Mój pierwszy pies nazywał się Azor.

Nazwaliśmy go tak, ponieważ jako mały chłopiec, tak właśnie na niego wołałem i było to chyba jedyne psie imię jakie wtedy znałem. W zasadzie to nawet mówiłem do niego Azioł, ale rodzice spolszczyli imię. Przyplątał się do nas, kiedy miałem kilka lat. Brat mojej mamy wracał wtedy z wojska i przyprowadził do domu białego mieszańca albinosa. Średniej wielkości czworonoga, który został z nami przez kilkanaście lat. Azor miał, mówiąc delikatnie, charakterny styl bycia i swoje nawyki np. kochał uciekać – przeskakiwał przez 1,5 metrowy płot lub przeciskał się pod nim, lubił też kopać doły – wszędzie i nienawidził rowerzystów – zawsze. Kiedy tylko udało mu się wymknąć za ogrodzenie, biegał za nimi po ulicy próbując ugryźć ich w kostkę. Mimo wyżej wymienionych wad kochaliśmy tego kundla całym swoim sercem i szybko stał się on członkiem naszej rodziny. Pod koniec swojego życia Azor bardzo chorował m.in. kulał na jedną łapę, wyliniał i przestał jeść.

 

Chociaż cały czas przy tym wszystkim zachował klasę i swój bojowy charakter np. potrafił nagle wskrzesić swoją ukrytą moc widząc psa sąsiadów. Szczekał i warczał po czym… dostawał kilkunastominutowy atak kaszlu. Pamiętam ten moment, kiedy wróciłem do domu z wakacji, miałem wtedy kilkanaście lat, a psa nie było. Tak jakby nagle zabrakło jakiegoś stałego pierwiastka tego układu. Nic nie szczekało ani nie merdało ogonem. Przez pierwszy moment naiwnie myślałem, że znowu uciekł, ale pewnie wiecie, znacie ten stan, kiedy podskórnie czujecie, że coś złego się wydarzyło, macie nadzieję, ale przeczuwacie, że coś jest jednak nie tak. Od razu w progu w pierwszych słowach po powrocie zapytałem moją mamę co się stało, a ona opowiedziała, mi całą historię. Postanowili uśpić psa, ponieważ bardzo się męczył. Wybrali moment, kiedy mnie nie było, żebym nie musiał brać w tym udziału. „Nie chcieliśmy Cię martwić” usłyszałem. Pamiętam, że wpadłem wtedy w ogromny gniew. A że byłem zbuntowanym nastolatkiem, to gniew był naprawdę duży. Przez kilka dni nie odzywałem się do rodziców. Byłem zły, że nie dali mi szansy na pożegnanie się z moim czworonożnym przyjacielem.

 

Był to chyba pierwszy moment w moim życiu, a przynajmniej pierwszy jaki pamiętam, kiedy uświadomiłem sobie, że nie mogę przeżyć trudnych emocji w odpowiednim dla siebie czasie. Oczywiście można by sobie zadać pytanie, czy w ogóle jest jakiś odpowiedni, specjalny czas na trudne emocje i np. żałobę, chodzi mi natomiast o to, że próbując mi pomóc, uchronić przed wyimaginowanym zagrożeniem, rodzina tak naprawdę utrudniła mi możliwość przeżycia czegoś co jest naturalne, czegoś co „należało” przeżyć – smutku i złości.

 

Jedne z dwóch najbardziej dominujących „strategii” radzenia sobie z emocjami w naszej kulturze, to z moich obserwacji umartwianie się lub zamiatanie pod dywan. Dzisiaj, jak się pewnie domyśliliście, o tej drugiej strategii. Podejrzewam, że wielokrotnie mieliście okazję usłyszeć, lub może nawet sami powiedzieć „dobre rady" w stylu: „Nie myśl o tym”, „Nie smuć się”, „Nie martw się” „No i po co się tym denerwujesz, zajmij się lepiej…”. Nie chcemy by nasi bliscy przeżywali trudne dla nich emocje. I w sumie w samej tej chęci nie ma złych intencji. No bo przecież normalne, że gdy kogoś kochasz, lubisz, lub chociażby nie życzysz mu źle, chcesz, aby czuł się dobrze i np. czuł radość, wzruszenie, ekscytację, a przynajmniej spokój, a nie rozczarowanie, złość czy ból. Zaczynamy więc czasami grać w grę nieodczuwania nieprzyjemnych emocji. Robią to często rodzice wobec swoich dzieci (patrz powyższy przykład), kiedy odwracają uwagę dziecka np. od tęsknoty czy rozczarowania, wołając, kiedy tylko pojawią się w jego oczach łzy – „O patrz jaki samochodzik jedzie…”, albo dając lizaka, żeby szybko poprawić mu nastrój. Robimy to również sami sobie. Nie lubimy być np. w smutku, obserwować smutku, kontemplować smutku.