Marco Polo wraz z ojcem i wujem w 1271 roku wyprawili się do mongolskiego chana. Przez siedemnaście lat Marco pełnił służbę na jego dworze. Był wnikliwym obserwatorem. Nie poddał się stereotypom, które przedstawiały Tatarów jako dzikich i bezbożnych. Niezależnie jak nazywano Mongołów, uważano ich bowiem za pomiot szatana, jeden z najbardziej bezprawnych, okrutnych i grzesznych ludów na świecie. W 1260 roku papież Aleksander VI wydał bullę, w której przestrzegał chrześcijan przed zagrożeniem związanym z Mongołami: „plaga gniewu niebios w postaci nieludzkich Tatarów będzie ciemiężyć i dręczyć świat”.

Życie wśród Mongołów, choć ciężkie, zyskało powściągliwy podziw Marca. Mongolskie kobiety były wierne swoim mężom. „Żaden z nich za nic w świecie nie dotknąłby cudzej żony” – twierdzi – „a gdyby to się stało, inni uznaliby to za złe i niezmiernie podłe”. „Wspaniała jest wierność mężów wobec żon i bardzo szlachetna jest cnota tych kobiet, i jeśli jest ich dziesięć lub dwadzieścia, panuje między nimi spokój i nieoceniona zgoda”. Żony zajmowały się „kupnem i sprzedażą [...] życiem domowym i troską o rodzinę oraz dzieci” – co zasłużyło na wyraźną (a dla chrześcijan jadowitą) aprobatę młodego Marca. „Według mnie, to te kobiety najbardziej na świecie zasługują, aby wszyscy chwalili ich wielką cnotę”.

Fundamenty tej niezwykłej harmonii domowej były oczywiście bardziej złożone, niż można początkowo wywnioskować z relacji Polo. Wyjawia on w końcu, że kobiety z pewnością zasługiwały na „pochwałę ich cnoty i czystości, ponieważ mężczyznom wolno mieć tyle żon, ile zechcą, ku wielkiej konsternacji chrześcijanek. Kiedy mężczyzna ma tylko jedną żonę, które to małżeństwo powinno jednoczyć szczególne zaufanie i czystość, ponieważ w innym wypadku temu jakże wspaniałemu sakramentowi grozi zamęt, wstydzę się, kiedy widzę niewierność chrześcijanek i te nazywam szczęśliwymi, które, choć ich mąż może mieć sto innych żon, zachowują [swoją cnotę] w sposób, który przynosi im największą chwałę, a wielki wstyd wszystkim innym kobietom na świecie”.

Marco szczegółowo opisuje mongolską receptę na szczęście małżeńskie: „Każdy może wziąć tyle żon, ile zechce, nawet sto, jeśli potrafi je utrzymać; mężczyźni dają posag żonom i matkom żon, aby je zdobyć, a żona nie daje nic mężczyźnie w posagu. Lecz wiedzcie też, że mężczyźni zawsze uważają pierwszą żonę za bardziej prawowitą i godniejszą niż inne, i tak samo myślą o jej dzieciach. Mają też więcej synów niż wszyscy inni na świecie, ponieważ mają tyle żon, i jest rzeczą niepojętą, ile dzieci ma każdy mężczyzna”. Poligamia obejmowała też krewne. Jak wyjaśnia Marco: „Biorą za żony kuzynki, a co więcej, kiedy umiera ich ojciec, najstarszy syn żeni się z żoną ojca, jeśli nie jest ona jego matką, a także z wszystkimi kobietami, które zostawił ojciec, poza własną matką i siostrami. Żeni się też z żoną brata, jeśli ten umrze. A kiedy się żenią, wyprawiają wielkie wesela i spraszają bardzo wielu ludzi”.

Małżeńskie i płciowe zwyczaje Mongołów nie pozostały bez wpływu na ich genotyp. Perski historyk Juvaini zauważył: „Potomków szczepu i rodu Czyngis-chana żyje teraz w wygodzie i bogactwie ponad dwadzieścia tysięcy. Więcej na ten temat nie powiem [...] aby czytelnicy tej opowieści nie oskarżyli autora o przesadę, pytając, jak to możliwe, aby z lędźwi jednego człowieka mogło w tak krótkim czasie zrodzić się tyle potomstwa”.

