Od niepamiętnych czasów ludzie podejrzewali, że zwierzęta należące do różnych gatunków mogą krzyżować się ze sobą. W mitach roi się od centaurów, minotaurów czy syren. I choć tak odległe krzyżówki nie są możliwe, hybrydy pojawiają się w przyrodzie o wiele częściej, niż mogłoby się wydawać. Są bowiem efektem „mezaliansów” między gatunkami blisko ze sobą spokrewnionymi, takimi jak niedźwiedzie polarne i grizli – ich potomek to grolar. Hybrydyzacja nie ominęła nawet nas. Wielu ludzi ma w swoim DNA niewielkie domieszki genów neandertalczyków i innych hominidów. Naukowcy wciąż spierają się o to, czy hybrydyzacja jest dobrym zjawiskiem. Z jednej strony może sprzyjać powstawaniu nowych gatunków, lepiej przystosowanych do zmieniającego się środowiska. Jeśli jednak hybrydy pojawiają się w wyniku ingerencji człowieka, skutki mogą być opłakane.

Jelenie w natarciu, orliki na wymarciu

Niebezpieczne jest wprowadzanie do środowiska nowych gatunków z odległych zakątków świata. Przykładem może być jeleń sika, sprowadzony do Polski na przełomie XIX i XX w. z Anglii i Japonii. Wtedy trafiło do nas zaledwie kilkanaście osobników. Dziś w Polsce żyje ich ok. 280 i chętnie krzyżują się z rodzimymi jeleniami szlachetnymi. „Samce sika mają problem ze znalezieniem partnerek swojego gatunku. Badania, które przeprowadziliśmy, pokazały, że to one w większości przypadków są ojcami mieszańców. Jelenie te, choć mniejsze, wygrywają w konkurencji ze szlachetnymi.

Dzieje się tak zarówno przy paśnikach, jak i podczas zdobywania partnerek” – wyjaśnia dr Wojciech Solarz z krakowskiego Instytutu Ochrony Przyrody PAN.

W miejscach, gdzie oba gatunki mają ze sobą częsty kontakt – w okolicach Pszczyny i Zalewu Wiślanego – mieszańce stanowią aż 19,4 proc. „Nawet w Puszczy Piskiej, gdzie sika widywane są sporadycznie, mieszańców jest 15,4 proc.” – mówi dr Solarz. To, jak szybko jeleń sika może się rozprzestrzeniać, widać na Wyspach Brytyjskich. Tam na niektórych obszarach w ogóle nie ma już czystej krwi jeleni szlachetnych. Dla biologów to niepowetowana strata, bo wraz ze zwierzęciem znikają także jego unikatowe geny (część z nich może być cenna np. dla przemysłu farmaceutycznego). Poza tym ubytek nawet jednego gatunku może zaburzyć funkcjonowanie całego ekosystemu.

W Polsce gatunkiem zagrożonym wyginięciem m.in. w konsekwencji hybrydyzacji jest orlik grubodzioby. Tych unikających człowieka, żyjących na podmokłych bagiennych terenach ptaków mamy zaledwie kilkanaście par, z czego tych czystej krwi jest 8–10. Reszta to mieszańce z mniej płochliwym, preferującym łąki orlikiem krzykliwym. Oba ptaki to gatunki blisko spokrewnione, bardzo podobne zarówno z wyglądu, jak i genetycznie, a nawet pod względem zachowania (np. rytuałów godowych). Hybrydyzacja następuje przede wszystkim w wyniku zlikwidowania naturalnej bariery, która kiedyś je dzieliła. Prawie 98 proc. mokradeł w Polsce zostało osuszonych. Ostatnie prawie naturalne bagna zachowały się w dolinie Biebrzy i tam właśnie żyją ostatnie polskie orliki grubodziobe. „Ale siedlisk i partnerów własnego gatunku mają tak mało, że grubodzioby, aby przeżyć, idą na kompromis i zadowalają się partnerem w postaci orlika krzykliwego. Poza tym »chłopaki« wszystkich szponiastych mają zakodowane, że duże samice są fajne. Nic dziwnego, że mniejsze orliki krzykliwe uganiają się za dużymi »dziewczynami« grubodziobych” – tłumaczy Jacek Karczewski, prezes stowarzyszenia Ptaki Polskie. Te samice zresztą nie narzekają na mniejszych partnerów, którzy bywają bardziej sprawni i dynamiczni – łatwiej się im przedzierać przez gąszcz lasu.

Płotka + Leszcz = ?

U większości ryb zapłodnienie odbywa się na zewnątrz ciała, co zwiększa ryzyko powstania hybrydy. W Polsce krzyżują się np. płocie z leszczami. Obydwa gatunki odbywają tarło w podobnych warunkach i terminach. Samice płoci co roku składają tysiące ziaren ikry podczas tarła. W trakcie kilkunastoletniego życia mogą je odbyć co najmniej 10 razy, co oznacza, że każda płotka może spłodzić pół miliona dzieci. Przeżywa jednak tylko niewielka ich część – ta posiadająca najlepsze geny. Każde kolejne po-kolenie jest nieco lepiej przystosowane. Jeśli jednak dojdzie do hybrydyzacji, ten cenny dorobek ewolucyjny może przepaść.

Powstawaniu hybryd sprzyja niszczenie naturalnych barier chroniących gatunki przed krzyżowaniem się. W przypadku ryb wystarczy budowa zbiorników zaporowych czy regulacja rzek. Zarówno płoć, jak i leszcz składają ikrę na roślinach wodnych, którym szkodzi ciągłe podnoszenie się i opadanie poziomu wody. „Ze względu na ograniczone występowanie roślinności podwodnej różne gatunki odbywają tarło razem. Skutkiem są mieszańce, które choć niekiedy żywotne i mogące nawet dojrzewać płciowo, są bezpłodne. To chybiona inwestycja, bo geny rodziców nie zostaną przekazane następnym pokoleniom” – mówi dr Antoni Amirowicz z Instytutu Ochrony Przyrody PAN w Krakowie.

