KRYSTYNA ROMANOWSKA: Mitów wychowawczych jest mnóstwo, poczynając od przekonania o skuteczności kar słownych. Który z nich uważa pani za najszkodliwszy?

AGNIESZKA STEIN: „Dzieci są głupie” – nazwałabym go nawet rodzicielskim mitem założycielskim. Dzieci są głupie – uważają dorośli – nie wystarczy im powiedzieć, że zrobiły coś złego – trzeba je jeszcze za to ukarać. Dzieci są głupie, nie wyciągają wniosków – trzeba im wszystko wyłożyć kawa na ławę. Ba, w dodatku na pewno wierzą w nasze kłamstwa.

Nie wierzą?

- Nie. Mit założycielski wiąże się z przekonaniem o naczelnej roli intelektu i rozumu w życiu człowieka. Oczywiście, dzieci pod względem wiedzy są dopiero na początku drogi. Nie bierze się jednak pod uwagę ogromnej ilości różnych bardzo ciekawych mechanizmów ewolucyjnych, regulacyjnych, społecznych, które dzieci mają bardzo dobrze opanowane, lepiej niż dorośli. Lepiej rozpoznają swoje potrzeby, sygnały ze swojego ciała, wiedzą, czy im coś pasuje, czy nie. Dorosły ma różne sposoby, żeby to tłumić, ignorować, racjonalizować, a dzieci wiedzą doskonale. Mit założycielski „Dzieci są głupie” bierze się z przykładania dorosłych kryteriów do świata dziecięcego, który rządzi się zupełnie innymi prawami. Dziecko sygnalizuje różne potrzeby. Z punktu widzenia dorosłego dobrze byłoby, gdyby umiało poradzić sobie z frustracją i nie sygnalizowało potrzeb wtedy, gdy pora jest nieodpowiednia. Natomiast z punktu widzenia dziecka, które samo nie umie zadbać o swoje potrzeby – to właśnie niesygnalizowanie ich jest nieracjonalne, bo to działa na jego szkodę. Niezwykle ciekawe jest obserwowanie, jak jedzą dzieci.

My chcemy, żeby jak najwięcej zjadły i nie ominęły przypadkiem surówki ze świeżych warzyw.

- Dzieci jedzą inaczej niż dorośli: każdą rzecz osobno. Co więcej, mniej jedzą takich rzeczy, o których ewolucyjnie było wiadomo, że mogą być potencjalnie niebezpieczne, np. trujące, a więc warzyw czy owoców. Ponadto żeby najeść się warzywami i uzyskać taką samą wartość energetyczną jak z mięsa czy węglowodanów, trzeba zjeść ich dużo więcej. A żołą- dek dziecka jest mały. Dlatego dzieci w wieku przedszkolnym najczęściej nie jedzą surówek. Zjedzą warzywo, ale pod warunkiem, że leży osobno. Je- żeli jest pomieszane, utarte tak, że nie widać dokładnie, co tam jest – dzieci tego nie chcą. Proszę zwrócić uwagę, że nie jedzą też sałaty – nie opłaca im się w sensie energetycznym. Naprawdę, najlepiej jest położyć samą marchewkę, samo jabłko – dużo częściej dziecko po nie sięgnie. Zwróćmy też uwagę na upodobanie 2–3-letnich dzieci do jedzenia masła.

Moje 8-latki nadal je uwielbiają.

- Masło jest źródłem dużych ilości tłuszczów, także nasyconych, a one są jednym z głównych składników osłon mielinowych w mózgu. Dlatego, żeby dziecko się zdrowo odżywiało, proporcja tłuszczu w diecie musi być większa niż u dorosłego, bo dziecko go bardzo potrzebuje. Oczywiście dzieci robią to nieświadomie, bo ich mózg zaprogramowano tak tysiące lat temu, ale widać przystosowanie do życia, do rozwoju. Bo dziecięce potrzeby są inne niż dorosłych.

Czyli co? Podążaj za dzieckiem?