NAJPŁODNIEJSZY KOCHANEK


Według współczesnych genetyków Juvaini nie przesadzał. Jeden na dwunastu Azjatów – to znaczy jeden na dwustu mieszkańców Ziemi – posiada chromosom Y pochodzący z Mongolii czasów Czyngis-chana. Genetycy uważają, że wojownicy Czyngisa rozprzestrzenili ten chromosom, dokonując gwałtów i grabieży na terenie całej Azji. Niektórzy naukowcy sugerują, że pojawiający się do dziś chromosom Y pochodził od samego Czyngisa. Grupa badaczy z uniwersytetu w Oksfordzie oceniła markery genetyczne Azjatów; osiem procent badanych markerów niemal nie różniło się od siebie, co oznaczało, że ich nosiciele byli bliskimi krewnymi, choć dzieliły ich tysiące kilometrów. Genetycy uznali, że ci badani pochodzili w prostej linii od Czyngis-chana. Kiedy opublikowano wyniki badania, tabloidy poszły w ślady Juvainiego i zaczęły nazywać Czyngis- chana najwspanialszym – lub, dokładniej najpłodniejszym kochankiem w historii.

BOŻEK I BÓG

 


Mongołowie tak oczarowali Marca, że opisał ich szamańskie wierzenia ze szczerym uznaniem, a nie z pogardą, którą rezerwował dla większości nieznanych mu religijnych praktyk. Zaczyna uspokajająco: „Mawiają, że istnieje na wysokościach bóg najwyższy, niebieski, którego każdego dnia proszą za pomocą kadzielnicy i kadzidła tylko o zrozumienie i zdrowie”. Przyznaje, że oddają cześć bożkom, lecz twierdzi, iż szczególną uwagę poświęcają jednemu bogu, którego nazywają Natigaj; był to „bóg ziemi, który ochrania i troszczy się o ich żony, synów, o trzody i zboże”.

Marco odstąpił od swojego zwyczajowego sceptycyzmu. W jego interpretacji cześć oddawana bożkom niezwykle przypomina chrześcijańskie rytuały: „W każdym domu na ścianie wisi posąg przedstawiający niebiańskiego boga, albo tylko tabliczka, na której napisane jest jego imię. Każdego dnia biorą kadzielnicę z kadzidłem i modlą się; unosząc wysoko dłonie i zgrzytając po trzykroć zębami, proszą go o długie życie, pełne szczęścia i zadowolenia, o dobre zrozumienie i zdrowie, i o nic innego. Na ziemi mają też inny posąg, nazywany Natigaj, i jest to bóg spraw ziemskich [...] Z tym bogiem jest jego żona i dzieci; i modlą się do niego w ten sam sposób, z kadzielnicą, unoszeniem dłoni i zgrzytaniem zębami, i proszą go o umiarkowaną pogodę i plony ziemi, dzieci i podobne rzeczy”.

Mongolskie wierzenia różniły się od wiary chrześcijańskiej pod jednym ważnym względem: „Nie mają sumienia i nie dbają o duszę, lecz poświęcają się wyłącznie karmieniu ciała i sprawianiu sobie przyjemności”. Nie znaczy to jednak, że duszy nie mają. „Uważają, że jest nieśmiertelna, w taki oto sposób. Myślą, że kiedy człowiek umiera, natychmiast wchodzi w inne ciało i zależnie od tego, czy zachowywał się w życiu dobrze czy źle, idzie z dobrego w lepsze, a ze złego w gorsze; to znaczy, jeśli był ubogi i przeżył swoje życie dobrze i skromnie, po śmierci odrodzi się z łona szlachetnie urodzonej kobiety i będzie szlachcicem, a potem z łona damy i będzie panem; jeśli był synem rycerza i dobrze spędził swoje życie, po śmierci odradza się z łona księżniczki [...] i tak wznosi się cały czas, aż Bóg weźmie go do siebie. Natomiast jeśli zachowywał się źle jako syn szlachcica, odrodzi się jako syn chłopa, a z chłopa odrodzi się jako pies, i zawsze będzie się zniżał do gorszego życia”.