 

Żbikokoty i wilkopsy

Do krzyżowania dochodzi także pomiędzy zwierzętami dzikimi a domowymi. Zdarza się, że wilki łączą się ze swoimi najbliższymi krewnymi – psami. Tych pierwszych jest w Polsce około tysiąca, tych drugich w sumie ok. 9 mln. W ostatnich latach dzięki analizie DNA i monitoringowi wykryto kilka wilczo-psich mieszańców. Pozwoliło to na szybkie usunięcie ich ze środowiska.

Pozostawianie hybryd w lesie mogłoby mieć negatywne skutki. „Mieszańce mogą np. posiadać psią adaptację – gen umożliwiający trawienie skrobi. Istnieje więc ryzyko, że żerowałyby na wiejskich śmietnikach, wchodząc w konflikty z ludźmi. Ponieważ są zwykle mniejsze i mniej sprawne niż wilki, samodzielne polowania na dzikie zwierzęta kopytne mogłyby im sprawiać trudność i spowodować całkowite przestawienie się na łatwiej dostępne zwierzęta gospodarskie” – mówi Maciej Szewczyk ze Stowarzyszenia dla Natury „Wilk”. Mieszańce zwykle różnią się zewnętrznie od czystej krwi wilków, więc ludzie łatwo je zauważają i boją się ich. Wilkopsy, choć równie płochliwe jak ich dzicy rodzice, powszechnie uważane są za bardziej niebezpieczne, nieprzewidywalne i skore do ataków. Taka opinia może sprawić, że ludzie zaczną domagać się odstrzału okolicznych wilków.

Gorzej wygląda sytuacja polskich żbików. Zostało ich zaledwie 200, podczas gdy swobodnie wędrujących kotów są w Polsce miliony. Nic dziwnego, że dzikie zwierzęta czują pociąg do  udomowionych krewniaków. Michał Sumiński, który badał żbiki w latach 60., doszedł do wniosku, że osobniki czystej krwi właściwie już w Europie nie występują. W Szkocji, gdzie prowadzone są badania genetyczne, zostało nie więcej niż 400 „prawdziwych” przedstawicieli tego gatunku. Polscy uczeni twierdzą, że z polskimi żbikami nie jest tak źle, ale przyznają również, że brak aktualnych danych na ten temat.

Coraz mniej gatunków

Badacze obawiają się, że hybrydy będą gorzej przystosowane niż organizmy, które ewoluowały do życia w swym środowisku przez tysiąclecia. „Mieszańce mogą być bardziej odporne i to się sprawdza np. w rolnictwie. Ale w przyrodzie wygląda to inaczej, bo jeśli krzyżówka będzie większa i silniejsza od gatunku rodzimego, to dla niej samej będzie korzystne, ale zaburzy stan naturalny, zaszkodzi różnorodności innych gatunków” – tłumaczy dr Solarz.

Choć mieszańce rzeczywiście często przegrywają z konkurencją w wyścigu o przetrwanie, zdarzają się też takie, które radzą sobie lepiej niż rodzice. Być może właśnie w przypadku orlików grubodziobych ta opcja będzie się sprawdzać. „Domieszka krwi orlika krzykliwego sprawia, że w zmienionym środowisku taki mieszaniec będzie sobie lepiej radził. Ale niestety oznacza to, że czystej krwi orliki grubodziobe w końcu przestaną istnieć” – mówi Jacek Karczewski.

Korzystną cechę udało się także przejąć amerykańskim wilkom od psów. To gen odpowiadający za czarny kolor sierści. W wilczej populacji pojawił się on wskutek krzyżowania się z psami, które towarzyszyły ludziom przybyłym do Ameryki Północnej z Azji 14 tys. lat temu. Czarne osobniki są lepiej przystosowane do środowiska niż ich szarzy kuzyni. „Są trochę mniejsze, ale zarówno przeżywalność ich szczeniąt, jak i długość życia dorosłych wilków jest większa” – wyjaśnia Maciej Szewczyk. Także amerykańskie kojoty, które krzyżują się z wilkami, radzą sobie o wiele lepiej niż kojoty czystej krwi.

Naukowcy nie są więc zgodni co do tego, jak reagować na pojawianie się hybryd. Część bada-czy uważa, że nie powinniśmy się tego przesadnie bać, bo przyroda sama rozwiąże większość problemów, jeśli tylko nie będziemy za bardzo w nią ingerować. „Zadbajmy o zachowanie naturalnych barier, które chronią gatunki przed hybrydyzacją. Wówczas nawet podobne gatunki żyjące obok siebie nie będą się krzyżować” – uważa Jacek Karczewski. I dodaje, że hybrydyzacja pojawia się najczęściej tam, gdzie człowiek wyrządził przyrodzie największe szkody.

Co więcej, jest ona praktycznie nieunikniona, ponieważ maleje bioróżnorodność. „Opublikowany niedawno raport Komisji Europejskiej pokazał, że zwierząt niemal wszystkich gatunków jest coraz mniej” – mówi Karczewski. Wszystko wskazuje na to, że za kilkadziesiąt lat stan przyrody będzie o wiele gorszy. I może się okazać, że te odporniejsze krzyżówki albo gatunki dziś nazywane obcymi będą jedynymi zwierzętami, które przetrwają na wolności.

DLA GŁODNYCH WIEDZY: