"Krzyżacy poświęcali się z równą żarliwością jak chytrością rabunkom, swoim brzuchom i tym rzeczom, które znajdują się pod brzuchem. Zapominali przy tym o Jerozolimie, której zgodnie ze swoim ślubowaniem musieli bronić” – tak krytycznie opisywał działalność w Prusach rycerzy Zakonu Szpitala Najświętszej Marii Panny Domu Niemieckiego w Jerozolimie periodyk „Erleutertes Preussen” Michaela Lilienthala (1686–1750). Jednocześnie przekazał niezwykłą ciekawostkę dotyczącą krzyżackich zwyczajów: „Wszędzie w Prusach, na wystających pagórkach, w pobliżu bardziej znanych zamków [budowali] pewnego rodzaju labirynt i grzebali [tam] w ziemi posąg, zwany później Jeruzalem, tak jak to można zobaczyć jeszcze dzisiaj w Grudziądzu i gdzie indziej. Zdobywali je sami, albo czynili to ich służący w ich obecności po kielichu i obżarstwie, aby się rozerwać, i wierzyli, że zostali przez to uwolnieni z zobowiązania swojej religii, kiedy zamiast prawdziwej obrony Jerozolimy, napadniętej przez Saracenów, zdobędą dla żartu wspomniane miasto”.

Wzgórza, posągi, labirynty?! 

Lilienthal opublikował swoje rewelacje w 1 poł. XVIII w., a więc ponad czterysta lat po upadku ostatniej twierdzy krzyżowców w Akce w 1291 r. oraz dwieście lat po sekularyzacji Prus Zakonnych w 1525 r. Popuścił wodze fantazji czy faktycznie istniały zabawy, a nawet rytuały Krzyżaków, o których niewiele dzisiaj wiemy?

Góry Jerozolimskie

Należałoby poszukać wspomnianych pagórków, na których Krzyżacy zagrzebywali tajemnicze posągi, później zdobywane przy szczęku mieczy. We wspomnianym Grudziądzu nie przetrwała o tym żadna wiedza. „Robiłem rozeznanie wśród kustoszy muzealnych i historyków, ale nikt nic o tym nie słyszał. Przejrzeliśmy też stare mapy, jednak nic nie znaleźliśmy” – opowiada miejscowy przewodnik Piotr Łukiewski o efektach swoich poszukiwań, podjętych na prośbę „Focusa Historia”. 

Za to w innych rejonach dawnych Prus faktycznie można znaleźć wzgórza zwane od wieków Górami Jerozolimskimi. Na przykład w Dąbrównie niedaleko Ostródy. Miejscowy historyk Helmut Meye pisał prawie dziewięćdziesiąt lat temu (powołując się na XVIII-wieczną kronikę Ch.B. Bocka, obficie cytującą też periodyk Lilienthala), że „nieopodal jeziora Dąbrowa Wielka rozciąga się łańcuch wzgórz, którego najbardziej wyniosłe i wysunięte na wschód wzniesienie nazywane jest Jeruzalem”. 

Niektórzy uważają jednak, że nazwa ta pochodzi po prostu od niegdysiejszego żydowskiego cmentarza. Podobnie jest w Ełku na Mazurach, gdzie niewielka już Góra Jerozolimska, niedaleko obecnego placu Jana Pawła II, także kojarzona jest z byłym kirkutem. Czy istotnie ta nazwa wzięła się od żydowskiego cmentarza, a nie z czasów jeszcze krzyżackich? W przypadku Dąbrówna Meye rozwiewał wszelkie wątpliwości: „Żydzi dąbrowieńscy otrzymali bowiem zgodę na założenie tam miejsca pochówku dopiero przywilejem wystawionym 24 grudnia 1787 roku (…). Góra Jerozolimska (Jerusalemberg) wymieniona jest jednak już w umowie zamiany z 19 kwietnia 1704 roku. Nazwa miejscowa jest więc znacznie starsza i występuje także w wielu innych miejscach Prus Wschodnich”. 

„Nazwa Góra Jerozolimska pojawia się nie tylko w Dąbrównie i Ełku, ale także w Malborku, Królewcu, Olsztynie, Gdańsku, Elblągu, Grudziądzu [a jednak! – przyp. red.], Wólce pod Kętrzynem oraz dawnym Mossyken. Natrafiłem na nie w opracowaniach źródłowych z końca XIX w. Jest ściśle związana z punktami przy miejscowościach, w których stały zamki krzyżackie” – wyjaśnia „Focusowi Historia” dr Jerzy Łapo, archeolog i historyk z Muzeum Kultury Ludowej w Węgorzewie (a także koordynator programu Wirtualny Sztetl w woj. warmińsko-mazurskim, stąd jego wiedza na temat historii i położenia żydowskich cmentarzy).

