Buyo to mieścina położona w iworyjskim interiorze, nad rozległym jeziorem o tej samej nazwie. Zbiornik wodny powstał sztucznie przed trzema dekadami na skutek kaprysu rządzących. Tama w Buyo spiętrza wodę na rzece Sassandrze i jest jednym z nielicznych symboli sukcesu modernizacji kraju, tyle że dokonanego kosztem mieszkańców okolicznych wiosek. Setki ludzi wysiedlono i skoszarowano w kilku większych miejscowościach. Wokół sztucznego jeziora szybko pojawiły się plantacje kakaowca – czarnego złota Wybrzeża Kości Słoniowej.

Dotarcie do Buyo wymaga długiej podróży starym rozklekotanym autobusem, który męczy się na nieutwardzonych, pełnych czerwonego pyłu drogach. Napisy na autobusach są talizmanami, mającymi przynieść bezpieczną podróż. Hasła brzmią radośnie: jednych kierowców błogosławi Jezus, innym sprzyja Allah, czasem pojawia się też postać Baracka Obamy – popularnego w Afryce symbolu sukcesu czarnoskórych. Na gęsto rozstawionych punktach kontrolnych znudzeni żołnierze zatrzymują każdy autobus, pobierając myto, którego wysokość uzależniana jest od przynależności do danej grupy etnicznej. Inną łapówkę płacą Mossi, inną Diula, inną Bete, inną Baule.

Negocjacje nie mają sensu. Uciążliwe legitymowanie pasażerów trwa długo, bo każdy z pomiętych dowodów tożsamości jest dokładnie oglądany. Dowód osobisty potwierdza status obywatela iworyjskiego, a zatem także prawo do ziemi i zysków ze sprzedaży kakao.

Kakaowe dożynki

– Władze rozdają nam mercedesy – śmieje się Antoine, który jak każdy mieszkaniec Buyo uprawia kakao. Mercedes to nazwa odmiany sadzonek kakaowca, promowanej przez rząd. Podobno jest bardziej ekologiczna i ma owocować aż trzy razy do roku. Antoine nie bardzo w to wierzy. Kakao od zawsze zbiera się tu dwa razy do roku. Czas zbiorów to rodzaj święta narodowego.

Organizuje się wtedy ecabossage – imprezy z udziałem całej społeczności, zaangażowanej w pracę na polu. Leje się wino palmowe, a tańce w maskach trwają do bladego świtu. Kakaowe „dożynki” to moment szczególny: czas zawierania największej liczby ślubów, kupowania dzieciom wyprawek szkolnych, spłacania długów zaciągniętych w bankach lub u libańskich handlarzy.

Podczas zbiorów, na polu od świtu do zmierzchu przebywają całe wioski. Mężczyźni i kobiety, dorośli i dzieci, wszyscy dźwigają worki z ziarnami i opryskują rośliny pestycydami. To codzienność, z którą próbują walczyć międzynarodowe organizacje pozarządowe. Od wyemitowania przez BBC w 2000 roku serii dokumentów o niewolniczej pracy dzieci niewiele się zmieniło.

– Dzieci pracują na plantacjach, bo muszą. Nie chodzą wtedy do szkoły, ale właściwie nie ma zajęć. Nauczyciel nie będzie prowadził lekcji jedynie dla kilku osób, skoro reszta jest w tym czasie z rodzicami na plantacji – twierdzi Antoine, z oburzeniem reagując na pytania o przemycie dzieci do pracy z sąsiednich krajów: – „Nie ma żadnej kontrabandy, mafii porywającej dzieci w Burkina Faso, Mali i następnie przewożącej małych niewolników, by sprzedać je iworyjskim plantatorom! To propaganda, która ma odwrócić uwagę od rzeczywistych problemów Wybrzeża Kości Słoniowej. Owszem, zdarzają się przypadki pracy młodych Burkinabé na naszych plantacjach, ale tak samo pracują mali Iworyjczycy. Mnie ojciec też kazał chodzić na pole i zbierać owoce”.

