Działający w „Solidarności” pracownicy Katedry Radioastronomii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu Jan Hanasz i Grzegorz Drozdowski, dzięki nadajnikowi skonstruowanemu za pomocą komputera ZX Spectrum, 14 września 1985 r. zawirusowali program telewizyjny. Widzowie w Toruniu oglądający serial „07 zgłoś się” zobaczyli plansze z napisami: „Dość podwyżek cen, kłamstw i represji” oraz „Bojkot wyborów naszym obowiązkiem”. Podczas kolejnej emisji naukowcy zostali schwytani, a wśród zarekwirowanych przez SB „narzędzi zbrodni” znalazł się ów skromny komputer. Wyczyn Hanasza i Drozdowskiego stał się głośny na całym świecie; został przyjęty z uznaniem nawet przez słynnych amerykańskich hakerów. Stwierdzili oni, że włamanie się do państwowej telewizji musi być o wiele ciekawsze i trudniejsze od tego, co robili sami – od wykradania z banków numerów kart kredytowych. Komputery w Polsce Ludowej były obiektami pożądanymi i prawie nieosiągalnymi. Nieunikniona komputeryzacja kraju miała następować w sposób kontrolowany. Tymczasem nawet instytuty naukowe i ośrodki badawcze pozyskiwały potrzebne im urządzenia w nie zawsze legalny sposób...

WYŚCIG

Wraz z eskalacją wyścigu zbrojeń pomiędzy USA a ZSRR, rozpoczętego wkrótce po zakończeniu II wojny światowej, coraz większą rolę odgrywały nowe technologie związane z elektroniką. Zimna wojna nie polegała już tylko na tym, która strona będzie miała więcej broni jądrowej, ale także na tym, kto będzie miał nowocześniejsze komputery. Amerykanie i ich zachodni sojusznicy, zdając sobie sprawę, że dysponują znaczną przewagą w tych dziedzinach, w 1947 r. powołały COCOM (Coordinating Committee for Multilateral Export Controls) – organizację kontrolującą handel z krajami komunistycznymi i zakazującą sprzedaży wszystkich technologii, które mogłyby być użyte w przemyśle zbrojeniowym. Komputery w USA były od lat 50. wykorzystywane coraz chętniej w różnych sektorach gospodarki, a także przez „kompleks militarno-przemysłowy”. Amerykańskie władze najbardziej obawiały się, że Rosjanie użyją komputerów do dwóch celów: budowy coraz mniejszych i lepszych systemów sterowania do rakiet przenoszących głowice jądrowe oraz łamania szyfrów przeciwnika. Problemu łamania szyfrów nie odczuwano w ZSRR tak dotkliwie, ponieważ – w przeciwieństwie do USA – można było po prostu odgórnie skierować najwybitniejszych matematyków do tych zadań. Ale Rosjanie zdawali sobie sprawę, że technologie wojskowe wymagają coraz nowocześniejszych komputerów. Ten narastający problem próbowano rozwiązać, rozwijając wywiad technologiczny.W 1967 roku powstał „Zarząd T” – specjalna jednostka KGB nadzorująca „Sekcje X” w ambasadach, wyspecjalizowane w gromadzeniu informacji o nowych technologiach.


W latach 70., w okresie odprężenia, USA nawiązały stosunki handlowe z ZSRR. Amerykański kontrwywiad, obserwujący radzieckie delegacje handlowe, które wizytowały zakłady przemysłowe w USA, oceniał, że jedna trzecia potencjalnych kontrahentów to w rzeczywistości oficerowie wywiadu z „Sekcji X”. Podobne obawy trapiły pracowników NASA przed pierwszym w historii połączeniem statków kosmicznych Sojuz–Apollo na orbicie w czerwcu 1975 roku. Amerykanie niepokoili się, że radziecki kosmonauta, zamiast wymianą uścisków, będzie raczej zainteresowany komputerami na pokładzie Apolla.


Z czasem projektowano coraz mniejsze komputery, nie zajmujące całego pomieszczenia, ale co najwyżej biurko. Coraz trudniej było COCOM kontrolować transfer technologii. Rosjanie, płacąc duże sumy, kupowali komputery na wolnym rynku przez podstawione firmy, a potem przewozili je w bagażu dyplomatycznym. Scena taka opisana została przez Wiktora Suworowa – byłego oficera wywiadu wojskowego ZSRR – w autobiograficznej powieści „Akwarium”. KGB we współpracy ze Stasi było w stanie wykraść większość zachodnich technologii wojskowych oraz cywilnych. W USA oceniano, że tylko w latach 1976–1980 Rosjanie zdobyli w ten sposób ok. 3,5 tys. patentów. Wprowadzone pod koniec lat 70. najnowsze radzieckie rakiety z głowicami jądrowymi SS-20 (odpowiednik amerykańskich pershingów) wyposażone były w elektronikę „pożyczoną” od IBM.