Choć Marco interesował się praktykami religijnymi Mongołów, pozostał nieświadom pełnego obrazu ich duchowego świata, w którym postać Natigaj pośredniczyła między ogniskiem domowym a niezmierzonymi siłami kosmicznymi. Mongołowie wyobrażali sobie swoich bogów unoszących się w niebiosach w hierarchicznym porządku. Ponad wszystkimi unosił się najwyższy bóg, Wieczne Błękitne Niebo, a tuż poniżej panteon dziewięćdziesięciu dziewięciu bóstw; jednym z nich był opisywany przez Marca Natigaj, opiekun kobiet, bydła i żniw.

Tym opisem wierzeń Mongołów wenecki podróżnik rozpoczął obalanie uparcie zakorzenionego w europejskiej świadomości wyobrażenia tego ludu jako morderczych dzikusów. Według Marca było ono całkowicie mylne. Donosi natomiast: „Wysławiają się ładnie i ozdobnie, witają obcych miło i z uśmiechem, zachowują się schludnie i z godnością podczas jedzenia” – choć już nie podczas mycia. „Matkę i ojca otaczają ogromną czcią. Jeśli się okazuje, że syn robi coś, co wywołuje ich niezadowolenie, lub nie pomaga im w potrzebie, jest urząd publiczny, który nie służy niczemu poza srogim karaniem niewdzięcznych synów”. Takimi metodami Mongołowie wymuszali stabilność swojego społeczeństwa.

WOJOWNICY – NAJLEPSI DO PODBIJANIA KRÓLESTW

 


Tak naprawdę nic nie wzbudzało większego podziwu Marca niż mongolscy wojownicy. Siali grozę, gdziekolwiek się pojawiali, i specjalizowali się w jeździe konnej, gwałcie i zniszczeniu. Wojownicy sprawiali wrażenie prestiżowego i niebezpiecznego plemienia całkowicie oddanych sobie nawzajem mężczyzn wyjętych spod prawa, którzy poświęcali się pogoni za władzą. Prowadzili ciężkie życie i nie przestrzegali żadnych zasad poza własnym buntowniczym kodem. Dystyngowanemu Marcowi wydawało się, że mają większy kontakt z siłami natury niż ich wyrafinowani chińscy poddani. Nic dziwnego, że uległ ich urokowi.

„Bogacze i szlachcice noszą szaty ze złotogłowiu i jedwabiu, a pod wierzchnim okryciem wspaniałe sobole, gronostaje, różnobarwne futra, lisy i wszystkie inne skóry, niezwykle kosztowne; a wszystkie ich stroje i podbite futrem szaty są bardzo piękne i mają wielką wartość” – mówi swoim czytelnikom Marco. „A ich oręż to łuki i strzały, a także bardzo dobre miecze nabijane żelazem, i czasem lance i topory, lecz najczęściej korzystają z łuków, ponieważ są najświetniejszymi łucznikami na świecie i od dzieciństwa posługują się strzałami. Na plecach noszą zbroję zrobioną z bardzo grubej skóry bawołu i innych zwierząt, która po ugotowaniu robi się bardzo twarda i wytrzymała. To dobrzy ludzie, zwycięscy na polu bitwy, niezwykle waleczni i zażarci; niewiele się troszczą o swoje życie i ryzykują je, nie mając na nic względu”. Europejczycy drżeli na myśl o tych wojownikach; Marco Polo zbliżył się do nich na tyle, by odurzył go błysk w ich oczach i cuchnący kumysem oddech.

Mongołom – o wiele mniej licznym od swoich poddanych, pozbawionym wspólnej religii czy języka – udało się podbić całą Azję. Wydawało się to niemożliwe, a jednak tak się stało, i to zaledwie w kilka lat. Według Marca przyczyną było ich całkowite oddanie się życiu wojownika. Ludzie ci, motywowani żarliwym pragnieniem ciągłego służenia swojemu panu, sprawiali wrażenie twardszych i bardziej odpornych niż Europejczycy. Ich filozofia podboju była prosta i surowa: bezustanna wojna. Wszyscy brali w niej udział. „Cywili nie było” – zauważa historyk David Morgan. Mongołowie mobilizowali swoje siły z każdej warstwy społecznej. Juvaini pisał, że mongolskie wojsko to „wieśniacy w strojach wojowników; w chwilach potrzeby wszyscy, od najniżej do najwyżej urodzonych, chwytają za miecz, łuk lub dzidę”.