Od giełdy do Ligi Mistrzów

Antoine podobnie jak większość tutejszych plantatorów nie miał nigdy w ustach czekolady. W kraju, który jest kakaową potęgą na skalę światową, niemal nie produkuje się czekolady. Od czasów kolonialnych odbiorcy w Europie dbali, by Wybrzeże Kości Słoniowej było jedynie dostawcą surowca. Kolejni dyktatorzy rządzący niepodległym już krajem także woleli łatwe pieniądze ze sprzedaży ziarna od kłopotliwych inwestycji. Nieliczne czekoladki, które można znaleźć w luksusowych abidżańskich sklepach, importowane są z Europy. To dlatego życie milionów Iworyjczyków uzależnione jest od giełdowych spekulacji. Każda gwałtowna zmiana klimatu, silnie wiejący harmattan, może przełożyć się na wielkość zbiorów i ceny światowe, decydując o być albo nie być Iworyjczyków.

Lokalne gazety codziennie podają ceny kakao sprzedawanego na giełdach w Europie i w Stanach Zjednoczonych – tak jak w polskich dziennikach podaje się aktualny kurs WIG20. O cenach ziarna dyskutuje się nie tylko w spółdzielniach plantatorów, ale także w kolejce do barów, gdzie wieczorem można napić się piwa lub wina palmowego, albo w drodze do kościoła na nabożeństwa trwające zgodnie z tradycją afrykańską kilka godzin. W rozmowach tych przeplatają się nieustannie liczby i waluty – dolary, franki zachodnioafrykańskie, euro. Roztrząsanie ruchu cen kakao miesza się z omawianiem sytuacji klubu Chelsea – to tam przez osiem sezonów grał Didier Drogba, drugi obok ziaren kakaowca towar eksportowy kraju.

– „Na zakładach piłkarskich można przynajmniej zarobić, informacje o cenach kakao na giełdach nie mają żadnego wpływu na nasze możliwości negocjacyjne i zyski ze sprzedaży kakao. Dyskutujemy nad nimi tak dla zasady. Lepiej przenieść się myślami do Chelsea. Może Drogba wróci na Stamford Bridge” – zastanawia się głośno Antoine, jak większość iworyjskich plantatorów narzekający na nieuczciwe ceny kakao. Rynek zdominowali pośrednicy z Libanu, którzy dyktują warunki na prowincji. Rząd jest słaby i jest daleko, a libańscy pośrednicy mają własne ciężarówki i płacą gotówką na miejscu.

Kakao, jedno z nielicznych źródeł bogactwa, stało się także przekleństwem, przyczyną wojen domowych, rywalizacji o władzę i upadku kraju.

Praca na plantacji jest ciężka, ale chętnych nie brakuje. Wybrzeże Kości Słoniowej od lat przyciąga imigrantów z całej Afryki Zachodniej. (Fot. Luc Gnago/Reuters/Forum)

Paryż Afryki

 

Piski nietoperzy krążących nad centrum Abidżanu skutecznie zagłuszają rozmowy. Tysiące skrzydlatych ssaków zrywa się do lotu po zmierzchu, by przed świtem zasnąć między gałęziami drzew. – Nietoperze wyjadają komary, które przenoszą malarię, są zatem nam potrzebne. Uważaj jednak na ich ugryzienie. Możesz nabawić się jeszcze gorszego choróbska. To tak jak z Francuzami: dają nam siłę i zabierają ją chwilę później – mówi Boubacar, 30-letni student z Abidżanu, który musiał przerwać studia, gdy władze oskarżyły środowiska akademickie o niebezpieczne politykierstwo i zamknęły uczelnie.

Iworyjczycy nie potrafią wyzwolić się z obecności Francji. Traktują relacje z byłym kolonizatorem jak narkotyk: toksyczny, zniewalający, ale konieczny, aby przeżyć. Krążąc ulicami Abidżanu, trzeciego po Paryżu i kongijskiej Kinszasie największego z frankofońskich miast świata, łatwo dostrzec znaczenie symbolicznej dominacji Francji. Jedne z najdłuższych ulic miasta to bulwary Mitterranda i Giscarda d’Estaing. Dwa wiecznie zakorkowane mosty, łączące północną i południową część miasta, noszą imiona de Gaulle’a i Félixa Houphouëta-Boigny, dyktatora, który rządził krajem przez ponad 30 lat po odzyskaniu niepodległości. Mosty te, spajając dwa brzegi laguny, łączą dwie części miasta – powstałe przed i po odzyskaniu niepodległości. – Te mosty nie łączą, lecz dzielą – odpowiada Boubacar, nucąc „Marsyliankę”.

