na nie bardzo negatywny wpływ. Tak działają na przykład dziwne, przyjacielsko-wrogie relacje, które czasem budujemy. To tzw. frenemies (połączenie słów „friend” i „enemy”), czyli bliscy znajomi, z którymi rywalizujemy i mimo spędzanego wspólnie czasu, nie jesteśmy pewni, czy możemy im zaufać.

Tego słowa pierwszy raz użyła w 1977 roku amerykańska dziennikarka Jessica Mitford, ale do popularnego słownika weszło za sprawą serialu „Seks w wielkim mieście” dopiero dwadzieścia lat później. Żyzną glebą dla frenemies są środowiska związane z naszą pracą. „Unikajmy frenemies, bo zwiększają poziom stresu w naszym organizmie, podwyższają ciśnienie krwi, a także sprawiają, że zachowujemy się jak gorsze wersje siebie” – podkreśla psycholożka Julianne Holt-Lunstad z Uniwersytetu Brighama Younga (USA), twierdząc, że tylko otaczając się pozytywnymi ludźmi, żyjemy dłużej i zdrowiej.

Przyjaźń 2.0

Skoro przyjaźń jest dla nas tak zbawienna, może więc im więcej przyjaciół, tym szczęśliwsze życie? Nic podobnego. Tę tezę obalił dwadzieścia lat temu Robin Dunbar, brytyjski antropolog i prof. psychologii ewolucyjnej z Uniwersytetu Oksfordzkiego, który badał zdolności naczelnych do zawierania trwałych więzi społecznych. W latach 90. Brytyjczyk stwierdził, że liczba „przyjaźni” między osobnikami (małpami, ludźmi) jest ograniczona zdolnościami poznawczymi ich mózgów. Innymi słowy, im większy mózg, zwłaszcza w części kory nowej, tym większe możliwości tworzenia przyjaźni. Badając objętość kory mózgu różnych gatunków, a także analizując ich „związki” z innymi, Dunbar doszedł do wniosku, że najlepszą utrzymywalną liczbą bliskich osób jest dla człowieka 148. I tak powstała tzw. liczba Dunbara. Według antropologa oznacza to, że najlepiej funkcjonujemy w grupach nie większych niż 150 osób. Z kolei makaki są w stanie utrzymać średnio tylko 25 znajomości, a lemury – 15 (pokażmy to na ilustracji!).

Jak ma się ta hipoteza w świecie 2.0, gdzie znajomości – bardzo często wirtualne – zawiera się szybko i obficie? W 2009 roku z liczbą Dunbara postanowił zmierzyć się tygodnik „The Economist”, który poprosił o pomoc socjologa pracującego dla Facebooka, dr Camerona Marlowa. Okazało się, że – rzeczywiście – przeciętny użytkownik amerykańskiego portalu społecznościowego ma średnio 120 znajomych. Kobiety komentują i lubią statusy i wpisy 10 osób. Mężczyźni są mniej aktywni – w ich kręgu społecznościowym znajduje się średnio siedem osób. Dunbar twierdzi więc, że miał rację. „Najlepiej funkcjonujemy w grupach maksymalnie 150-osobowych, a jeśli musimy egzystować w większych, na przykład w korporacjach, udaje się to tylko z powodu ich sztywnej, ale i sztucznej, hierarchii i schematów komunikacyjnych” – dodaje. Poza siecią bliskie relacje utrzymujemy z zaledwie czwórką, piątką najważniejszych przyjaciół. To im poświęcamy więcej niż 60 proc. naszego czasu przeznaczonego na spotkania towarzyskie.

 

Uwaga na miłość

Badania wskazują jednak, że przyjaciół łatwo stracić. W skali całego życia wymieniamy prawie połowę ich składu. O przyjaźń trzeba też dbać dużo bardziej niż o rodzinę, która jest z nami na dobre i na złe. Brak kontaktu przez pół roku powoduje, że nawet najbliżsi przyjaciele stają się nam obcy. Okazuje się też, że największym wrogiem przyjaźni jest... miłość! W niedawnym badaniu prof. Robin Dunbar, ten sam, który dowodził, ilu przyjaciół jest w stanie utrzymać przeciętny człowiek, stwierdził, że zakochując się, tracimy średnio dwie bliskie nam osoby. Jak to możliwe? „Ludzie zazwyczaj utrzymują relacje z pięciorgiem przyjaciół, ci zakochani – mają czas tylko dla czwórki. Jeśli weźmie się pod uwagę, że wśród tych czterech osób jest też nowa ukochana/ukochany, nie mamy już czasu dla dwójki starych znajomych. I oni wypadają z naszego kręgu” – tłumaczy prof. Dunbar.

Moja babcia mawiała z nostalgią, powtarzając to, co powiedziała jej stara ciotka: „Najpierw mi zwiędły kwiaty kochanka, potem zwiędły kwiaty przyjaciela. Lecz kwiaty matki pozostały świeże, bo tylko ona kochała szczerze”. Najlepiej jednak nie zostawiać sobie wyboru: rodzina, miłość, przyjaźń, ale starać się pielęgnować wszystkie związki, niezależnie od tego, jak dużo wysiłku to kosztuje. Bo każda z więzi emocjonalnych, zupełnie jak babcine kwiaty, więdnie bez opieki.