To skupienie na celu bardzo zaimponowało Marcowi. „ Kiedy ich hufce idą na wojnę” – zauważa – „radzą sobie z trudami dzielniej niż reszta świata; jeśli trzeba, wojownik przez cały miesiąc nie będzie wiózł ze sobą jedzenia, lecz będzie żywił się mlekiem klaczy i mięsem upolowanych za pomocą łuku zwierząt”.

Kończy swój opis jawnym uwielbieniem: „To oni na całym świecie najlepiej znoszą pracę oraz wielkie trudy i zadowalają się odrobiną jedzenia; dlatego też to oni najlepiej się nadają do podbijania miast, krain i królestw”. Ich ciężkie, lecz pełne sił witalnych życie było wcieloną potęgą, wolnością, wszystkim, czego pragnął młody podróżnik.

Mongolska armia miała niewiarygodne rozmiary. „Kiedy władca Tatarów idzie na wojnę, bierze ze sobą sto tysięcy konnych” – w Europie taka liczba jazdy była nie do pomyślenia. Mimo ogromu konna armia zorganizowana była według zaskakująco prostych zasad. Władca lub wódz „mianuje dowódcę każdej dziesiątki, setki, tysiąca i dziesięciu tysięcy, tak że głównodowodzący naradza się tylko z dziesięcioma ludźmi”. To powtarzało się na każdym stopniu: wszyscy dowódcy składali raporty o działaniach swoich dziesięciu podwładnych jednemu zwierzchnikowi.

Posługując się tym systemem, Mongołowie mogli przypuścić atak o odpowiednim zasięgu w jakimkolwiek terenie – równinnym czy górzystym; mieli nawet złożoną sieć szpiegów, którzy przeszukiwali odległe drogi i doliny, zanim pojawiło się tam wojsko, tak więc „armii nie można zaatakować z żadnej strony bez jej wiedzy”.

Marco został wtajemniczony w jeszcze więcej mongolskich strategii przetrwania. „Żywią się głównie mlekiem” – opowiada – „i na każdego człowieka przypada mniej więcej osiemnaście koni i klaczy, a jeśli jakiś koń zmęczy się po drodze, wymienia się go na innego. Nie wiozą ze sobą jedzenia, tylko jedną lub dwie skórzane torby, w których jest mleko do picia; każdy z nich ma przy sobie mały gliniany garnek, w którym gotuje się mięso”. Jeśli nie mogą wziąć z sobą mięsa, zabijają po drodze zwierzęta, a potem „wyjmują trzewia i wypełniają brzuch wodą, po czym biorą mięso, które chcą ugotować, kroją je na kawałki i wkładają je do brzucha z wodą, wieszają to nad ogniem i gotują, a potem jedzą mięso wraz z kociołkiem”.

Przestrzegając tego twardego, skromnego stylu życia, mongolscy wojownicy mogli całymi dniami nie jeść gotowanego jedzenia ani nawet nie rozpalać ogniska. Żywili się „krwią swoich koni; każdy przebija żyłę swojego konia, przykłada do niej usta i pije, aż ma dość”. Znaleźli też inne niezwykłe zastosowania dla krwi swoich wierzchowców. „Wiozą ze sobą krew, a kiedy chcą jeść [...] wkładają trochę do wody, aż się rozpuści, i piją ją. W ten sam sposób wożą sproszkowane mleko klaczy, które jest jak pasta. Proszkuje się je w taki sposób. Gotują mleko, a potem odkładają śmietankę, która unosi się na powierzchni, do osobnego naczynia i robią z niej masło; ponieważ dopóki znajduje się ona w mleku, nie można go wysuszyć. Potem stawia się mleko na słońcu i w ten sposób suszy. A kiedy idą na wojnę, biorą ze sobą około pięciu kilogramów mleka [...] w małym skórzanym bukłaku”. Rozmieszane z odrobiną wody „jest to ich śniadanie”.
 