W niej zamontowano najnowsze urządzenia, ale w innych dziedzinach było już gorzej. Co z tego, że udało się pozyskać technologie, skoro zacofany przemysł dopiero po wielu latach był w stanie rozpocząć produkcję podobnego sprzętu i to z mizernym skutkiem.Anegdota głosi, że jedną z najtrudniejszych rzeczy do skopiowania okazał się układ graficzny w popularnym komputerze domowym ZX Spectrum. Naukowcy ze Lwowa, którym udało się złamać jego sekret w 1985 roku, prowadzili handel wymienny z innymi zakładami w ZSRR, otrzymując w zamian odkryte przez nich tajemnice bądź urządzenia.

MADE IN ZSRR

W ZSRR powstało wiele modeli komputerów wzorowanych na zachodnim sprzęcie. Jednak ich zacofanie o kilka lat w stosunku do zachodnich pierwowzorów nie było jedynym problemem. Producenci z Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych po prostu kupowali od innych firm hurtowo procesory, kości pamięci i pozostałe części, z których montowali komputery. Socjalistyczna gospodarka rządziła się innymi prawami. Zrealizowanie zamówień na części graniczyło z cudem. Przedsiębiorstwa produkujące komputery musiały same wytwarzać dużą część podzespołów. Nawet student ekonomii popukałby się w głowę, oceniając racjonalność takiej produkcji.

 


Rosjanie postawili na „czynnik ludzki” i taką wizję zaproponowali innym krajom socjalistycznym. W wizji radzieckich decydentów informatyka miała stać się sposobem na likwidację błyskawicznie rosnącej luki technologicznej. Powstające komputery miały być obsługiwane przez świetnie wykształconych inżynierów, którzy zmodernizują gospodarkę. Informatyka stała się częścią obowiązkowego programu w wielu szkołach, ale nie miała wiele wspólnego ze współczesnymi zajęciami z obsługi komputera. Dziś dzieci na lekcjach uczą się kopiowania plików, pisania wypracowania w edytorze tekstu i wyszukiwania informacji w internecie. W krajach socjalistycznych uczniów wrzucano na głęboką wodę, każąc im opanować języki programowania bez względu na zdolności matematyczne. Co więcej, informatyki uczono „na sucho”. Uczniowie i studenci, pisząc własne programy, oddawali je instytucjom dysponującym komputerami i po jakimś czasie otrzymywali informację, czy ich program zadziałał. O tym, jak wyglądał kurs informatyki w ZSRR, opowiadał Lev Manovich – autor książki „Język nowych mediów”: „Na zakończenie dwuletniego kursu udajemy się – tylko ten jeden raz – do centrum przetwarzania danych, do którego na co dzień obowiązują przepustki. Wprowadzam mój program do komputera, ale niestety nie działa. Okazuje się, że – ponieważ nigdy wcześniej nie widziałem klawiatury – zamiast zer wstawiam duże O”.

MADE IN PRL

Komputeryzacja po polsku miała wyglądać tak jak w ZSRR. Wprowadzanie nowych technologii odbywało się pod hasłem „Polak potrafi!”, głównie ze względu na embargo i brak dewiz, za które można by importować sprzęt z Zachodu. O komputerach przede wszystkim radzono i pisano. Zabawnie brzmi dziś sprawozdanie opublikowane w „Bajtku” – pierwszym polskim piśmie komputerowym – w 1986 roku: „Kończy się X Zjazd PZPR. Wśród wielu spraw podnoszonych w czasie obrad ważkie miejsce zajęły również problemy i konsekwencje rewolucji informatycznej. Mówiono o nich podczas obrad plenarnych, zajmowano się nimi w zespołach problemowych, mocno zaznaczono w przyjętych przez X Zjazd dokumentach. Sprostanie wyzwaniom rozwojowym, unowocześnienie kraju, nadanie właściwej rangi postępowi naukowo- technicznemu – te idee bliskie były wszystkim delegatom”. Postęp techniczny miał wprowadzić Polskę w XXI wiek i przynieść dobrobyt gospodarczy. Komputery miały rozwiązać m.in. problem… kolejek. Dziennikarze proponowali wierszyki w stylu: „Nie pomogą łapówki, kwiaty ni bomboniery, gdy na straży kolejki staną komputery”. Ukazała się nawet książka „Komputerowy model systemu dystrybucji pieczywa”. Jednak kolejki po chleb jakoś nie znikały. Nawet robot kolejkowy Ewa-1 znany z serialu „Alternatywy 4” Stanisława Barei nie spełnił pokładanych w nim nadziei.


