Terroryści mogą posłużyć się kleszczami, by przygotować broń biologiczną nowej generacji – uważają amerykańscy mikrobiolodzy. Zakrawa to na żart, ale uczeni traktują sprawę bardzo poważnie. Zaliczane do pajęczaków kleszcze przenoszą liczne choroby, często podstępnie atakujące układ nerwowy i prowadzące do śmierci lub trwałej niepełnosprawności. Na wiele z nich nie ma żadnego lekarstwa, zresztą nawet z wykrywaniem takich infekcji lekarze radzą sobie słabo. Wkrótce sami się o tym przekonamy – tegoroczne deszczowe lato sprzyja kleszczom, a nadchodząca jesień to pora ich największej aktywności.

STRZYKAWKA Z CHOROBAMI

Na Ziemi żyje ponad 800 gatunków kleszczy, które żerują na niemal wszystkich grupach kręgowców (wyjątek robią tylko dla ryb). Są niewielkie, trudne do wykrycia, a nawet jeśli się to komuś uda, niełatwo je zabić. Trudno je rozgnieść, wytrzymują długie okresy suszy i głodu (w warunkach laboratoryjnych – nawet do siedmiu lat!), zaś zimą zapadają w letarg. Ich system namierzania ofiar zaskakuje swą precyzją. Dzięki tzw. narządowi Hallera, znajdującemu się na pierwszej parze odnóży, są w stanie rozpoznać 40–50 różnych zapachów – w tym substancje zawarte w pocie oraz wydychany przez nas dwutlenek węgla.

Wyczuwają też wibracje, zmiany oświetlenia (czyli cień) oraz ciepło. Ten ostatni czynnik pozwala im odnaleźć najlepsze miejsce do żerowania na ciele ofiary – takie, gdzie skóra jest cienka, a pod nią znajdują się liczne naczynia krwionośne (np. pod kolanem, w pachwinie, pod ramieniem czy u nasady włosów).

Aparat gębowy kleszcza zwany hypostomem jest zaopatrzony w kolce, utrudniające jego wyciągnięcie z ciała ofiary. Ślina pasożyta zawiera cały arsenał substancji ułatwiających atak: jedne „cementują” hypostom w skórze, inne ją znieczulają, jeszcze inne hamują krzepnięcie krwi i działanie układu odpornościowego. Dzięki temu kleszcz może spokojnie pożywiać się przez wiele godzin. Niektóre gatunki dokładają do kompletu toksynę paraliżującą działanie układu nerwowego, która wywołuje porażenie kleszczowe – chorobę groźną dla życia, ale ustępującą wkrótce po usunięciu pasożyta ze skóry.

Nic dziwnego, że z tych wszystkich udogodnień korzystają liczne mikroorganizmy chorobotwórcze. Także i pod tym względem kleszcze mogą się pochwalić szeroką „ofertą”: przenoszą wirusy, bakterie (w tym pasożytujące wewnątrz naszych komórek riketsje), pierwotniaki, a nawet nicienie. Niektóre choroby odkleszczowe występują tylko w rejonach tropikalnych, ale są i takie, które dotyczą także Polski (głównie kleszczowe zapalenie mózgu, wywoływane przez wirusa TBEV, oraz atakująca stawy i układ nerwowy borelioza, za którą odpowiadają bakterie Borrelia burgdorferi). Co gorsza, jeden kleszcz może być nosicielem kilku mikrobów jednocześnie, a wówczas jedno ukąszenie daje w efekcie dezorientującą lekarzy mieszankę nakładających się na siebie objawów wielu chorób.

ZNIKAJĄCE ZAPALENIE MÓZGU

Gdy spojrzymy na mapę przedstawiającą występowanie kleszczowego zapalenia mózgu w Europie, rzuci nam się w oczy dziwaczna biała plama, ciągnąca się ukosem przez Polskę. Choroba ta atakuje u nas przede wszystkim na terenach północno-wschodnich i wschodnich oraz na południowym zachodzie. Dlaczego tak jest? Mogłoby się wydawać, że na pozostałym obszarze naszego kraju nie ma kleszczy – ale są.

Może ich organizmy nie są zainfekowane wirusem wywołującym zapalenie mózgu? Przeczą temu badania prowadzone od pewnego czasu przez polskich naukowców. No to może z jakiegoś powodu wirus nie atakuje ludzi?

Tu z kolei odpowiedź przynoszą badania krwi pobranej od mieszkańców różnych rejonów Polski. Jeśli zawiera ona przeciwciała przeciw wirusowi TBEV, to znaczy, że człowiek miał kontakt z zainfekowanymi kleszczami. I, jak się okazuje, odsetek takich osób jest mniej więcej jednakowy na terenie całego kraju. Oczywiście nie w każdym przypadku musiało to oznaczać poważną chorobę. U dwóch na trzech zakażonych wirusem pojawiają się jedynie objawy przypominające grypę, które mijają po kilku–kilkunastu dniach. Nie ma jednak żadnego powodu, dla którego mieszkańcy centralnej czy zachodniej Polski mieliby być odporni na „prawdziwe” zapalenie mózgu.

Zagadka wydaje się równie dziwaczna jak te, które znamy z odcinków „Dr. House’a”. A jej rozwiązanie może idealnie pasować do serialowego motywu – winni są przede wszystkim ludzie. „Bardzo możliwe, że lekarze nie rozpoznają właściwie wielu przypadków kleszczowego zapalenia mózgu. A gdy nie robią testów potwierdzających infekcję, choroba nie jest odnotowywana w oficjalnych statystykach” – uważa dr Paweł Stefanoff z Zakładu Epidemiologii Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny.