- Tak. Dziecko wie, czy mu jest zimno, czy gorąco. W przedszkolu, w szkole, na podwórku dzieci są różnie ubrane: jedno ma szalik, czapkę, a drugie – krótki rękaw pod kurtką. Bo jemu naprawdę jest ciepło.

Kary uczą, a chwalenie wzmacnia? Ostatnio oba te mity podano w wątpliwość.

- I bardzo słusznie, bo kary uczą... unikania kary. Na przykład robienia tego, co jest zakazane – w ukryciu. Dzieci robią różne rzeczy, które nie podobają się dorosłym, nie dlatego, że mają jakieś złe intencje, tylko dlatego, że to jest jedyny im znany sposób zaspokajania swoich potrzeb. Jeżeli dorosły nie dostrzega tego, jakie potrzeby dziecko próbuje zaspokoić, tylko karze je za to – to przecież nie ma większego sensu.

 

Kolejny mit: napady złości bez powodu?

- I mnóstwo artykułów i porad: „Kiedy dziecko ma okresy, w których wpada w złość, to trzeba te napady ignorować”. Tak jakby te emocje pojawiały się znikąd i bez powodu, więc nie ma o czym rozmawiać ani szukać gdzieś przyczyny. Wracając do kar: stosowanie ich wynika czasami z tego, że dorosły myśli: „Ono to robi ze złej woli”. Wyobraża pani sobie przedszkolaka knującego intrygę, manipulującego? Myślenie: „Mam do wyboru dwie drogi i wybiorę tę, która rozwścieczy mamę” jest dla mózgu przedszkolaka po prostu za trudne. Z pochwałami też bym uważała: pochwała jest zawsze oceną. Dla nas, dorosłych, jest to trudne do pojęcia, ponieważ wolimy być chwaleni niż krytykowani.

Swojego syna nie chwali pani nigdy?

- Nie. Jeśli coś mi pokazuje i prosi o opinię – rozmawiamy szczerze o tym, co mi się podoba, a co nie. Proszę zwrócić uwagę, jakie są reakcje dzieci na pochwały – one dokładnie wiedzą, że za nimi kryje się manipulacja i buntują się przeciwko temu. Załóżmy, że oglądamy i chwalimy jakieś prace plastyczne wykonane przez dzieci. Część dzieci się zdenerwuje i wrzuci pochwaloną pracę do kosza, inne – chociaż pochwalone, będą mieć poczucie, że im się tak do końca nie udało albo że nie potrafią po raz drugi osiągnąć wychwalanego efektu. Są też dzieci, którym bardzo zależy na pochwałach. Przy czym ich następne prace powstają tylko po to, by znów na pochwałę zasłużyć. Dorosłym chodzi o to, żeby małe dziecko brało pod uwagę ich oceny i uwagi, bo uważają, że się w ten sposób więcej nauczy. Efekt jest taki, że ono już przez całe życie będzie kierować się ocenami i opiniami innych ludzi, ponieważ nie było wspierane w tym, żeby wyciągać wnioski z własnego doświadczenia i ufać sobie. 

Co zamiast pochwał?

- Jeżeli mówię: „Brawo, świetnie!” dziecku, które zaczęło chodzić, to przecież nie jest tak, że ono dalej chodzi, dlatego że je zachęcam. Zacznie chodzić, bo taka jest jego potrzeba rozwojowa i zrobi to bez względu na to, czy je będę chwalić, czy nie. Oczywiście: potrzebuje miłości, zainteresowania, troski, bliskości. Ale nie oceny. Nie powielajmy syndromu amerykańskich dzieci słyszących „good job” co trzy minuty. Zamiast pochwały, jeżeli dziecko pokazuje swoje dzieło, można spytać: „Co jest na tym rysunku, o co ci chodziło, jaką miałeś myśl, co chciałeś wyrazić?”. Zainteresować się tym, co dziecko zrobiło. W ten sposób potraktujemy jego pracę nie w kategoriach sztuki dziecięcej, lecz doros- łej, w której nie ma kryterium ładne/ brzydkie. Jest natomiast kryterium wyrazu artystycznego. A my do tego, co robią dzieci, przykładamy wymyślone specjalnie dla nich kryteria estetyczne. Niestety, chwalenie prowadzi u dziecka do przekonania, że jego wartość, bycie kochanym, bierze się z tego, że jest świetne i ze wszystkim się wyrabia. W którymś momencie może pojawić się lęk: „Co by było, gdyby mi się raz nie udało, gdybym poniósł porażkę, przyniósł nie piątkę, tylko czwórkę?”. A czasem jest tak, że nie przynosi czwórki, tylko same piątki, ale mimo wszystko cały czas się boi.

