Słyszałem dudnienie, bito tego mężczyznę tak, że pałki nie schodziły z niego. Jedna za drugą. Bili go tak około piętnastu minut. Reakcją były tylko jęki, zaraz potem ucichł, nic nie krzyczał, a pałki uderzały jak w drzewo – oto fragment zeznania świadka śmiertelnego pobicia przez funkcjonariuszy MSW Mariana Bednarskiego. Czym zasłużył na tak okrutny koniec? Miał inne poglądy na rzeczywistość niż oficjalnie obowiązujące...

W PRL przez całe lata pokutował pogląd, że wprawdzie rodzima bezpieka potrafi uprzykrzyć życie, ale nie jest tak niebezpieczna jak NRD-owska Stasi czy rumuńska Securitate. Dopiero kiedy na światło dzienne zaczęły wychodzić zbrodnie popełnione na opozycjonistach przez nieznanych sprawców, stało się jasne, że i w łonie polskich służb specjalnych istnieją szwadrony bezwzględnie rozprawiające się z niepokornymi. Zamordowanie w 1977 roku krakowskiego studenta, współpracownika Komitetu Obrony Robotników Stanisława Pyjasa społeczeństwo bez jakichkolwiek wątpliwości przypisało bezpiece, ale oczywiście żadne dowody w tej sprawie nie zostały wówczas upublicznione.

Dopiero proces zabójców księdza Jerzego Popiełuszki sprawił, że opinia publiczna dowiedziała się czegoś więcej o metodach walki politycznej, stosowanych przez Służbę Bezpieczeństwa. I choć władze zapewniały, jakoby komando kapitana Grzegorza Piotrowskiego (Waldemar Chmielewski, Leszek Pękala) działało samowolnie, bez jakiejkolwiek inspiracji ze strony kierownictwa resortu czy partii, a może nawet z polecenia bliżej niesprecyzowanych sił zagranicznych, ponure fakty zaczęły się składać w pewną całość. Nieco wcześniej, także w 1984 roku, został porwany i zamęczony na śmierć emerytowany proboszcz ksiądz Antoni Kij. Odważne homilie tego kapłana, byłego kapelana Wojska Polskiego, nie podobały się bezpiece już od końca lat 40. i funkcjonariusze notorycznie wzywali go na rozmowy dyscyplinujące, które nie odnosiły skutku. Miarka się przebrała...

W lutym 1985 roku, a więc tuż po zakończeniu procesu toruńskiego, osądzającego zabójców ks. Popiełuszki, śmierć poniósł proboszcz Klimontowa ks. Stanisław Palimąka. Śmierć kuriozalną: przejechał go jego własny fiat 125, staczający się po pochylni do garażu. Jednak uszkodzenia ciała duszpasterza były tak rozległe, że musiałby to być pędzący tir, a nie wolno sunący samochód osobowy. Przykładów jest o wiele więcej. W 1989 roku została powołana nadzwyczajna komisja sejmowa do zbadania działań Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Na jej czele stanął poseł Jan Maria Rokita. 26 września 1991 roku komisja przedstawiła swój raport. Jakkolwiek jej członkowie nie mieli dostępu do wielu dokumentów MSW (resortem kierował do lipca 1990 r. generał Czesław Kiszczak), a duża część materiałów została zapobiegliwie zniszczona, raport komisji Rokity był kamieniem milowym w dochodzeniu do prawdy o zbrodniach bezpieki. Część IV raportu, czyli informacja o bezprawnej działalności grupy D Departamentu IV MSW, dotyczy najtajniejszej ze służb – tej, której wyznaczono najokrutniejsze działania (jednym z jej szefów był właśnie Grzegorz Piotrowski). Rozszyfrujmy – D oznacza dezintegrację. Początkowo w łonie Kościoła katolickiego, duchowieństwa i wiernych, a potem całej opozycji, która przecież w znacznej mierze była związana z Kościołem. Grupa ta działała na rzecz Departamentu IV, odpowiedzialnego za inwigilację Kościoła, a także Dep. III, zajmującego się rozpracowywaniem opozycji. Jednak trudno uznać, że była częścią tych departamentów, na co wskazuje nazwa: Samodzielna Grupa D. Prokurator Andrzej Witkowski (wywiad z nim opublikowaliśmy w poprzednim numerze FH) przez kilka lat zajmował się sprawą zabójstwa księdza Popiełuszki i o funkcjonowaniu tej formacji wie bardzo dużo.