Dlatego oficjalna liczba zachorowań – od 100 do 300 rocznie – jest zapewne znacznie zaniżona. Podobnie wygląda to w przypadku boreliozy: ostatnio odnotowuje się u nas ok. 8 tys. przypadków rocznie, podczas gdy inne kraje europejskie liczą je w dziesiątkach tysięcy.

SEZON NA KLESZCZA

 

Przed zapaleniem mózgu możemy chronić się dzięki szczepionce, boreliozę można skutecznie leczyć antybiotykami. A jednak walka z chorobami odkleszczowymi staje się coraz trudniejsza. Okazuje się bowiem, że kleszcze mają dwóch potężnych sprzymierzeńców.

Pierwszym jest pogoda, a konkretnie – obserwowane od kilkudziesięciu lat globalne ocieplenie. Coraz wyższe średnie temperatury i krótsze łagodniejsze zimy sprzyjają namnażaniu się kleszczy. Co więcej, pajęczaki te nieustannie zdobywają nowe tereny, przesuwając się coraz bardziej na północ. Weterynarze alarmują, że dotyczy to zwłaszcza atakujących psy kleszczy łąkowych, przenoszących babeszjozę. Ta choroba pojawia się coraz częściej w krajach, gdzie do niedawna była rzadkością – m.in. w Belgii, Niemczech i u nas. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku kleszcza pospolitego. Możliwe, że pajęczaki te niedługo zaczną zamieszkiwać nawet w domach położonych na terenach leśnych czy wiejskich!

Człowiek jest bowiem drugim mimowolnym przyjacielem kleszczy. Zmiany, jakich dokonujemy w przyrodzie, to wyrok na wiele gatunków istot żywych, ale pasożytom służą doskonale. Największe znaczenie ma tu wycinanie lasów i tworzenie coraz mniejszych, odizolowanych wysp naturalnych ekosystemów.

„W takich warunkach wymierają duże zwierzęta, mnożą się natomiast gryzonie. A z nich kleszcze najłatwiej mogą przenieść groźne choroby na ludzi” – wyjaśnia Andy Dobson, ekolog z Princeton University. Jego zdaniem bioróżnorodność powstrzymuje ekspansję chorób takich jak borelioza, wirusowe zapalenia mózgu czy malaria. To kolejny dowód na to, że chroniąc przyrodę, działamy we własnym dobrze pojętym interesie.

CO NAS GRYZIE?
Najgroźniejsze gatunki kleszczy w Polsce

  • Kleszcz pospolity (Ixodes ricinus) – występuje przede wszystkim w wilgotnych lasach, ale też coraz częściej w miejskich parkach, na skwerach. Przenosi liczne patogeny, w tym wirusa kleszczowego zapalenia mózgu (TBEV), krętki Borrelia burgdorferi, wywołujące boreliozę, oraz bakterie Anaplasma phagocytophilum, odpowiedzialne za anaplazmozę.
  • Kleszcz łąkowy (Dermacentor reticulatus) – zamieszkuje zarówno lasy, jak i podmokłe łąki, pastwiska czy ogrody. Pasożytuje na zwierzętach – jest groźny dla psów, które może zainfekować wywoływaną przez pierwotniaki babeszjozą.

 

ZAKAŹNE MITY

  • Kleszcze spadają lub skaczą na ludzi z drzew. Byłoby to możliwe, gdyby miały tak silne nogi jak pchły i gdyby ich siedliska nie ograniczały się do krzewów czy traw. W rzeczywistości kleszcze przyczepiają się do zwierząt (w tym ludzi), które ocierają się o gałązki roślin.
  • Przed kleszczami można się zabezpieczyć kosmetykami ochronnymi. Owszem, środki chemiczne odstraszają pasożyty, ale ich działanie słabnie z upływem czasu, a poza tym niewielkie pajęczaki mogą podróżować na naszym ubraniu i znaleźć miejsce, które nie będzie zabezpieczone. Dlatego po każdym spacerze po lesie czy zaroślach należy dokładnie obejrzeć całe ciało.
  • Kleszcz musi żerować bardzo długo, by doszło do zakażenia wirusem zapalenia mózgu czy boreliozą. W teorii do infekcji dochodzi dopiero po kilkunastu godzinach, ale praktyka pokazuje co innego – bakterie wywołujące boreliozę potrafią się przedostać do organizmu w ciągu kilkudziesięciu minut. Oczywiście im dłużej kleszcz żeruje, tym ryzyko zakażenia jest większe.
  • Po znalezieniu kleszcza na skórze najlepiej posmarować go tłuszczem lub alkoholem. Błąd i to podwójny – nie dość, że w ten sposób nie pozbędziemy się pasożyta, to jeszcze możemy go sprowokować do „wymiotów”, zwiększających ryzyko zainfekowania chorobotwórczymi mikrobami. Kleszcza należy usunąć pęsetą, a jeśli w skórze zostanie jego aparat gębowy – wydłubać go igłą, tak jak drzazgę.
  • Kleszczowym zapaleniem mózgu można zarazić się tylko od kleszcza. Pajęczaki te pasożytują nie tylko na ludziach, ale też na zwierzętach hodowlanych. Wirus TBEV może znajdować się w nieprzegotowanym mleku krów, owiec czy kóz, a także w tradycyjnych czy ekologicznych produktach z takiego mleka. Znane są przypadki zachorowań po zjedzeniu np. niepasteryzowanych kozich serów.