Bezwarunkowo kochający rodzic to jaki rodzic?

- Nie musi robić wiele. Rozmawiać z dzieckiem, przytulać, wygłupiać się z nim, być uważnym. Gdy dziecko coś robi, interesować się tym i dowiedzieć, o co mu chodziło, dlaczego to zrobiło. Starać się zrozumieć, co się z dzieckiem dzieje. Gdy przychodzi i mówi, słuchać go. Starać się nie oceniać w kategoriach fajne/niefajne. Dzieci kochane bezwarunkowo na pytanie: „Jak myślisz, dlaczego cię kocham?”, odpowiadają: „Bo jesteś moją mamą/tatą” albo: „Dlatego że jestem”. Oczywiście zdarzają się dzieci, które mówią: „Za to, że odrabiam lekcje, mam piątki i zmywam naczynia”, ale myślę, że to świadczy o trudnym doświadczeniu tego dziecka. Pamiętajmy, że ludzie dorośli żyją w przekonaniu, że świat jest albo dobrym, przyjaznym miejscem, albo że jest twardy, niebezpieczny i okrutny. W zależności od tego podejmują różne decyzje dotyczące dzieci. Dlatego je- żeli komuś mówi się o wychowywaniu bez przemocy, o szacunku dla dziecka, podążaniu za dzieckiem, wrażliwości, a ktoś ma przekonanie, że świat jest okrutny i trzeba do tego okropnego świata malucha przystosować, to nie zrozumie takiego pozytywnego przesłania.

Co rodziców denerwuje?

- Denerwują ich sytuacje, w któ- rych włącza się lęk, że dziecko sobie nie poradzi w życiu. Nie uczy się, nie wyrabia się w szkole, za mało je. Albo ktoś mówi rodzicowi, że jego dziecko sobie nie radzi. I to nie wynika z faktu, że rodzice chcą rządzić. Oni po prostu mają bardzo dużo różnych wyobrażeń na temat tego, czego wymaga dobro dziecka. Jeżeli dziecko nie chce z tym swoim hipotetycznym dobrem współ- pracować – to się denerwują. Albo kiedy dziecko coś zniszczy. Mnie np. nie denerwowało, kiedy mój syn pomalował ścianę, wyciął dziury w mojej bluzce. A raczej, przestało mnie denerwować, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że dziecko jest dla mnie ważniejsze niż materialne rzeczy.

 

Co pani myśli o takim micie: „Im wcześniej, tym lepiej, bo potem będzie za późno”? Moja koleżanka postanowiła nauczyć ośmiolatka pływać. Pani trener zdziwiona: „To zaniedbane dziecko! Przecież czterolatki już pływają”.

- Proszę mi powiedzieć, kiedy dzisiejsi rodzice zaczynają się martwić, że ich dziecko jeszcze nie umie jeździć na rowerze?

Myślę, że jak ma 3 lata. A.S.: Kiedy pani zaczęła jeździć na rowerze? K.R.: Jak miałam 10 lat. Moje dzieci 7.

- Często słyszę, jak mamy 6-latków martwią się: „Moje dziecko nie chce jeździć na rowerze – ono się już nigdy nie nauczy”! Takie przekonanie to ciąg dalszy mitu „Dzieci są głupie”. Jeszcze 10, 15 lat temu pewien zakres wiedzy dzieci opanowywały samodzielnie. Rozpoznawania kolorów, liczb, innych umiejętności przedszkolnych dzieci uczyły się same, bawiąc się, obserwując dorosłych, pytając. Teraz są specjalne programy, akademie malucha, ludzie studia kończą, żeby dowiedzieć się, jak dzieci tego nauczyć. Rodzi się pytanie: czy dzisiejsze dzieci są głupsze, skoro potrzebują specjalistów do najprostszych rzeczy? Czy to my mamy coraz mniej zaufania do ich mądrości? Rozwój dziecka nie przebiega w ten sposób, że rodzice i nauczyciele wszystko wkładają mu do głowy i to na drodze świadomej pracy pedagogicznej. Kiedy słyszę, że rodzic w domu „pracuje z dzieckiem”, to dostaję skrętu kiszek. Nie dalej jak wczoraj przyszła do mnie kolejna mama z dzieckiem, które ma trudności w pisaniu. Mama i szkoła uważają, że musi ono ćwiczyć i pracować więcej. To nie jest prawda. Dziecko musi pracować, ćwiczyć lepiej.

Czyli?

- W sposób dostosowany do swoich potrzeb. Bo jeżeli będzie ćwiczyć to samo co inni, tyle że więcej, to tylko się bardziej zmęczy. Być może powinno wrócić do etapu wcześniejszego albo poćwiczyć konkretny element, którego nie złapało. Ale na pewno nie potrzebuje więcej. I jeżeli ludzie mówią, że dziecko w pierwszej klasie pracuje w domu dwie godziny, to wiadomo, dlaczego nie pracuje w szkole na lekcjach. Bo jest po prostu zmęczone. Trochę to wina psychologów – naopowiadali, że pierwszy okres w życiu dziecka jest ważny, mózg szybko się wtedy uczy, dziecko jest wręcz genialne. Owszem, mózg jest bardzo aktywny w swoim działaniu, ale to ma swój sens i uzasadnienie, bo musi się nauczyć mówić, ruszać się, zakładać majtki, jeść samodzielnie. To nie znaczy, że jak będziemy ładować trzy razy więcej, to wszystko się zmieści. Pamiętajmy – z badań nad dziecięcym mózgiem wynika, że optymalne warunki do jego nauki i rozwoju są wtedy, gdy dziecko i jego mózg sami sobie tworzą strukturę. Powstaje z tego, do czego dziecko ma dostęp, ale nie wtedy, kiedy ta struktura jest narzucona przez dorosłych. Bardzo lubię zajęcia, na które się chodzi razem z dziećmi, np. rodzic lepi z plasteliny i dziecko lepi. Jak zachęcić dziecko do uprawiania sportu? Najłatwiej po prostu robić to razem z nim.

Pani „ulubiony” mit to ten dotyczący samouspokajania. Czyli: „Idź do kąta i się uspokój”.

- Wyniki badań neurologicznych z ostatnich kilkunastu lat wskazują na to, że ośrodki związane z regulacją emocji to jednocześnie ośrodki związane z relacjami z innymi ludźmi. Czyli że do regulowania emocji ludziom niezbędni są inni ludzie i to niezależnie od wieku. Dorośli nauczyli się radzić sobie w momentach, kiedy nie mogą od razu dostać wsparcia, np. pocieszają się w sposób symboliczny. Jeżeli natomiast stawiamy targane emocjami dziecko do kąta albo odsy- łamy je do innego pokoju, to przede wszystkim przestaje ono okazywać emocje – po to, żeby z tego kąta czy pokoju wyjść. Ale raczej się nie uspokaja. Badania pokazują, że w ciele dzieci, które trenuje się do samodzielnego zasypiania, poziom hormonów stresu wcale nie spada.

Czym grozi samouspokajanie się?

Tym, że za kilka lat, jako nastolatek, kiedy dorośli będą chcieli, żeby do nich przyszedł, zamknie im drzwi przed nosem. Dobrze jest pokazać dziecku, że w momencie, kiedy jest nam trudno, lepiej o tym rozmawiać z innymi ludźmi, przytulać się do nich, płakać w rękaw, a nie zamykać się w samotności. Kiedy dzieci „samouspokajające się” dorosną i będą miały swoje dzieci – istnieje duże prawdopodobień- stwo, że będą ich nadużywać. Będą mó- wić do kilkulatka: „Mamie jest smutno, przytul mnie, teraz mama się martwi, musisz być grzeczny/a”. Dla człowieka niszą ekologiczną jest jego społeczne otoczenie, czyli troskliwi ludzie, którzy się nim opiekują.

