Brytyjska historyczka Judith Flanders opublikowała na Twitterze serię fragmentów książki poświęconej m.in. epidemii cholery, jaka panowała w Londynie w pierwszej połowie XIX wieku. Zainteresowanie naukowczyni wzbudziły ustępy dotyczące nastrojów i przekonań panujących wówczas w brytyjskim społeczeństwie. A przede wszystkich podobieństwo ówczesnych twierdzeń do teorii wygłaszanych obecnie w związku z pandemią koronawirusa. 

Tak jak i dziś, tak przed laty szeroko spekulowano na temat przyczyn śmiertelnej choroby, a głosy naukowców i lekarzy często były niesłyszalne pośród plotek i domysłów rozpowszechnianych wśród ludzi. 

Mnożyły się teorie spiskowe. Fakt, że choroba rozprzestrzeniała się szybciej w biedniejszych częściach Londynu, tłumaczono tym, że ujścia wody były celowo zatruwane przez bogatych. Inni twierdzili, że to Bóg karze całe społeczności za ich grzechy, jak miało to miejsce już nie raz w historiach opisanych w Biblii. 

Na początku zresztą mało kto wierzył w istnienie groźnej choroby, zabijającej setki osób w ciągu zaledwie kilku dni. Sceptycy uważali, że „wymyślona choroba” ma jedynie zapędzić wszystkich do szpitali, aby lekarze mogli przeprowadzać na nich eksperymenty i sekcje. Podobieństwo do teorii, że pandemia koronawirusa jest jedynie przykrywką dla wielkiej akcji „chipowania” całej ludzkiej populacji wydaje się oczywiste. 

„W wielu większych miastach wiosną i latem 1832 r. miały miejsce zamieszki i niepokoje związane z cholerą. We wczesnych zamieszkach biedni ludzie w ogóle wątpili w istnienie choroby, wierząc, że jest ona wytworem wyobraźni władz, mającą na celu umożliwienie przymusu skierowania biednych do szpitali w celu przeprowadzenia eksperymentów, wiwisekcji, sekcji po śmierci, lub aby utrzymać populację” - czytamy w udostępnionym przez Flanders fragmencie. To wyimek z książki Ruth Richardson „Death, Dissection and the Destitute”, wydanej po raz pierwszy w 1987 roku. 

 

 

Ale zaprzeczanie chorobie nie ograniczało się tylko do osób niewykształconych. Opisani w innym fragmencie wysoko postawieni handlarze z Suderland przypisywali nagły wybuch zachorowań „powszechnym dolegliwościom jelitowym”. Uznawali, że cholera wcale nie jest nową chorobą, tylko nasilonym zachorowaniem na znane już dolegliwości, które pojawiają się co roku. Kwestionowali ryzyko przedstawiając argument, że zgonów podczas „rzekomej epidemii” było mniej niż zwykle w tym okresie. 

Ten sam argument można było usłyszeć szczególnie na początku pandemii koronawirusa. Z tym, że zamiast niewiele mówiących „dolegliwości jelitowych”, nowego wirusa zestawiono z grypą twierdząc, że jest bardziej o wiele mniej śmiertelny i mniej groźny. 

 

 

Flanders zwraca też uwagę, że ówczesna Oksfordzka Rada Zdrowia próbowała zrzucić odpowiedzialność za wybuch epidemii na obywateli, nie wspominając o niewystarczających działaniach rządu. 

W oświadczeniu Rady dotyczącym epidemii cholery można było przeczytać: „Wszyscy pijacy, biesiadnicy, bezmyślni i nieroztropni obu płci: teraz po raz trzeci powiedziano, że śmierć i pijaństwo idą w parze. Śmierć uderza swymi najpewniejszymi i najszybszymi strzałami rozpustnych i nieumiarkowanych".

Po latach walki z cholerą epidemię udało się zakończyć, gdy fetor ścieków płynących Tamizą dotarł do Parlamentu. Wówczas w zaledwie 18 dni zdołano zgromadzić fundusze potrzebne do budowy kanalizacji na terenie całego miasta, co powstrzymało zachorowania. 

Cholera wciąż groźna