Kto zaszczepił nam tego bakcyla? Pierwszeństwo należy się angielskiemu pisarzowi Danielowi Defoe, autorowi powieści o przygodach Robinsona Crusoe. W roku pańskim 1724, używając pseudonimu Charles Johnson, wydał „Generalną Historię Rabunków i Morderstw Najbardziej Zagorzałych Piratów”, w której opisał sylwetki charyzmatycznych morskich zbójów. Książka z miejsca stała się bestsellerem!

Daniel Defoe żył w czasach „złotego wieku” piractwa. W 1714 r. koniec hiszpańskiej wojny sukcesyjnej strącił rzesze żeglarzy w otchłań bezrobocia. Było wśród nich wielu kapitanów, uprawiających dotąd „legalne” korsarstwo na podstawie „patentów” wystawionych przez europejskich monarchów. Pozbawieni pracy przeszli do „szarej strefy” i poczęli plądrować statki wszystkich bander. Ich „tereny łowieckie” obejmowały Morze Karaibskie i wody wokół Madagaskaru. Brak silnych flot wojennych pogłębiał bezkarność piratów, a skorumpowane władze kolonialne ułatwiały upłynnianie łupów.

STAROŻYTNI MORSCY RABUSIE


Jednak niewielu wielbicieli epoki zdaje sobie sprawę, że wcześniej miał miejsce podobny „złoty wiek”. Oto na początku I w. p.n.e. Rzymianie zaciekle wojowali z królem Pontu Mitrydatesem. Pontyjski monarcha także wziął pod swoje skrzydła ówczesnych korsarzy, po czym... przegrał wojnę. Tak więc bezrobotni piraci byli zmuszeni pracować na własną rękę. Mieli do dyspozycji pontyjskie okręty i znakomite bazy, położone u górzystych wybrzeży małoazjatyckiej Cylicji. Pomogli im też sami Rzymianie, którzy właśnie zafundowali sobie wojnę domową: „Z chwilą kiedy Rzymianie w walkach wewnętrznych bili się wzajemnie u bram Rzymu, morze wolne od straży wciągało piratów coraz dalej i doszło do tego, że już nie tylko na okręty na morzu napadali, ale pustoszyli i wyspy, i miasta przybrzeżne” – wspomina historyk Plutarch. Co więcej, „ludzie bogaci, znakomitego pochodzenia czy też wybitnie utalentowani wchodzili w związki z piratami i współdziałali z nimi, jakby ta współpraca przynosiła jakąś sławę, dawała powód do dumy”. Jak widać, oba „złote wieki piractwa” były bardzo do siebie podobne.

Plutarch opisuje też sceny jakby żywcem wyjęte ze scenariusza filmu o przygodach kapitana Blooda: „Ktoś złapany przez nich krzyknął, że jest Rzymianinem i wymienił swoje imię. Ci, udając przerażenie i strach, bili się w uda i padając przed nim na kolana, prosili o przebaczenie. Pojmany dał się nabrać, widząc ich skruchę i prośby. Potem jedni założyli mu sandały, inni otoczyli go togą, żeby nie było znowu nieporozumienia, i tak przez dłuższy czas ironicznie sobie z niego kpili i żartowali. W końcu na środku morza kazali mu zejść w dół po podstawionej drabinie i pójść sobie. A kiedy sam zejść nie chciał, strącili go i utopili”. Do dziś autorzy awanturniczych powieści i reżyserzy filmów przygodowych czerpią garściami z takich relacji.

ZDOBYĆ, NIE USZKODZIĆ!

 


Jak jednak oddzielić fakty od mitów? Jak wyglądały realia tego zawodu? W maju 1718 roku atlantyckie wybrzeże Karoliny Południowej sterroryzował niejaki Edward Teach, znany wszystkim jako Czarnobrody. Przez dwa tygodnie blokował port miasta Charleston, zdobywszy tam kilka statków. Co ciekawe, czterdziestodziałowa fregata Czarnobrodego „Zemsta Królowej Anny” była wtedy najsilniejszym okrętem na tych wodach.