– Sposób realizacji danego „zadania po linii D”, w tym dobór funkcjonariuszy oraz mechanizm decyzyjny od szczebla kierowniczego po przebieg czynności wykonawczej, łatwo prześledzić na przykładzie osądzonych spraw, a mianowicie uprowadzenia ze szczególnym udręczeniem działacza opozycji Janusza Krupskiego w Warszawie oraz podpalenia samochodu ks. kard. Henryka Gulbinowicza w Złotoryi – mówi Witkowski. – W pierwszej z nich miała miejsce zainicjowana i kierowana z centrali skoordynowana akcja służb obserwacyjnych Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych w Lublinie, których funkcjonariusze „prowadzili” Janusza Krupskiego z Lublina aż do Pałacu Kultury w Warszawie. Tam został on „przejęty” przez bezpośrednich wykonawców uprowadzenia – funkcjonariuszy wydziału VI MSW (o wcześniejszej nazwie: Grupa D) i wywieziony na obrzeża stolicy. W ustronnym miejscu upokorzono go, grożono i oblano żrącą substancją. W przypadku drugiego zdarzenia najpierw do Legnicy przybyli oddelegowani funkcjonariusze wydziału VI MSW Piotr G. i Waldemar P. Przy pomocy naczelnika wydziału VI WUSW w Legnicy zorganizowali miejscowych funkcjonariuszy do udziału w przestępstwie podpalenia Forda Grenady. Potem, działając wspólnie, podpalili samochód (w opinii Zakładu Kryminalistyki KG MO stwierdzono, że przyczyną pożaru było zwarcie w urządzeniu antyradarowym).

KONSPIRACJA W KONSPIRACJI

 


Prace nad powołaniem grupy specjalnej w ramach bezpieki rozpoczęły się jeszcze w latach 60., gdy stało się jasne, że władza będzie miała kłopot z opozycyjną działalnością Kościoła katolickiego. W 1973 roku decyzją szefa resortu spraw wewnętrznych Stanisława Kowalczyka powstała grupa mająca na celu dezintegrację środowisk katolickich. Grupa, której istnienie było tajemnicą nawet dla większości funkcjonariuszy SB. Na początku liczyła pięć osób, a w 1977 roku znacznie zwiększyła swój stan kadrowy, przekształcając się w wydział VI Departamentu IV MSW. To wtedy zginął Stanisław Pyjas, a dwa miesiące później Stanisław Pietraszka, który widział jego zabójcę – czy jest to przypadkowa zbieżność chronologiczna? Tego po dziś dzień nie udało się ustalić. Po ogłoszeniu stanu wojennego wydział VI wykazywał się niezwykłą aktywnością, którą trzeba było „zamazywać” po wpadce ze śmiercią księdza Popiełuszki. Nazwa grupy została wówczas zmieniona na Biuro Studiów i Analiz, podobnie jak zakres jej obowiązków, przynajmniej na papierze.

To wspomniane „zamazywanie” było procedurą doskonale przemyślaną i zorganizowaną. Jak czytamy w raporcie komisji Rokity: „Działania zarówno organów ścigania MSW, prokuratury czy sądów, jak i organów odpowiedzialnych za wykonanie kary, z góry nastawione były na niedopuszczenie do odpowiedzialności funkcjonariusza MSW, co do którego zachodziło podejrzenie, że popełnił ciężkie przestępstwo”. Co więcej – pracownicy MSW prowadzili instruktaże dla prokuratorów, jak informować opinię publiczną o śledztwie. Zresztą prokuratorzy często bywali „figurantami” we własnych sprawach – prokurator prowadzący śledztwo w sprawie zabójstwa Bogdana Włosika dostał do podpisu od swego przełożonego gotowy tekst postanowienia o umorzeniu postępowania.