Komputery miały też trafić pod strzechy. „Trybuna Ludu” relacjonowała: „Po wsi Kalino wiadomość rozeszła się szybko: z komputerem przyjechali, będą radzić! Przenośny mikrokomputer Meritum został zainstalowany w domu rolnika Stanisława Chlipały. Tam rolnicy przynosili próbki gleby. Na podstawie tych danych maszyna liczyła, ile wapna trzeba wysiać, aby ziemia dawała najlepsze plony. Organizatorzy nie przewidzieli tylko jednego – zabrakło... wapna i akcję po trzech dniach przerwano”. Przedstawiano też wizje rodem z filmu science fiction. Na ulicach Lublina miał być wprowadzony system nadzoru ruchu, obsługiwany przez: „komputer sprzęgnięty z ulicznymi kamerami, monitorami tv, magnetowidem i detektorem przejeżdżających pojazdów. Na 9 największych skrzyżowaniach Lublina zostaną zainstalowane kamery, głośniki i detektory. Z głośników popłyną uwagi pod adresem przechodniów. Naruszający przepisy lublinianie zostaną zarejestrowani na taśmie magnetowidu”. Znając PRL, można przypuszczać, że kamery mogłyby reagować nie tylko na przechodzenie na czerwonym świetle, ale też na transparent z napisem „Solidarność”. Ta złowieszcza wizja przypominająca „Rok 1984” George’a Orwella nie została – chyba na szczęście – zrealizowana.

POLAK NIE POTRAFI

Oczywiście Polacy potrzebowali nowoczesnych komputerów i programów. Były one niezbędne w placówkach badawczych zajmujących się naukami ścisłymi. Z kolei w dużej firmie jeden komputer wystarczał do obsługi całej księgowości. Wreszcie polskie nastolatki – tak samo jak ich rówieśnicy z Zachodu – marzyły o komputerze i zestawie gier pod choinkę, chociaż jeden z decydentów grzmiał na łamach „Bajtka”, że „gry komputerowe są dekadencją, na którą nasze społeczeństwo nie może sobie pozwolić”.

Pierwszy polski komputer domowy Meritum (właśnie taki, jaki przyjechał do rolników), którego produkcję rozpoczęto w 1986 roku, wzorowano na amerykańskim TRS-80. Oryginał był – obok o wiele bardziej znanego Apple’a – jednym z pierwszych komputerów domowych w historii, wytwarzanym w latach 1977–1981. Polskie komputery były kopiami przestarzałego zachodniego sprzętu, które z mizernym skutkiem próbowano wprowadzać do produkcji. Z kolei produkowane przez zakłady Elwro pierwsze komputery biurowe były oparte na krajowych kopiach bardzo popularnego procesora Intel 8080 (protoplasty procesorów używanych dziś w pecetach). Tyle tylko, że Elwro rozpoczęło produkcję komputerów z tym procesorem w 1983 roku – 11 lat po wprowadzeniu go na rynek przez firmę Intel.Dziś takie praktyki skończyłyby się procesami sądowymi i olbrzymimi odszkodowaniami, ale Amerykanie nic nie mogli zrobić przedsiębiorstwom zza żelaznej kurtyny. Zresztą polski przemysł i tak nie był w stanie wyprodukować większych ilości komputerów nawet starszych o kilka generacji. Pojawił się też większy problem: o atrakcyjności komputera nie decydowały już tylko jego parametry, ale również oprogramowanie. Polska „Dolina Krzemowa” wprawdzie produkowała komputery, ale programów już nie.