Tylko porucznik Maynard z Royal Navy nie uląkł się złej sławy Czarnobrodego. Do zastawienia pułapki użył dwu maleńkich cywilnych jednostek. W ich ładowniach schował swoich marynarzy. Piraci, zwabieni perspektywą łatwego łupu, dokonali abordażu. I wtedy z ukrycia wypadli ludzie Maynarda... Trwającą 15 miesięcy piracką działalność Czarnobrodego zakończył cios szkockiego pałasza!

To dość typowy przypadek. W osiemnastym stuleciu kariery morskich zbójców trwały niezbyt długo, zwykle około dwóch lat. Rekordzistą był osławiony kapitan William Kidd, który łupił i plądrował przez 35 miesięcy. Kiddowi udało się przetrwać tak długo dzięki wsparciu „grupy trzymającej władzę”, reprezentowanej przez Richarda, Earla Bellamont, ówczesnego gubernatora Nowego Jorku. To dzięki niemu londyńskie stocznie zbudowały dla Kidda trzymasztową galerę o nazwie „Adventure”. Napęd wiosłowy pozwalał lekceważyć ciszę morską i przeciwne wiatry. Koniec Kidda nadszedł, kiedy wysocy protektorzy zaczęli go podejrzewać o ukrywanie zysków. Powieszono go po krótkim procesie w maju 1701 roku. Wcześniej Earl Bellamont bezskutecznie przekopał całą Long Island w poszukiwaniu legendarnego skarbu kapitana Kidda.

Musimy zrozumieć skalę zachodzących zmian. Niegdyś karaibscy piraci preferowali małe i szybkie jednostki: korwety, szkunery czy też brygantyny. Teraz większe zyski z zawodu otworzyły im dostęp do trójmasztowych fregat. To tak, jakby współczesnych piratów z cieśniny Malakka było stać na zakup supernowoczesnego niszczyciela!

Podobnie było w antyku. Od niepamiętnych czasów piraci starożytności kochali małe i szybkie galery, z jednym lub dwoma rzędami wioseł, zdolne doścignąć każdy statek. Lecz w I wieku p.n.e. zaczęli także używać wielkich trójrzędowców, stanowiących dotąd chlubę wojennych flot dużych państw. Niektórzy historycy szacują, że około 70 roku p.n.e. liczebność pirackiej floty sięgnęła 1700 jednostek różnej wielkości. Nawet Rzym nie miał tak potężnej marynarki. Takie siły pozwalały im prowadzić własną politykę. O sojusz z nimi zabiegał słynny Spartakus. Piraci wspomagali także zbuntowanego rzymskiego wodza Sertoriusza.

W obu epokach taktyka morskiego rozboju wyglądała podobnie. Większość kupieckich jednostek zdobywano przez abordaż. Taranowanie stosowano bardzo rzadko, w obawie przed uszkodzeniem kadłubów cennych zdobyczy. Z tych samych powodów osiemnastowieczni piraci nie lubili używać odlewanych kul. Pirackie działa ładowano zwykle kartaczami, przeznaczonymi do zwalczania nieprzyjacielskich załóg. Do zatrzymywania upatrzonych statków służyły specjalne kule łańcuchowe, które miały rozrywać takielunek przeciwnika. W trakcie abordażu używano pistoletów, garłaczy i granatów, a także

pałaszy i marynarskich kordelasów. Niektórzy piraci dżentelmeni woleli szpady. Jednak była to raczej broń pokazowa, gdyż te zaostrzone rożny nie nadawały się do walki na zatłoczonych pokładach okrętów!

Niestety, niewiele wiemy o abordażowej broni antycznych korsarzy. Piraci z Balearów kochali proce: „Każdy z nich walczył trzema procami... Chłopiec nie dostanie od matki pokarmu, jeśli sam go nie trafi na jej wskazanie” – wspomina rzymski historyk Florus. Zaś cylicyjscy piraci lubili okrągłe tarcze obite kozimi skórami.

PRZYBRZEŻNI ŁUPIEŻCY

W starożytności katastrofy morskie stanowiły codzienność. Powodem tego stanu rzeczy była specyficzna konstrukcja poszycia antycznych statków. Deski poszycia łączono krawędziami, a nie na zakładkę, jak np. na okrętach wikingów. Spójność konstrukcji zapewniały drewniane kołki, wpuszczane w krawędzie desek. Jednak podczas burz czopy puszczały, a statki dosłownie rozpadały się na kawałki. Opis takiej katastrofy znajduje się w Dziejach Apostolskich: „Gdy okręt został porwany i nie mógł stawić czoła wiatrowi, zdaliśmy się na jego łaskę i poniosły nas fale... Ponieważ miotała nami gwałtowna burza, [żeglarze] zaczęli nazajutrz pozbywać się ładunku, a trzeciego dnia wyrzucili własnoręcznie sprzęt okrętowy... Wpadli jednak na mieliznę i osadzili na niej okręt. Dziób okrętu zarył się i pozostał nieruchomy, a rufa poczęła się rozpadać pod naporem fal”. Nic dziwnego, że ludność niektórych wybrzeży zawodowo trudniła się łupieniem rozbitków. Szczególnie złą sławą cieszyły się brzegi starożytnej Taurydy (dziś wybrzeża Krymu w okolicach Sewastopola). Według rzymskiego historyka Tacyta ofiarą Taurów padały nawet regularne rzymskie oddziały: „niektóre okręty, na wybrzeża Taurów zagnane, osaczyli barbarzyńcy, przy czym prefekt kohorty i bardzo wielu z wojsk posiłkowych śmierć znalazło”. Trofea z tego „zwycięstwa” niedawno odkryli archeolodzy na przełęczy Gurzuf. Wody przybrzeżne Krymu pełne są też starożytnych wraków.

JEDYNY BOGATY PIRAT EMERYT


Jeśli chodzi o łupy, to rzadko który kapitan miał takie szczęście jak Henry Every. W 1694 roku na wodach Oceanu Indyjskiego jego okręt „Fancy ” napotkał konwój statków, płynących z Indii do Mekki. Po całonocnym pościgu, abordażu i zaciekłej walce udało się Every’emu opanować dwie jednostki: „Fateh Mohammed” i „Gang-i-Sawai”.

Wtedy też wyszedł na jaw powód zaciętego oporu ich załóg. Bowiem „Gang-i-Sawai” okazał się być statkiem skarbcem. Na jego pokładzie znaleziono złoto, srebro i klejnoty łącznej wartości sześciuset tysięcy ówczesnych funtów!

Nawet najgorszy majtek z załogi Every’ego dostał udział wysokości tysiąca funtów. W owym czasie zwykły marynarz musiałby harować przez osiemdziesiąt lat, żeby zebrać taką sumę. I to nie wydając ani grosza. Sam Every wycofał się z zawodu, przekupił kogo trzeba i zniknął w Irlandii. Był jedynym piratem, któremu łupy zapewniły sowitą emeryturę!

Niestety, nic nie wiemy o podobnym sukcesie antycznych żeglarzy. Jednak pewne znalezisko pozwala wyobrazić sobie ogrom możliwości. Niedaleko Tunisu arabscy poławiacze gąbek natrafili na wrak z I wieku p.n.e. Statek ten przewoził kilkadziesiąt marmurowych kolumn i wiele rzeźb z marmuru i brązu. Nie brakowało wśród nich prawdziwych arcydzieł. Niektórzy twierdzą, że były to łupy należące niegdyś do człowieka gorszego niż wszyscy piraci razem wzięci – do krwawego dyktatora Sulli. Stanowiły zysk z jednej maleńkiej wojenki, prowadzonej w okolicach Aten. Aż dziw, że żaden z ówczesnych piratów nie połaszczył się na ten ładunek, realizując ponadczasowe hasło: grab zagrabione!

A zuchwalstwo ówczesnych korsarzy nie znało granic. Pewnego razu zaatakowali nawet port w Ostii, niszcząc stacjonującą tam flotę. O ironio, okręty te właśnie przygotowywano do działań antypirackich! Często też uprowadzali ludzi, co potwierdza Plutarch: „Porwali wtedy nawet dwóch pretorów, Sekstyliusza i Bellienusa, w ich stroju urzędowym, i odpłynęli z nimi, wraz z ich służbą i liktorami. Pojmali także córkę Antoniusza, człowieka po tryumfie, kiedy szła na pole. Ta odzyskała wolność po zapłaceniu wysokiego okupu”. Pamiętajmy, uprowadzenia te miały miejsce u bram Wiecznego Miasta!

Podobny los spotkał także młodego Juliusza Cezara. W tym jednak wypadku kosa trafiła na kamień: „Schwytali go piraci i ku najwyższemu swemu oburzeniu musiał znosić u nich niewolę przez prawie czterdzieści dni, pozostając z jednym tylko lekarzem i dwoma pokojowcami. Resztę świty i niewolników rozesłał wnet po tej napaści celem wydobycia pieniędzy na okup. Następnie wypłacił piratom 50 talentów. Zaledwie go wysadzono na ląd, bezzwłocznie ściągnąwszy flotę zarządził pościg za oddalającymi się korsarzami. Schwytanych ukarał śmiercią, czym już poprzednio często im groził wśród żartów” – relacjonuje rzymski historyk Swetoniusz.

Ci, którzy nie potrafili zgromadzić środków na wykup, trafiali na wyspę Delos, gdzie funkcjonował największy targ niewolników w świecie antycznym. Co miesiąc sprzedawano tam sto tysięcy ludzi!

Co też antyczni piraci robili z tak zdobytymi pieniędzmi? Rzecz jasna trwonili je na huczne zabawy. Dość obrazowo opisuje je Plutarch: „Maszty zdobione złotem, purpurowe żagle, srebrem okute wiosła, jakby zbytkiem chcieli jeszcze upiększać swą zbrodniczość. Wzdłuż całego wybrzeża muzyka, śpiewy, uczty”.

PIERWSZA KLASA NA POKŁADZIE

 

Jak wyglądał taki ówczesny luksusowy okręt? Pewne pojęcie o tym mogą nam dać znaleziska z jeziora Nemi, położonego niedaleko Rzymu. Natrafiono tam na wraki dwóch jednostek, będących niegdyś własnością osławionego tyrana Kaliguli. Statki te zaopatrzono w ogrzewanie podłogowe, luksusowe łaźnie i mozaiki. Gdzie tu jednak piraci? Otóż te ekstrawaganckie jachty Kaliguli stanowiły świadome nawiązanie do nietypowych zachowań pirackich hersztów. Jeden ze znalezionych okrętów swoją konstrukcją przypominał nawet jednostki używane przez dalmatyńskich korsarzy.

Osiemnaste stulecie także miało swojego pirata dandysa. Był nim niejaki Bartholomew Roberts, znany jako „Czarny Bart”. Ten bardzo zuchwały pirat w ciągu trzydziestu miesięcy zdołał zdobyć ponad dwadzieścia statków i powiesić na rei francuskiego gubernatora Martyniki. Jednak nie to zalicza się do jego największych osiągnięć. Był on bowiem jedynym piratem, dbającym o higienę jamy ustnej! Co więcej, Roberts słynął z dobrego smaku, ubierał się w tafty i jedwabie, a na szyi nosił złoty krzyż wysadzany klejnotami. Powody tego niezwykłego zachowania były stare jak świat. 10 lutego 1723 roku u wybrzeży zachodniej Afryki fregata HMS „Swallow” przechwyciła flagowy statek Robertsa „Royal Fortune”. Wśród schwytanych piratów znalazł się bardzo bliski przyjaciel Robertsa, niejaki John Walden, znany kamratom jako „Panienka Nanny”.

„Czarny Bart” zginął parę godzin wcześniej od salwy burtowej odpalonej z pokładu HMS „Swallow”.

Jednak w zwykłych warunkach fortuna wcale nie rozpieszczała piratów. Można było mówić o szczęściu, jeśli na zdobytym statku trafiły się jakieś amfory z winem lub oliwą. W późniejszych czasach szczególnie często napadano na jednostki wiozące tytoń, bele bawełny lub beczki z rumem.

Czasami taki „wyskokowy” łup mógł się stać przyczyną prawdziwych kłopotów. W październiku 1720 roku u północnych wybrzeży Jamajki korweta marynarki angielskiej, dowodzona przez kapitana Barneta, namierzyła niewielki stateczek „William” z osławionym Jackiem Rackamem na pokładzie. Jednak Royal Navy prześladował pech: ktoś z załogi ściganego statku zauważył niebezpieczeństwo i zdołał odciąć linę kotwiczną. „Williama” dopadnięto dopiero po całonocnej pogoni. W trakcie abordażu okazało się, że piraci są pijani w sztok, a jedyny zorganizowany opór stawiają dwie panie, przebrane w męskie stroje. Pojmane kobiety piratki: Anne Bonny i Mary Reade przewieziono do Port Royal, gdzie czekał je proces i wyrok śmierci. Jednakże udało im się uniknąć stryczka, kiedy na jaw wyszedł ich odmienny stan. I jak tu wątpić w zalety trzeźwego macierzyństwa?