Wachlarz działań dezintegracyjnych był szeroki – od rozpuszczania plotek o charakterze obyczajowym o księżach i fałszowanie dokumentów przez demolowanie mieszkań, szantaż, po pobicia i, w ostateczności, eliminację. Dotarcie do prawdy o grupie D nie jest łatwe – władze resortu dbały, aby dokumenty dotyczące zabójstw nie zachowały się w archiwach (można założyć, że często rozkazy i polecenia przekazywano ustnie, a nie na papierze). Nawet komisja Rokity, która przesłuchała wielu świadków (w tym wspomnianego świadka zamordowania Mariana Bednarskiego), przejrzała setki dokumentów, była wstrzemięźliwa przy ferowaniu opinii na temat D. Odnosząc się do niewyjaśnionych zgonów księży, członkowie komisji napisali w swym raporcie: „Nie można wykluczyć, że w trakcie działań specjalnych miały miejsce przypadki zabójstw”. Jednak komisja, choć miała poważne podstawy do stawiania zarzutów nie mogła ich kategorycznie formułować.

Inna sprawa, że takie zawoalowane wskazanie tropów było bardzo przydatne dla prokuratorów przejmujących sprawy, którymi wcześniej zajmowała się komisja.

Z każdym rokiem, czy to śledczym Instytutu Pamięci Narodowej, czy pracownikom Departamentu Prokuratury Ministerstwa Sprawiedliwości udawało się gromadzić coraz więcej informacji. Prawda okazała się szokująca – oprócz tajnych, ale włączonych w resortowe struktury formacji, były także esbeckie inicjatywy lokalne. Takie jak toruńska OAS, odpowiedzialna za porwania i torturowanie opozycjonistów na Kujawach. Do dziś nie udało się ustalić, czy OAS powstała na rozkaz kierownictwa MSW, czy też działała poza jego plecami.

Dla Antoniego Mężydły formalne umocowanie tej grupy nie miało jednak znaczenia. A już na pewno nie prawie ćwierć wieku temu, gdy został porwany.

PRZESŁUCHANIE PRZY ŚWIECACH

 


– Zawieźli mnie do lasu, przywiązali do drzewa i nareszcie zaczęli mówić. – Odmawiaj zdrowaśki – rozkazał jeden z nich, dając jasno do zrozumienia, że za chwilę rozstanę się ze światem. Zaczęli kopać dół, co było tylko potwierdzeniem moich najgorszych przypuszczeń: wkrótce zastrzelą mnie z pistoletów, które cały czas przeładowywali – wspomina „Focusowi Historia” Antoni Mężydło, dziś poseł PO, a wtedy, w marcu 1984 roku, młody działacz opozycji.

Gdy wieczorem 2 marca szedł ulicą Konfekcyjną w Toruniu, gdzie mieszkała jego narzeczona Zosia Jastrzębska, nie spodziewał się, że czeka go makabryczna przygoda. Były ostatki i młodzi zamierzali pobawić się w popularnym piekiełku – nocnym barze hotelu Helios. Jednak czekało ich prawdziwe piekiełko, zgotowane przez formację specjalną toruńskiej Służby Bezpieczeństwa, znaną jako OAS (podczas procesu w 1991 roku skrót ten został rozszyfrowany jako Organizacja Anty- Solidarność – grupa, działająca w ramach SB, ale na zasadach nieformalnej inicjatywy, esbeckie państwo w państwie). Trzech mężczyzn zaciągnęło Mężydłę siłą do pomarańczowej nyski, która ruszyła w nieznanym kierunku. Nie byli zamaskowani, jednak ich twarze wyglądały nienaturalnie, niczym z kiepskiej teatralnej farsy – jeden z napastników miał olbrzymią bliznę na policzku, pozostali wąsiki. Po latach okazało się, że faktycznie, zostali ucharakteryzowani przez speca z toruńskiego Teatru im. W. Horzycy. Czy charakteryzator wiedział, dla kogo pracuje, a jeśli tak, to czy zrobił to dobrowolnie, czy też pod przymusem – tego nie udało się ustalić.