Na dodatek wymienione przez dr. Łapo miejsca to nie wszystko! Legenda o istnieniu podziemnego labiryntu Jeruzalem, w którym raz do roku Krzyżacy urządzali „walki” z „niewiernymi” pruskimi sługami, funkcjonuje także w Prabutach koło Kwidzyna.

Pokuta czy zabawa

Jeśli takie inscenizacje faktycznie się odbywały, powstaje pytanie, czy stanowiły próbę zadośćuczynienia za stratę Ziemi Świętej i Jerozolimy, czy uważano je tylko za rodzaj zabawy. „Krzyżacy nie mieli powodu, aby »pokutować« za Jerozolimę. W ich ideowych wyobrażeniach Prusy jawiły się jako cel równie doniosły jak Ziemia Święta. Istniały bulle papieskie (głównie z XIII w.), w których ten punkt widzenia był aż nadto uzasadniony. Nie podlegał dyskusji w świecie chrześcijańskim” – opowiada „Focusowi Historia” prof. Stefan Kwiatkowski z Uniwersytetu Szczecińskiego, specjalizujący się w historii średniowiecza. „Jerozolima (w sensie geograficznym i mistycznym) w krzyżackim piśmiennictwie i wyobrażeniach plastycznych jest traktowana z odpowiednią czcią. Parodiowanie tego wizerunku jest nieprawdopodobne” – dodaje profesor.

Część historyków zwraca jednak uwagę, że „mit założycielski”, jakim były w wypadku Krzyżaków walki w Ziemi Świętej, z czasem stał się u nich o wiele słabszy niż np. w przypadku  joannitów, którzy mieli nadzieję na odzyskanie Ziemi Świętej i dysponowali w jej sąsiedztwie swoimi warownymi przyczółkami, takimi jak Malta czy Cypr. Krzyżacy natomiast przenieśli ciężar swoich działań do Prus i Inflant, gdzie organizowali tzw. krucjaty północne.

Znaczenia Jerozolimy dla krzyżackiej tożsamości nie umniejszałby jednak dr Łapo. „Krzyżacy w pierwotnych swoich założeniach w Prusach odwoływali się np. do króla Dawida, który zdobył Jerozolimę. Nawiązywali też do Machabeuszy, którzy walczyli z Seleucydami, aby zapobiec wprowadzeniu bóstw pogańskich w Judei. Ta treść funkcjonuje w ideologii, w opracowaniach historycznych i w sztuce krzyżackiej” – stwierdza. 

 

Dr Łapo wysuwa też fascynującą hipotezę, łączącą Góry Jerozolimskie z… babami pruskimi – zagadkowymi antropomorficznymi kamiennymi posągami, pozostałymi po pogańskich plemionach pruskich. Chodzi mianowicie o wspomniany na wstępie fakt, że podczas „bitew” o Jerusalemberg Krzyżacy grzebali w ziemi jakiś specyficzny posąg, mający nawiązywać do walk podczas wypraw krzyżowych. „Moim zdaniem pruska baba kamienna, czyli wąsata postać z mieczem, doskonale się nadawała, by ją brać za Saracena, którego można obalić, opluć itd. Obiekty te weszły już w obieg kulturowy, a nawet administracyjny Krzyżaków. Dla przykładu babę z Gałdowa/Jędrychowa wzmiankowano w 1401 r., określając jako »heiligen Stein«, czyli święty kamień. Ta sfera sacrum pogańskich Prusów mogła wydawać się Krzyżakom przydatna do utożsamienia z Saracenami” – wyjaśnia „Focusowi Historia” dr Łapo.

Okazuje się, że ziarno prawdy może też tkwić w opowieści o improwizowanych walkach w „labiryncie” w Prabutach. „Zamek posiadał dużo murów obwodowych, liczne zewnętrzne dziedzińce, międzymurza ułożone tarasowo. Może to w takim »labiryncie« Krzyżacy organizowali jakieś turnieje?” – mówi „Focusowi Historia” Włodzimierz Wiśniewski, miejscowy pasjonat, który od paru lat buduje ceglaną makietę zamku w skali 1:16. „Może ktoś potem skojarzył to z prabuckimi kanałami wodociągowymi z XVIII w.? Do dziś, gdy się mówi o Krzyżakach, to o tunelach rzekomo ciągnących się pod całym ich państwem, że człowiek z Prabut do Królewca by doszedł!”.