KOBIECE PODSTĘPY


Antyk też miał swoje amazonki, harcujące po morskich falach. Weźmy choćby taką Artemizję, królową Halikarnasu. Co ciekawe, pani ta także uwielbiała męskie stroje. Prawo do ich noszenia zdobyła w czasie bitwy morskiej pod Salaminą (480 r. p.n.e.), w której brała udział u boku króla Persów Kserksesa. Walczyła tak dzielnie, że po przegranej bitwie Kserkses w nagrodę posłał jej grecki rynsztunek wojenny, zaś niefortunny dowódca perskiej floty został „wyróżniony” sukienką niewieścią i kądzielą. Lecz sposoby, dzięki którym Artemizja wydobywała się z tarapatów, przypominają akty jawnego piractwa: „Grecy ścigali uciekających Persów. Artemizja, którą już dopadali, rozkazała załodze usunąć z okrętu perskie znaki, a sternikowi staranować płynący przed nią okręt perski. Na ten widok Grecy, sądząc, że jej okręt jest jedną z ich własnych sprzymierzeńczych trier, pozostawili go i zwrócili się przeciwko innym” – wspomina historyk Poliajnos. Na tak diaboliczny pomysł nie wpadłby nawet sam Czarnobrody! Artemizja stosowała też inne pirackie sztuczki: „Ilekroć ścigała okręt grecki, podnosiła banderę barbarzyńską, kiedy znów uchodziła przed okrętem greckim, podnosiła helleńską, żeby wrogowie odstępowali od pościgu” – relacjonuje tenże Poliajnos. Można przypuszczać, że w złotym wieku antycznego korsarstwa także zdarzały się kobiety piratki, lecz nasze źródła milczą na ten temat.

SPOKOJNE MORZE


Kres tego świata nastąpił dość szybko. W 67 roku p.n.e. rzymski wódz Pompejusz otrzymał specjalne pełnomocnictwa do walki z piratami. Przyznano mu władzę nad całym akwenem Morza Śródziemnego i nad obszarami nadbrzeżnymi. Cały ten rejon podzielono na sektory, które metodycznie patrolowało 13 eskadr rzymskiej floty. Flotylle piratów poddawały się jedna po drugiej. Co ciekawe, Pompejusz doskonale zdawał sobie sprawę, że plaga piractwa stanowi skutek nabrzmiałych problemów społecznych. Wojny Rzymu z Mitrydatesem i łupieskie działania poborców podatków i lichwiarzy wtrąciły wtedy wielu ludzi w otchłań nędzy. Sukcesy morskich zbójów dawały im jedyną perspektywę wzbogacenia. Dlatego też Rzymianie poniechali typowej dla siebie polityki krzyżowania i represji. Zamiast tego starali się stworzyć nowy dom dla wielu pojmanych jeńców. Rychło też amnestionowani korsarze poczęli zaludniać nowo powstające wsie i miasta. Niezadowoleni byli tylko handlarze niewolników z Delos. Stracili znakomitych dostawców.

Poskromienie osiemnastowiecznych piratów także wymagało nietypowych środków. W lipcu 1718 roku do New Providence na Bahamach przybył nowy gubernator Woodes Rogers. Co ciekawe, człowiek ten był byłym korsarzem. Swego czasu doszczętnie złupił port Guayaquil w późniejszym Ekwadorze. Znał więc dobrze kryjówki i fortele piratów. I to właśnie jemu powierzono zadanie oczyszczenia Morza Karaibskiego. Dokonał tego przy pomocy kilku okrętów wojennych i... wynajętego byłego kolegi po fachu Benjamina Hornigolda. Już w grudniu tego samego roku można było urządzić masowe wieszanie schwytanych piratów. Jednak działania Rogersa nie zyskały mu życzliwości mieszkańców kolonii. Albowiem dobrobyt New Providence zależał od ilości dostarczanych łupów. Miasto żyło z paserstwa. Po spacyfikowaniu Morza Karaibskiego spotkał je ekonomiczny upadek. Jak widać, uczciwość nie zawsze popłaca.