Na przełomie roku 1941 i 1942 spektakularne natarcie niemieckich wojsk na Moskwę zostało zatrzymane. Wojska radzieckie po powodzeniu moskiewskiej operacji odzyskały wiarę w swoje siły, a ich zdolność bojowa wzrosła. Ewakuowane na wschód przedsiębiorstwa w nowych siedzibach za Uralem zaczęły odzyskiwać zdolności produkcyjne. Do Murmańska dopływały już statki z aliancką pomocą.

Tymczasem Niemcy mieli problemy z zaopatrzeniem. Nadmiernie rozciągnięte linie zaopatrzeniowe, niepokój na zajętych terenach, gdzie co i rusz pojawiały się oddziały partyzantów i dywersantów, powodowały, że część transportów nie dotarła do celu. Poza tym Wehrmacht nie był przygotowany do tak długiej wojny. Zakładano, że ostateczne zwycięstwo zostanie osiągnięte w październiku (wtedy też zresztą czołówki wojsk niemieckich dotarły pod Moskwę). Zimą okazało się, że dowodzenie zaczyna przejmować „generał Mróz” – temperatura spadała do minus 40 stopni Celsjusza, a Niemcom zaczynało brakować ciepłej odzieży.

Atak i kontratak

Upływ czasu był na rękę ZSRR. Co spowodowało, że sowieckie dowództwo powstrzymało tak udaną kontrofensywę spod Moskwy i przerzuciło większość sił na południe, na Ukrainę, w okolice Charkowa? Historycy wyjaśniają to różnie, najbardziej wiarygodne wydaje się założenie, że dla odparcia nowej niemieckiej ofensywy, planowanej właśnie w tym regionie. Taki kierunek natarcia był łatwy do przewidzenia. 

Aby ponownie przejąć inicjatywę strategiczną utraconą pod Moskwą i przechylić na swoją stronę szalę, Niemcy musieli odciąć ZSRR od dostaw ropy naftowej dostarczanej Wołgą z południowych regionów położonych w okolicach Baku i Groznego. ZSRR chodziło więc o zabezpieczenie tamtych rejonów. Takie wyjaśnienie byłoby logiczne gdyby nie fakt, że Rosjanie zamiast umocnić pozycje na południu, gdzie spodziewano się ofensywy – 12 maja 1942 roku rozpoczęli natarcie na położony bardziej na północ Charków. W miejscu, w którym akurat skoncentrowane zostały gotowe do ataku wojska Wehrmachtu i sprzymierzeńców – Włochów, Węgrów, Rumunów, Słowaków. 5 kwietnia bowiem Hitler w dyrektywie numer 41 zdecydował, że to właśnie ten rejon będzie głównym polem bitwy. Moskwa i Leningrad przestały mieć już znaczenie. Atak zaplanowano na 18 maja. Sowieckie uderzenie wyprzedziło więc niemieckie plany. Początkowo efekt zaskoczenia zadziałał i armia, którą dowodził generał Friedrich Paulus, była zagrożona. Jednak kiedy Hitler zezwolił na przyspieszenie ofensywy i 17 maja Wehrmacht zaatakował sowieckie skrzydła, sytuacja zmieniła się diametralnie. 