Zagadki zakonu

Sęk w tym, że kronikarze z czasów krzyżackich nie wspominali o żadnych zagadkowych rytuałach ani nawet o turniejach, przypominających rzeczone walki o Jerusalemberg. Ba! Podczas naszych rozmów z historykami trafiliśmy na słaby trop, ale z roku… 1646, gdy Gdańsk odwiedziła Ludwika Maria Gonzaga (najpierw żona Władysława IV Wazy, a potem Jana Kazimierza). Przy tej okazji gdański cech rzeźników zamierzał zorganizować widowisko przedstawiające walki Krzyżaków z Prusami.

Dr. Łapo nie dziwi, że o walkach o Jerusalemberg nie wspominają źródła z epoki: „Większość kronik, w tym klasyczne dzieło Piotra z Dusburga, skupia się na rzeczywistych walkach Krzyżaków, choć podaje zazwyczaj przesadzone liczby. Potem dokumenty koncentrują się z jednej strony na polityce i sprawach międzynarodowych, z drugiej – na życiu gospodarczym: ważne były lokacje, podatki, wizytacje etc. Życie społeczne i rytuały były zawsze w cieniu. Tego się nie opisywało”. Jego zdaniem tradycje wiążące się z Górami Jerozolimskimi mogły być traktowane przez kronikarzy jako wręcz przeżytek, prowincjonalny obyczaj. 

Ale przecież byłoby dziwne, gdyby Krzyżacy nie mieli własnych – być może tylko dla siebie zrozumiałych – rytuałów. Wywodzili się przecież z tego samego kręgu kulturowego i cywilizacyjnego, co templariusze. A „rytuały przejścia” tychże były dosyć szokujące. I nie chodzi o rzekome całowanie współbraci, np. w pępek czy nawet w pośladki. Podczas słynnego procesu w XIV wieku templariusze wyznali, że w czasie inicjacji musieli zaprzeć się Chrystusa i splunąć na krzyż. Nowicjusze opierali się temu, a w końcu wykonywali rozkaz bez zaangażowania: pluli obok krzyża i potwierdzali, że wypierają się Chrystusa, choć w sercu zachowywali wiarę. Cała ta procedura nie była zabawą ani herezją, miała swój konkretny cel – przygotować nowego templariusza na to, jak potraktują go Saraceni, gdy dostanie się do ich niewoli!

To nie wszystko. Jak pisała w książce „Templariusze” uznana badaczka ich historii Barbara Frale, „niewyjaśniony został dotąd szczególny kult Męki Pańskiej, związany z obchodami pamiątki Ostatniej Wieczerzy. W czasie tej uroczystości templariusze przyjmowali prawdopodobnie komunię jedynie pod postacią wina symbolizującego krew Chrystusa – napój życia wiecznego”. Jak wskazuje Frale, kult ten mógł mieć związek z legendą św. Graala. A także z domniemanym całunem Jezusa, który templariusze mogliby posiadać. Podczas procesu zarzucano im bowiem, że oddawali cześć jakiejś brodatej męskiej głowie. Takiej jak na całunie turyńskim po jego złożeniu…

Dochodzą do tego fakty i legendy o kontaktach z sektami gnostyckimi i poszukiwaniach przez templariuszy zaginionej Arki Przymierza. W wybudowanej przez nich katedrze w Chartres jest nawet płaskorzeźba z napisem „Tutaj przechowywana jest Arka Przymierza”. W świątyni tej mamy też tajemniczy labirynt. Ale nie ziemny ani podziemny. Tworzą go kamienne płyty podłogowe, a ma średnicę ok. 13 m. Ponoć przemierzano go, modląc się i wyobrażając sobie pielgrzymkę do Jerozolimy.