 

Na poziomie neurologicznym widać, że do rozwoju mózgu małego dziecka jest potrzebny mózg dorosłego, dlatego że pewne niezbędne procesy nie zachodzą w jego mózgu. On jest jeszcze za malutki i niedojrzały. To mózg tego drugiego – dorosłego człowieka – zastępuje funkcje mózgu dziecka, którym on nie jest jeszcze w stanie sprostać.

Stawianie granic...

- To mit. Koncepcja granic wzię- ła się z psychologii systemowej: ludzie mają swoje granice, których naruszenie napotyka opór. Dorośli mówią: „Ktoś narusza moje granice, kiedy nie daje mi prawa do własnych upodobań, poglą- dów, przekonań, sympatii, itd.”. Dzieci mają dokładnie te same granice i tak- że lubią, kiedy się szanuje ich upodobania, ciało, terytorium, ich skromny stan posiadania. Naruszeniem granic dziecka jest prawie dokładnie to samo, co naruszenie granic dorosłego. A kiedy dzieci stawiają granice, są uznawane za niegrzeczne i agresywne.

Dorosły musi postawić im granice, żeby one nie stawiały swoich?

- Ba, czasem te autorytarne granice nie są nawet prawdziwe, tylko wymyślone. Ludzie uważają, że stawianie granic polega na tym, że powinno się dzieciom zabraniać pewnych rzeczy. „Tego nie wolno, tak się nie robi” – słyszy dziecko. Z drugiej strony często rodzic pozwalający na coś dziecku naraża się ze strony innych dorosłych na zarzut „niestawiania granic”, bo oni akurat uważają, że to, co robi dziecko, jest niewłaściwe. Zwłaszcza ci, którzy nie mają swoich dzieci, myślą na przykład, że można dziecku zabronić krzyczeć albo biegać. Bo rodzic powinien powiedzieć „Nie krzycz”, a dziecko powinno uwzględnić jego prośbę. Tymczasem stawianie granic nie polega na tym, żeby komuś zabronić się złościć albo płakać. Jest to obszar, na który możemy wywierać wpływ: prosić, proponować. Ale to nie jest tak, że dziecko jest pod naszą stuprocentową kontrolą. To drugi autonomiczny człowiek. Jeżeli dziecko jest w fazie mówienia „kupa, siku, kupa, kupa, kupa”, to co można zrobić, żeby tak nie mówiło? Można powiedzieć: „Nie podoba mi się to”, a dziecko może to uwzględni. Albo i nie.

Czym się naprawdę należy przejmować, jeżeli chodzi o nasze dziecko? Nie mówimy tu o zdrowiu, bo to oczywiste.

- Myślę, że jakością jego życia. Czy dziecko się czuje bezpiecznie, czy czuje, że jego potrzeby są zaspokojone, czy może żyje w strachu. Bardziej od tego, czy ładnie pisze, przejmowałabym się tym, że boli je brzuch, kiedy ma iść do szkoły. Mówiąc o jakości, nie mam na myśli wyposażenia w różne dobra materialne, tylko jakość emocjonalną, czyli to, że czuje się kochane, akceptowane, że kiedy jest mu źle, to kogoś to interesuje, ktoś je wysłucha. Że nie jest samo. Jeżeli się tym przejmujemy i o to dbamy, to inne rzeczy naprawdę same się poukładają. 


Agnieszka Stein Psycholożka, prowadzi warsztaty dla rodziców, współpracuje z przedszkolami i szkołą Montessori. Razem z Małgorzatą Strzelecką założyła w 2008 roku stronę dzikiedzieci.pl poświęconą Rodzicielstwu Bliskości. Szkoli profesjonalistów pracujących z dziećmi: nauczycieli, nauczycieli przedszkolnych i pracowników żłobków.