Radziecki atak był błędem. „Stalin domagał się podjęcia prewencyjnej – ogólnej ofensywy na wszystkich frontach. Ostatecznie zapadła więc decyzja o podjęciu przez Armię Czerwoną prewencyjnego uderzenia na Ukrainie” – pisze Albert Seaton w książce „Wojna totalna”. To był pierwszy błąd Stalina. Mimo że takiemu rozwiązaniu sprzeciwiali się ponoć oficerowie na posiedzeniu Komitetu Obrony Kraju: Gieorgij Żukow, Kliment Woroszyłow i Siemion Timoszenko. „Stalin miał zasadę, według której najpierw wysłuchiwał swoich dowódców, a potem podejmował decyzję. Tych, którzy mówili przed Stalinem, nie czekało nic złego, jednak ci, którzy nie wykonali rozkazu wydanego przez wodza, mogli spodziewać się najgorszego” – mówi „Focusowi Historia” Andriej Kriakow, rosyjski historyk. I rozkaz ofensywy wykonano. Rosyjska historiografia po dziś dzień zwie to, co nastąpiło później w wyniku tej „skrupulatności” sowieckich dowódców – charkowską katastrofą. Brak jakichkolwiek przygotowanych pozycji obronnych Armii Czerwonej na przypadek niepowodzenia ofensywy umożliwił przeciwnikowi po prostu piorunujące w swojej szybkości i skuteczności natarcie na wschód, w kierunku Wołgi, i na południowy wschód, w kierunku północnego Kaukazu. Są to tereny stepowe, korzystne dla działań wojsk pancernych. W tym typie broni Niemcy i ich sprzymierzeńcy mieli miażdżącą przewagę, gdyż niemalże cały sprzęt radzieckich wojsk pozostał na polach pod Charkowem. Z drugiej strony brak naturalnych przeszkód, chociażby w postaci rzek, nie dawał Armii Czerwonej możliwości zatrzymania się i umocnienia obrony. Rosjanie cofali się po stepie aż do samej Wołgi, do Stalingradu. 

Dopiero tu, na początku sierpnia 1942 r., kosztem olbrzymich strat i bohaterstwa żołnierzy – często wymuszonego przez obecność za plecami rzeki (jej szerokość w tych miejscach przekracza 2 kilometry) i specjalnych oddziałów „zagradzających” z karabinami maszynowymi i rozkazem rozstrzeliwania swoich w przypadku cofania – udało się powstrzymać niemiecką ofensywę. W Stalingradzie pierwszy raz rzucono do boju karne bataliony, utworzone lipcową decyzją Stawki. Rozpoczęła się bitwa o Stalingrad. 

Dom po domu

W wyniku kontrofensywy Armii Czerwonej pod kryptonimem „operacja Uran” w końcu listopada 1942 r. w okrążeniu znalazła się 6. armia Paulusa. Próba jej odblokowania, podjęta przez Niemców w połowie grudnia, tzw. operacja Wintergewitter (zimowa burza), polegająca na zmasowanym ataku wojsk pancernych pod dowództwem marszałka polnego Ericha von Mansteina, o mały włos nie zakończyła się sukcesem. Dowództwo wojsk radzieckich spodziewało się ataku w innym rejonie niż w rzeczywistości nastąpił. Ten błąd spowodował zamieszanie, ale sytuację w dużym stopniu uratował... sam Paulus, obsesyjnie wykonujący dyrektywę Hitlera o „utrzymaniu Stalingradu każdym kosztem”. Nie będąc formalnie podwładnym Mansteina, zignorował jego rozkaz ataku i nie wyruszył z natarciem z oblężonego miasta na blokujące wojska radzieckie, by wesprzeć z naprzeciwka uderzenie pancernej grupy Mansteina.

W międzyczasie kolejne natarcie Armii Czerwonej odsunęło front o ponad 100 km na zachód, czyniąc sytuację oblężonych beznadziejną. 

 

W tym momencie sowieckie dowództwo popełniło kolejny błąd strategiczny. Oblężonym Niemcom pozostawało do wyboru – umierać z zimna i głodu w zrujnowanym mieście, ginąć w bezskutecznych atakach na blokujące ich wojska radzieckie albo poddać się i pójść do niewoli. Stalin zdecydował jednak szturmować stalingradzkie gruzy. Szturmować za wszelką cenę bez liczenia się ze stratami nie tylko sprzętu, ale także ludzi. Według teoretyków wojskowości, analizujących przebieg bitwy pod Stalingradem, Stawka, czyli naczelne dowództwo Armii Czerwonej, musiała mieć świadomość, że jeżeli uda się zaskoczyć Niemców, to straty będą wynosić 5 atakujących na 1 broniącego. Jeśli nie uda się zaskoczyć oblężonych, straty wzrosną dwukrotnie. I to mimo że, jak podaje Seaton, 40 proc. niemieckich wojsk było skrajnie wyczerpanych. Obrońcy nie mieli gdzie się wycofać i nie mieli nic do stracenia, uznawali honorową śmierć w beznadziejnej walce za zaszczyt i ulgę w porównaniu z haniebnym powolnym umieraniem w obozach jenieckich.