Tymczasem Krzyżacy, także związani z Jerozolimą, nie pozostawili po sobie nic? Być może ich dziedzictwo przepadło lub zostało zapomniane. Rozwiązaniu zagadki Gór Jerozolimskich i krzyżackich labiryntów nie sprzyja również fakt, że z Krzyżakami związanych jest wiele przekłamań. Weźmy choćby legendę, jakoby w kościele św. Stanisława w Krakowie wisiały w roli trofeów brody obcięte pod Grunwaldem pokonanym rycerzom zakonnym. Jak wyjaśniał w „Szkicach historycznych” XIX-wieczny badacz Karol Szajnocha – powołując się na Ludwika Decjusza (1485–1545), historyka i sekretarza króla Zygmunta Starego – doszło przy tej okazji do niebywałego nieporozumienia. W istocie były to nie brody, ale końskie buńczuki zdobyte na Tatarach! 

Czarna propaganda

W tej sytuacji sprawę zagadkowych krzyżackich rytuałów trudno uznać za zamkniętą. Udaje nam się jednak odkryć, że wspomniany na wstępie zapis z „Erleutertes Preussen” Michaela Lilienthala pojawił się już w XVI w. na kartach „Annalium Polonicorum” Stanisława Sarnickiego, historyka lubiącego sobie pofantazjować. Możemy więc mieć do czynienia z wymysłem albo efektem antykrzyżackiego czarnego PR!

 

„Zarzut o herezję lub nieprawowierne praktyki postawiony Zakonowi byłby mile widziany przez jego wrogów, ponieważ pod tym pretekstem osądzono kierownictwo templariuszy. Paweł Włodkowic w czasie soboru w Konstancji nazywał Krzyżaków sektą heretycką, którą należy pozbawić posiadłości. Zwłaszcza w XV w. pojawiały się poglądy, jakoby Krzyżacy posiadali Prusy bezprawnie. Jeśliby rozgłaszano o wspomnianych inscenizacjach, to zapewne w tym celu, by wykazać, że sami Krzyżacy są świadomi tego, że pobłądzili w swym powołaniu” – ocenia prof. Stefan Kwiatkowski z Uniwersytetu Szczecińskiego. Jak dodaje, w Prusach krzyżacka czarna legenda funkcjonowała w różnych wariantach już w połowie XV w., podsycana konfliktami Zakonu z poddanymi. Te negatywne opinie o Krzyżakach nasilały się w XVI w. z dwóch powodów: z rozprężenia w krzyżackiej administracji (nielicznej i zdemoralizowanej), a potem z przekształcenia kraju zakonnego w luterańskie księstwo (jego nowi panowie odcinali się od zakonnej tradycji). 

Niemiecki historyk prof. Hartmut Boockmann w książce „Zakon krzyżacki: dwanaście rozdziałów jego historii” wskazuje, że jeszcze gorzej było w XVIII w. – w epoce tolerancji i oświecenia – gdy Zakon postrzegano w Królestwie Prus jako „kwintesencję tego, co w średniowieczu zasługiwało na pogardę”. Dopiero od XIX w. nastąpiła jego rehabilitacja w oczach niemieckich elit... 

Podsumujmy: Sarnicki o dziwacznych rytuałach Krzyżaków pisał w XVI w., gdy rycerzy zakonnych nie ceniono ani w Polsce, ani w Prusach. Lilienthal, protestancki duchowny, wydawca i bibliotekarz, wspominał o nich w XVIII w., gdy oświecone protestanckie elity gardziły krzyżackim średniowieczem…

To wszystko, choć znamienne, nie znaczy jednak, że opowieść o krzyżackich Górach Jerozolimskich jest zmyślona. „W otoczeniu zamków wznoszono w ciągu wieków rozmaite obiekty ziemne, często w związku z działaniami wojennymi. Może więc wokół nich narosły fantastyczne interpretacje” – sugeruje prof. Kwiatkowski. „Wystarczyło, że »wtórne« zdobywanie Jerozolimy odbyło się tylko raz i jeśli było ważne dla lokalnej społeczności, to pamięć o nim pozostała – mimo braku formalnego zapisu/opisu. Taka opowieść, przechodząc do sfery folkloru, mogła przybierać również bardzo fantastyczną formę, na pierwszy rzut oka wypaczającą całkowicie rzeczywiste wydarzenie. Z opisu rytuału przebija pewne wyśmiewanie się z Krzyżaków, ale opis jest raczej w miarę dokładny. Trzeba też zawsze pamiętać, że obyczajowość średniowiecza inna była od tej z XIX stulecia i odmienna od współczesnej. To, co dla nas jest dziwne, wręcz naiwne i śmieszne, przed wiekami mogło być normą kulturową, o której sensie zapomnieliśmy” – podkreśla dr Łapo.