Zresztą Mężydło nie przyglądał się im zbyt długo – porywacze kazali mu usiąść na podłodze nyski, a na głowę naciągnęli mu plastykową torbę na zakupy. Po kilkugodzinnej podróży dotarli do lasu. Tam została odegrana scena przygotowania do egzekucji. Dwa miesiące wcześniej nieznani sprawcy zabili działacza rolniczej Solidarności Piotra Bartoszcze, więc żaden opozycjonista nie znał dnia ani godziny. A Mężydło, niegdyś współpracownik Komitetu Obrony Robotników, Wolnych Związków Zawodowych, organizator nielegalnych drukarni po ogłoszeniu stanu wojennego, był solą w oku władz.

– Dopiero kiedy oddaliliśmy się od wykopanego dołu, i kiedy postawili mnie pod kolejnym drzewem, wstąpiła we mnie nadzieja, że to nie koniec. Że teraz zacznie się gra, że będą próbowali wyciągnąć ze mnie interesujące ich informacje, ale nie zastrzelą mnie – wspomina Mężydło i dodaje: – Oczywiście, byłem przygotowany na to, że nie wyjdę z całej tej sprawy bez szwanku. W styczniu 1983 roku został porwany przez SB mój przyjaciel z lubelskiej Solidarności Janusz Krupski. Wywieźli go do Puszczy Kampinoskiej, skatowali i oblali fenolem. Prawdopodobnie miał skonać powoli, w straszliwych cierpieniach. Jednak przeżył, choć żrący płyn dokonał spustoszenia na jego ciele (dziś wiadomo, że operację tę przeprowadzili fukcjonariusze wydziału VI Departamentu IV MSW, kierowani przez Grzegorza Piotrowskiego. Według początkowych ustaleń Krupski miał skończyć w zbiorniku z wodą, o który niełatwo w Puszczy. Zachował się list kpt. Piotrowskiego do gen. Kiszczaka z informacją, że porwany przeżył – przyp. AG.). Jak pisze w swym reportażu „Będziesz ukrzyżowany” Krzysztof Kąkolewski, bezpieczniacy powtarzali aresztowanym swą złowrogą mantrę: „Nam wolno wszystko, prawo nas nie obowiązuje. Na ciebie wydany jest wyrok śmierci. Czy to jest zgodne z prawem, czy nie – nie ty będziesz decydować. W Polsce ginie bez wieści okołu dwustu osób rocznie”.

W lesie nie padły strzały, ale na Mężydłę czekał ponury ciąg dalszy, tym razem w Ośrodku Sportu i Rekreacji w Okoninie – przed laty dotarł tam wraz ze swymi chłopcami Pan Samochodzik, skądinąd funkcjonariusz ORMO. Teraz przyjechało nyską trzech panów ze służb specjalnych i ich ofiara.

Funkcjonariusze bezpieki chcieli, aby zatrzymany sypnął wszystkich zaangażowanych w podziemny ruch wydawniczy. A Mężydło rzeczywiście znał bardzo wielu ludzi; uważany był wszak za prawą rękę Bogdana Borusewicza na Wybrzeżu.

Tym razem przesłuchiwali go w maskach na twarzach. Jeśli jego zeznania nie spełniały oczekiwań oprawców, bili go po twarzy i po karku, wlewali za kołnierz zimną wodę (pomieszczenie nie było ogrzewane), pozorowali przecięcie tętnicy szyjnej. Silny snop światła lampy bijący po oczach nie pozwalał odróżniać funkcjonariuszy. Mężydło nie wiedział jednak, że niektórzy byli przesłuchiwani przy wątłym świetle świecy – może mniej męczyło to oczy, ale wzmagało nastrój grozy i sprawiało, że ofiara „miękła”.