DYREKTORZY I PRZEMYTNICY

 

Skąd więc brały się w Polsce komputery? Po prostu obrotni polscy handlarze jeździli do Berlina Zachodniego i przewozili sprzęt w walizkach, sprzedając go z olbrzymim zyskiem. Intratnym przedsięwzięciem było też przywożenie samych części, z których „złote rączki” montowały komputery. Powstał cały przemysł składający się z małych rzemieślniczych warsztatów, w których składano komputery i sprzedawano je potem na giełdach. Pojawiły się też liczne polskie wynalazki, m.in. joystick z obudową z... drewna. Dziś tego materiału używa się do produkcji obudów komputerów dla koneserów, wtedy była to konieczność. W połowie lat 80. gazety donosiły o aferze gospodarczej z kilkoma studentami w roli głównej: „26 lutego 1986 w pokoju akademickim studenta AGH Józefa W. funkcjonariusze Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Krakowie znaleźli pod łóżkiem walizkę, w której był prawdziwy majątek: 5 mln zł, 8 tys. dolarów i 4 tys. marek RFN. Rewizja ujawniła też mikrokomputer Atari, oprogramowanie oraz 19 dyskietek 5,25. Po tej rewizji Prokuratura Wojewódzka w Krakowie wszczęła śledztwo, które przyniosło owocne rezultaty”. Nawet jak na nasze czasy tamte sumy są zawrotne – przeciętny Polak zarabiał wtedy równowartość kilkudziesięciu dolarów. „Obrotny student Stanisław D. znał się jako elektronik na komputerach i wiedział o dużym zapotrzebowaniu w kraju na ten sprzęt. Przedsięwzięcie, które obmyślił, było proste. Kupował w Polsce od cinkciarzy dolary oraz marki zachodnioniemieckie i przerzucał je do Berlina Zachodniego, gdzie nabywał komputery. Przewoził je legalnie, bez cła, do kraju i tu sprzedawał różnym firmom”.

Student wciągnął do interesu znajomych, m.in. Józefa W. Komputery, które sprowadzali do Polski, były objęte embargiem COCOM i polskie instytucje nie były w stanie legalnie kupić ich na Zachodzie. Zresztą nawet gdyby mogły, to i tak nie miały dewiz na ich import. Wydawany w Londynie „Dziennik Polski” inaczej niż „Trybuna Ludu” przedstawił kulisy komputeryzacji PRL: „Wielu dyrektorów największych zakładów przemysłowych zaapelowało do wicepremiera, by władze nie prześladowały przemytników części elektronicznych i rzemieślników, którzy z takich części montują komputery, gdyż tylko w ten sposób państwowe przedsiębiorstwa mają szansę na nabycie niezbędnych komputerów. Przy okazji stwierdzono, iż pokątnie produkowane komputery są znacznie lepszej jakości niż te produkowane w państwowych fabrykach”. Tymczasem Polska była zszokowana wyrokami w procesie wspomnianego Józefa W., które i tak były o wiele niższe, niż żądał prokurator. Najwyższy wyrok – 4 lata więzienia – dostał pracownik jednego z instytutów badawczych, który pośredniczył w transakcji. Najciekawsze, że placówka ta przodowała w badaniach nad rozwojem polskiej elektroniki. W trakcie śledztwa okazało się, że tym kanałem komputery kupował nawet Instytut Informatyki Politechniki Warszawskiej. Pomysłowi studenci zostali skazani na niższe kary więzienia oraz olbrzymie grzywny. Wiele publicznych osób protestowało przeciwko wyrokom, uważając, że studenci przyczynili się do rozwoju nowych technologii w Polsce i powinni raczej dostać medale, a nie wyroki. Głośny proces nie powstrzymał jednak napływu coraz tańszych komputerów z Zachodu. Sprowadzano też coraz więcej programów i gier, można było je także kupić w Peweksie. Coraz częściej polskim dzieciom Mikołaj przynosił wymarzony komputer Commodore lub Atari.

Po 1989 roku mieszkańcy Europy Wschodniej mogli już kupować komputery bez ograniczeń. Ale oczywiście nie skończyło się szpiegostwo technologiczne ani nie zmniejszyła rola komputerów w wyścigu zbrojeń na świecie. W 2000 r. japońskie ministerstwo handlu pozwoliło sprzedawać konsolę do gier Sony PlayStation 2 – marzenie nastolatków na całym świecie – jedynie w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej. Powodem tego była obawa, że dysponujący potężną mocą obliczeniową układ sterowania grafiką może zostać wykorzystany do naprowadzania rakiet budowanych przez Koreę Północną. Możemy tylko przypuszczać, że do tego kraju konsole i tak trafiły okrężną drogą. Wiadomo na pewno, że funkcjonują tam już salony z automatami do gier. Zapewne wielu północnokoreańskich nastolatków bardziej niż o walce z imperializmem marzy o tym, żeby zagrać w Call of Duty czy Grand Theft Auto. Nawet ostatni totalitarny reżim na Ziemi nie jest w stanie powstrzymać nieubłaganego rozwoju komputerów.