Kiedy pozwalały na to okoliczności, mongolska kuchnia cechowała się większym zróżnicowaniem i subtelnością, niż można się spodziewać po żołnierskim reżimie. Wśród tradycyjnych przepisów z epoki można znaleźć leczniczy wywar, zupę borbi („Gotuj około trzydziestu kości owczych w jednym kuble wody, aż wody zostanie jedna czwarta początkowej ilości, przecedź, zbierz olej z powierzchni, usuń osad i jedz do woli”); rosyjską zupę z oliwkami („Obkrój i potnij udziec barani, dodaj pięć ziaren kardamonu i obłuskaną ciecierzycę. Zagotuj, przecedź, dodaj rosyjskie oliwki, pocięty tułów owczy i chińską kapustę lub liść pokrzywy”); i yuqba w cieście („Drobno posiekana baranina, owczy tłuszcz, owczy ogon, skórka mandarynki i imbir. Dodaj soli, sosu i przypraw. Wymieszaj wszystko. Do ciasta potrzeba oleju roślinnego, mąki ryżowej i białej mąki pszennej”). Pod wpływem Turcji w mongolskiej diecie pojawił się makaron, często łączony z baraniną, jajkiem, imbirem, flaczkami owczymi i grzybami; wszystko to podawano w klarownym bulionie, doprawionym pieprzem, solą i octem. (...)

INTERESOWNE MIŁOSIERDZIE


Marco uznał Mongołów za mistrzów taktyki wojskowej – na lądzie, choć nie na morzu – nie dlatego, że byli okrutni, lecz ze względu na ich talenty strategiczne.

Kiedy „idą do walki z wrogami, pokonują ich w równej mierze dzięki ucieczce, jak i pogoni” – relacjonuje. Mongołowie nie wstydzili się uciekać z pola bitwy.

Potem jednak wabili przeciwników do przepustu lub na klif, gdzie zadawali ostateczny cios, wybijając ich strzałami, które oszczędzali na tę chwilę. „Kiedy wróg sądzi, że rozgromił i pokonał ich [Mongołów] przez zmuszenie ich do ucieczki” – pisze Marco – „wojownicy ze stepu przegrupowują się i wypuszczają strzały zanurzone w śmiercionośnej truciźnie, zabijając konie nieprzyjaciela. Potem wracają po własnych śladach do zdezorientowanych, wycieńczonych wrogów i wymordowują ich”.

Jednak już wtedy Marco z żalem komentował, że czystość stylu życia mongolskich wojowników odchodzi w niepamięć – „podupadli teraz bardzo” – pod wpływem „zwyczajów bałwochwalców”, przypuszczalnie buddystów i muzułmanów.

Bez względu na wyznanie ich przeciwników Mongołowie wymierzali sprawiedliwość szybko, okrutnie i systematycznie. „Jeśli człowiek uderzy kogoś mieczem, nieważne, czy trafi czy nie, czy tylko komuś grozi, traci dłoń” – zauważa Marco. „Ten, kto zadaje ranę, musi otrzymać podobny cios od ofiary”. Drobny złodziej otrzymuje chłostę za swoje występki: „co najmniej siedem uderzeń rózgą, a jeśli ukradł dwie rzeczy, siedemnaście uderzeń, a jeśli trzy, dwadzieścia siedem uderzeń”, i tak dalej. „I wielu z nich umiera od tych razów”. Gdyby ktoś ośmielił się ukraść konia – Mongołowie znaczyli je piętnem – lub wołu, nie uniknąłby śmierci od razów zadanych za karę, więc aby skrócić cały proces, przecinano złoczyńcę mieczem na dwoje.

Miłosierdzie – i tak nieczęste – przybierało interesowną formę. Jeśli koniokrada było stać na rekompensatę w wysokości dziewięciokrotnej wartości konia, darowano mu życie, choć honoru już nie odzyskał.