Mężydło jednak nie sypał kolegów: – Przemyślałem całą sprawę i doszedłem do wniosku, że śmierć będzie znacznie lepsza od życia ze świadomością zdrady. Przecież to ja wciągnąłem do opozycji wielu ludzi i teraz miałbym ich wydać ubecji? Jestem odporny na ból, więc nie bałem się tortur. Znacznie gorszy był szantaż, związany z Zosią. Zapewniali mnie, że w jej mieszkaniu jest dwóch funkcjonariuszy, i jeśli dostaną rozkaz, zrobią z nią wszystko. Wszystko! Cokolwiek to miało znaczyć – wspomina poseł.

Przesłuchujący nie powiedzieli zatrzymanemu prawdy: jego narzeczona także została zatrzymana i przewieziona do Okonina. Była razem z nim, choć tego nie wiedział. Towarzyszyła jej funkcjonariuszka SB, prawdopodobnie sekretarka dowódcy grupy, kapitana Henryka Misza. Dla pani Zofii przewidziano bardziej wyrafinowaną torturę – puszczano jej nagranie magnetofonowe, z którego wynikało, że Mężydło brał udział w orgiach seksualnych z udziałem tej właśnie sekretarki. Nie była to jednak produkcja szczególnie wiarygodna.

4 marca esbecy postanowili wypuścić Mężydłę na wolność – spoili go na siłę wódką (robili to na tyle niefachowo, że dużą część płynu udało się mu wypluć) i porzucili na wysypisku śmieci w okolicach Brodnicy.

SELEKCJA ŁYSIAKA


Kim byli funkcjonariusze esbeckich „szwadronów śmierci”? Wydawałoby się, że do tej odrażającej roboty najlepiej nadawały się tępe osiłki, które, nie zastanawiając się nad istotą popełnianych przez siebie czynów, torturowały bądź bez mrugnięcia okiem zabijały ludzi. Nic bardziej błędnego – członkowie tych formacji należeli do resortowej elity: byli wykształceni, bardzo inteligentni, a jednocześnie bez reszty oddani sprawie, której służyli. I sfrustrowani – być może niepowodzenia czy niespełnienia w innych dziedzinach życia wyładowywali na bezbronnych ofiarach. Ci, którzy mieli okazję bezpośredniego kontaktu z Grzegorzem Piotrowskim, potwierdzają, że jest on zaprzeczeniem bezmózgiego egzekutora. To zresztą wynika także z wywiadu rzeki, jaki przeprowadził z nim Tadeusz Fredro-Boniecki pt. „Zwycięstwo księdza Jerzego”. Piotrowski jawi się w nim jako osoba o skłonności do głębokiej refleksji i sporej erudycji.

Jednak najważniejsze były skłonności psychopatyczne – to one popychały funkcjonariuszy D czy OAS do okrucieństwa. Jeden z członków OAS porucznik Marek Kuczkowski ukończył studia polonistyczne na Uniwersytecie w Toruniu i marzyła mu się kariera poetycka, a nie esbecka (dziś jest szanowanym właścicielem Akademii Psychologii Biznesu). Jak zaznacza Mężydło, bardzo interesowała go filozofia Wschodu, a także sztuki walki, co akurat w pracy było atutem nie do przecenienia. Miał też inne pasje – jedna z nich: myśl społeczna Jana Pawła II stała się tematem doktoratu, który pisał w Akademii Nauk Społecznych.

Z kolei inny członek tej grupy Bogdan Bogalecki uważany był za jednego z najlepszych analityków w całej Służbie Bezpieczeństwa – z jego umysłowej sprawności korzystano wielokrotnie przy rozpracowywaniu różnych spraw, nie tylko w ówczesnym województwie toruńskim. Ci, którzy przeżyli uprowadzenie przez SB, potwierdzają, że funkcjonariusze nie przesadzali w szafowaniu wulgaryzmami, przeciwnie, potrafili wypowiadać się nawet – jakkolwiek to zabrzmi – z brutalną elegancją. Wielu z nich wywodziło się z tzw. dobrych domów. Były szef OAS Henryk Misz jest synem znanego toruńskiego profesora. Z kolei ceniony funkcjonariusz grupy D był eksjezuitą. Tak scharakteryzowano jego zadania: „samodzielny odcinek pracy operacyjnej po zagadnieniu kleru świeckiego i zakonnego z terenu województwa krakowskiego w zakresie zadań specjalnych”.