Dodatkowo sowieckie natarcia na zachód od oblężonego miasta spowodowały, że Luftwaffe utraciła lotniska, z których można byłoby w efektywny sposób prowadzić zaopatrzenie oblężonych. Mimo to radzieckie dowództwo wydało rozkaz o rozpoczęciu „operacji Kolco” (pierścień) i na początku stycznia wojska ruszyły do natarcia. „Nasi historycy w epoce ZSRR twierdzili, że zaskoczenie Niemców się udało, niemieccy, że jednak nie. Chyba jednak rację mieli ci drudzy, bo Stalingrad Armia Czerwona szturmowała tak jak Wehrmacht wcześniej. Ulica po ulicy. Dom po domu” – wyjaśnia Kriakow.

Zacięty opór Niemców sprawił, że całkowicie zlikwidować oblężone ugrupowanie udało się dopiero po prawie miesiącu zażartych walk – zamiast planowanego tygodnia. Bitwa o Stalingrad trwała do początku lutego 1943 r., całkowicie zrujnowała duże miasto  przemysłowe i odebrała życie ponad dwóm milionom ludzi po obu stronach frontu. Zakończyła się zniszczeniem 6. Armii Wehrmachtu i była w owym czasie największą klęską Niemców. 

Toast za błędy

20 dywizji w stalingradzkim kotle i jeszcze sześć poza nim zostało unicestwionych. Nie była to jednak – jak sugerowała radziecka propaganda – klęska, która zaważyła na losach Wehrmachtu. 

Gwoli sprawiedliwości należy wspomnieć, że wśród sowieckiego dowództwa nie było jednoznacznego i jednogłośnego poparcia dla „operacji Kolco”. Rozbrzmiewały też głosy rozsądku, dowodzące, że niezbędne do szturmu dywizje można byłoby przerzucić na front, tym samym przyśpieszając natarcie. Umożliwiłoby to szybsze zdobycie Rostowa nad Donem i zablokowanie niemieckich wojsk, które przedarły się na Kaukaz. Dalszy rozwój wydarzeń całkowicie potwierdził słuszność tych argumentów. Mimo że błędny, taki szturm w dziejach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej nie był niczym szczególnym. Rosjanie nie wahali się rzucać kolejnych setek żołnierzy na silnie bronione pozycje. Takie działania – na przykład pod Rżewem – powodowały, że żołnierze atakowali po trupach swoich kolegów. Kiedy natarcie się załamywało, przeprowadzano następne. Za błędy dowódców i tak płacą swoim życiem żołnierze. Bardzo słusznie podsumował to rosyjski pisarz Konstantin Simonow w trylogii „Żywi i martwi”, notabene – jednej z najbardziej przemyślanych i prawdziwych opowieści wojennych. Jej bohater, dowódca brygady Sierpilin, na samym początku wojny, podczas letniej klęski 1941 r., wycofując podwładne mu oddziały w obliczu zagrożenia okrążeniem i całkowitym zniszczeniem, uciął histerycznie-patriotyczną tyradę komisarza „Brońmy się do ostatniego naboju, zginiemy jak bohaterowie” takimi słowami: „To nasi żołnierze zginą jak bohaterowie, ale o tobie i o mnie ludzie powiedzą coś zupełnie innego”.