ŚLUB ZMARŁYCH


Pewien mongolski zwyczaj szczególnie zdumiał Marca: zaślubiny martwych dzieci. Starał się wytłumaczyć ten skomplikowany obrządek Europejczykom, którzy zapewne uznaliby go za groteskowy. „Kiedy jest dwóch mężczyzn, ten, którego syn zmarł, szuka drugiego, który miał być może odpowiednią dla jego syna córkę, i ona także mogła umrzeć przed ślubem; ci ojcowie wyprawiają zaślubiny dwojga zmarłych. Dają zmarłą dziewczynkę zmarłemu chłopcu za żonę i otrzymują dokumenty, które potwierdzają zaślubiny, i posag”. Po zakończeniu takiej ceremonii nekromanta – szaman lub czarownik, który porozumiewał się ze zmarłymi – palił papiery, a dym powiadamiał duchy zmarłych o zaślubinach dwojga nieżyjących dzieci. Następnie odbywała się uczta weselna. Potem krewni tworzyli wizerunki nowożeńców, umieszczali je na zaprzężonym w konie, ozdobionym kwiatami wozie i obwozili je po okolicy; po zakończeniu uczty oddawali je na pastwę płomieni „z żarliwymi modlitwami i prośbami do bogów, aby z radością obwieścili to małżeństwo w zaświatach”.

Dwie rodziny związane małżeństwem swoich martwych dzieci wymieniały się podarkami, a nawet wianem, jakby państwo młodzi byli wśród nich, eliminując granicę między życiem a śmiercią. „Rodzice i krewni obojga zmarłych uważają się za spowinowaconych i podtrzymują swój związek [...] jakby ich martwe dzieci żyły”.

PIŻMO – SEKSUALNY WABIK

 


Marco z zapartym tchem mówi o „bardzo dzikich” Mekritach, nomadach, którzy udomowili jelenie rozmiarów koni i jeździli na nich; wspomina o królestwie Erdżul, gdzie żyją „trzy rasy: trochę Turków i wielu nestorian, a także bałwochwalców [buddystów] i Saracenów, którzy modlą się według prawa Mahometa”. Omawiając prowincję Sindżu, rozpływa się na temat jaków – wołów „wielkich jak słonie”, które „wyglądają bardzo pięknie, ponieważ są owłosione wszędzie poza grzbietem i biało-czarne”. Ich wełna, „delikatniejsza od jedwabiu”, zrobiła na nim takie wrażenie, że – jak mówi – „ja, Marco Polo, przywiozłem jej nieco do Wenecji i wszyscy uznali ją za coś cudownego”. Ponadto z tego kraju „pochodzi najlepsze piżmo [...] na świecie”.

Nie był odosobniony w fascynacji piżmem; było ono legendarne w Europie jako składnik perfum, afrodyzjaków i wszelkiego rodzaju eliksirów. Marco dowiedział się, że ta magiczna substancja pochodzi w rzeczywistości z gruczołu wielkości jajka położonego na brzuchu samicy piżmowca. Opisuje piżmo, które odkrył u „dzikiego zwierzęcia” podobnego do jelenia. „Zwierzę to ma sierść jelenia ”, lecz znacznie grubszą, nogi i szyję jak koza, „lecz ma cztery zęby, dwa u góry i dwa na dole, długie na trzy palce i bardzo cienkie, białe jak kość słoniowa; dwa idą w górę, a dwa w dół”. Notuje, że Mongołowie nazywają te zwierzęta gudderi.

Sama wydzielina była czerwonawobrązowa, miała konsystencję miodu i przenikliwy zapach, uchodzący za seksualny wabik. Marco opisuje mongolski sposób zdobywania jej: „Myśliwi wyruszają podczas pełni księżyca, aby złapać te zwierzęta.

Kiedy się je schwyta, można znaleźć pośrodku brzucha, koło pępka, między skórą a mięsem, guzek pełen krwi” – mawiano, że rośnie pod wpływem pełni księżyca – „który odcina się wraz ze skórą i wyjmuje, a potem suszy na słońcu. Ta krew to piżmo, które ma tak wspaniały zapach”.

Zwierzę to tak zaintrygowało Marca, że lata później, wracając do Wenecji, wiózł „wysuszoną głowę i racice jednego z nich, trochę piżma w woreczku piżmowym i drobne zęby”. Trofeum to było wzruszającym wspomnieniem bogatej w doświadczenia przeszłości.