Mężydło twierdzi, że nabór do esbeckich „szwadronów śmierci” dokonywał się na zasadzie selekcji Łysiaka. O co chodzi? W lutym 1984 roku telewizja pokazała sztukę tego pisarza pod tytułem „Selekcja” – jej akcja toczy się w środowisku mafijnym. Umierający ojciec chrzestny musi wytypować swego następcę, a kandydaci do tej funkcji przechodzą przez liczne „próby ognia”. Tylko za pomocą drastycznych metod będą mogli udowodnić, że są twardzi, nieustępliwi, wiarygodni. I że nigdy nie zdradzą. Tak właśnie sprawdzani byli funkcjonariusze esbeckiej elity – nierzadko przechodzili tę samą leśną drogę (łącznie z kopaniem własnego grobu), co działacze opozycji. Taka próba na pograniczu życia i śmierci sprawiała, że przestawali cenić cudze życie jako wartość, a jedynym nakazem moralnym stawała się wierność służbie. Kierownictwo resortu wymagało, aby kandydatów do tej służby cechowały wysokie walory moralne i ideowe. Czyli bezwględne posłuszeństwo.

Może dlatego – co wynika z raportu komisji Rokity – w tej grupie było wiele osób uzależnionych od alkoholu. Nawet zabójcy księdza Popiełuszki wyznali podczas procesu toruńskiego, że zbrodnię popełnili po rozpiciu butelki wódki. Bo ona skutecznie wygłuszała wszelkie wątpliwości oraz strach. Oczywiście oficjalnie kierownictwo SB piętnowało przypadki nadużywania alkoholu. Na marginesie – w 1983 r. nie udała się esbecka prowokacja (podrzucenie spreparowanego pamiętnika sekretarki „Tygodnika Powszechnego” w domu księdza Andrzeja Bardeckiego), mająca na celu skompromitowanie Jana Pawła II. Biorący udział w tej akcji G. Piotrowski rozbił się jadąc po pijanemu samochodem i operację trzeba było przerwać.

Czy znaczy to, że służba ta nie była jednak tak profesjonalna, jak uważano? Wszak przypadków spaprania akcji było wiele i nierzadko miały charakter zwykłej farsy. Chyba jednak nie, skoro do dziś nie udaje się dokładnie określić działalności tego esbeckiego szwadronu, udowodnić mu win nieznanych sprawców i postawić ich przed sądem. Bo w zacieraniu śladów byli naprawdę dobrzy.

– Problem polega na tym, że dopuszczenie przez przedstawicieli ówczesnych władz chociażby możliwości zalegalizowanego funkcjonowania w peerelowskich strukturach utajnionej formacji, dokonującej zabójstw i innych przestępstw, równałoby się historycznemu i politycznemu harakiri – twierdzi prok. Witkowski i dodaje: – Gen. Jaruzelski w trakcie toczącego się w Warszawie procesu sądowego zarzekał się, że funkcjonariusze SB, poza sprawą ks. Jerzego Popiełuszki, nie popełniali przestępstw. W postępowaniu mającym wyjaśnić to zagadnienie nie chodzi jedynie o to, by wskazać konkretnego funkcjonariusza X czy Y, lecz udowodnić istnienie rozwiązania systemowego – z całą siecią powiązań i zależności – które utrzymywało, sowicie opłacało oraz zapewniało bezkarność ludziom dokonującym pospolitych przestępstw. Dochodzenie prawdy na ten temat jest niezwykle skomplikowane. Powinno przebiegać w ramach zespołu śledczego, wyposażonego w odpowiednie zaplecze natury organizacyjno-logistycznej, usytuowanego w strukturze wydziału do spraw przestępczości zorganizowanej.