Marco z mieszanymi uczuciami opisywał mieszkańców tej krainy. Ich nosy były drobne, a włosy czarne; mężczyźni nie nosili bród, na ich podbródkach rosło zaledwie kilka włosów. Kobiety były bardzo piękne, „dobrze zbudowane pod każdym względem” i nie miały włosów nigdzie „poza czubkiem głowy”. Choć Marco uważał się za światowca, poczuł zarówno fascynację, jak i obrzydzenie, kiedy odkrył, że mężczyźni „bardzo lubują się w zmysłowości i biorą wiele kobiet za żony, ponieważ ich religia [...] nie staje im na przeszkodzie, więc biorą ich tyle, ile mogą”. Ponadto „powiadam wam, że mężczyźni szukają raczej pięknych żon niż szlachetnie urodzonych, ponieważ kiedy kobieta niskiego pochodzenia jest urodziwa, wielki pan może wziąć ją za żonę ze względu na jej urodę i zgodnie z umową daje jej rodzicom dość srebra”. Być może Marco myślał o podobieństwie tych opłat do weneckich posagów, które też przeobrażały małżeństwo w transakcję handlową i polityczne przymierze rodzin. (...)

DACH ZE ZŁOTYCH TRZCIN


Choć na Zachodzie Xanadu (Szangtu) kojarzył się baśniowo, pałac był prawdziwym miejscem, tak rzeczywistym jak ziemia pod stopami, a Marco Polo bardzo dobrze go poznał. „W tym mieście” – mówi swoim czytelnikom – „Kubilaj-chan zbudował wielki pałac ze zręcznie obrobionego marmuru i innych pięknych kamieni. Wszystkie korytarze i komnaty są złocone i pięknie malowane w wyobrażenia zwierząt, ptaków, drzew, kwiatów i wielu innych rzeczy, tak wspaniale i kunsztownie, że niezwykle cieszą oczy. Jedno skrzydło łączy ten pałac z murami miasta, stąd wychodzi drugi mur i obejmuje razem dwudziestopięciokilometrową powierzchnię. Jest umocniony niczym zamek i są w nim fontanny, rzeki i bardzo piękne łąki i gaje”.

W tym raju mieściło się wspaniałe królewskie zoo. „Wielki chan trzyma tutaj wszelkiego rodzaju zwierzęta, jak to jelenie, kozły i sarny; karmi nimi sokoły i białozory, które trzyma w klatkach. Robi to często dla przyjemności i rozrywki. Pośrodku parku, tam, gdzie jest niezwykle piękny zagajnik, wielki chan” – wciąż widziany z daleka, jeszcze nie oko w oko, choć jego obecność z kilometra na kilometr dawało się coraz wyraźniej odczuć – „zrobił dla siebie wspaniały pałac lub altanę z trzciny [czyli bambusa] [...] a szczyt każdej kolumny wieńczy wielki złocony smok, który owija ogon dookoła niej i podtrzymuje łbem i wyciągniętymi łapami dach [...] Dach tego pałacu też jest ze złoconych trzcin, tak dobrze i grubo polakierowanych, że woda mu nie szkodzi, a malowidła nigdy nie spłyną; i cudem jest, żeby pojął to ktoś, kto tego nie widział”.

Co było jeszcze bardziej zadziwiające, całą konstrukcję dało się złożyć i przetransportować tak jak skromne jurty, w których mieszkali koczowniczy Mongołowie. Była to przecież pod każdym względem nomadyczna kultura. Marco ciągnie: „Wielki chan kazał tak to zbudować, żeby można było go z łatwością rozebrać i ponownie złożyć, kiedy tylko sobie życzy, bez szkody dla konstrukcji; kiedy się ją stawia, ponad dwieście bardzo mocnych sznurów jedwabnych podtrzymuje ją dookoła na sposób podobny do namiotów, ponieważ ze względu na lekkość trzcin wiatr mógłby powalić ją na ziemię.

I powiadam wam, że wielki chan mieszka w tym parku trzy miesiące w roku, aby uniknąć wielkiego upału, ponieważ pogoda jest tam bardzo umiarkowana i miła, i nie jest bardzo gorąco, lecz rześko”.

Choć język Marca jest urzekająco fantazyjny, a Europejczycy odbierali ten opis jako czarującą fikcję, opierał się na obserwacji.

Fragmenty książki Laurence Bergreen „Marco Polo: z Wenecji do Xanadu”, która niebawem ukaże się nakładem wydawnictwa REBIS. Tytuł, śródtytuły i skróty pochodzą od redakcji