Po uzyskaniu niepodległości od Francji w 1960 roku ekonomiści prognozowali Wybrzeżu Kości Słoniowej dynamiczny rozwój gospodarczy. Dwie pierwsze dekady zdawały się potwierdzać marzenia o dobrobycie, opartym na eksporcie czarnego złota. Do „Paryża Afryki” ściągali masowo Burkinabé, imigranci z północy, z biedniejszego Mali, Nigru i Burkina Faso. Pomimo że allogènes, czyli obcy, stanowią blisko jedną czwartą ludności całego kraju, na ulicach Abidżanu nie sposób odróżnić rodowitego Iworyjczyka od Malijczyka, obywatela Nigru czy Burkina Faso.

Nie różnią się kolorem skóry, posturą, strojem, językiem. Mimo to – siedząc w lokalnym barze – łatwo dostrzegam, że nie każdy kibicuje drużynie narodowej („Słoniom”) podczas meczów Pucharu Narodów Afryki. Nie każdy mieszkaniec Wybrzeża Kości Słoniowej trzyma kciuki za pomyślność tego kraju.

– Oni doprowadzili nasz kraj do ruiny. Przez nich wybuchła wojna domowa, wszędzie było ich pełno, a ich miejsce jest na plantacjach kakaowca, a nie na uniwersytecie! – mówi Boubacar z wyraźną irytacją w głosie. Pisk nietoperzy zagłusza muzyka Alpha Blondy’ego, legendy światowego reggae i barda iworyjskiej opozycji, który w swoich piosenkach pokazywał raczej winę kolejnych reżimów niż biednych imigrantów z północy.

Rzeczywistość wygląda jednak inaczej niż przesłanie jego piosenek. Główny spór polityczny ciągle dotyczy tego, kto jest Iworyjczykiem, a kto powinien opuścić ten kraj, kto ma prawo do zarabiania na zbiorach kakao, a kto jest tutaj jedynie robotnikiem sezonowym.

– Nasz kraj to wielka plantacja kakaowca, na której pracują za grosze Burkinabé – mówi poznany w jednym z abidżańskich maquis (barów-dyskotek) Ahmadou. To typowy młody Iworyjczyk, bez stałej pracy i konkretnego wykształcenia. Ahmadou trochę studiował, ale przerwał edukację w czasie wojny domowej, gdy władze zaniepokojone politycznym zangażowaniem studentów zamknęły uczelnie. Po wojnie Ahmadou na studia już nie wrócił, zasilając zastępy młodych bezrobotnych, którzy najchętniej wyładowują swoją frustrację na imigrantach. Obecnie panuje względny spokój, ale nie zawsze tak było. Sprawców masakry tysiąca Burkinabé, których w marcu 2011 r. zastrzelono i posiekano maczetami w Duékoué, rodzinnej miejscowości Ahmadou, do dziś nie ustalono. 

Krokodyle Wielkiego Baobaba

Bazylika Matki Boskiej Królowej Pokoju w Jamusukro była kiedyś dumą prezydenta Houphouëta-Boigny. „Wielki Baobab” i „Ojciec Narodu”, jak nazywają go iworyjskie podręczniki, wydał na nią krocie zarobione na handlu kakao. Zbudował nie tylko największy kościół w Afryce, ale podobno także na świecie. Okazałe witraże sprowadził z Francji, marmur na posągi i stacje Drogi Krzyżowej przyjechały z Włoch, a ołtarz kazał skopiować wiernie z dzieła Berniniego w Bazylice św. Piotra w Rzymie. Bazylika stała się symbolem pychy prezydenta Houphouëta, który w 1983 r. postanowił złamać dominację francuskiego z charakteru Abidżanu i przeniósł stolicę z nadmorskiej metropolii do rodzinnej wioski w centrum kraju.

Po śmierci „Wielki Baobab” został pochowany w mauzoleum kilkaset metrów od bazyliki. Pilnują go krokodyle trzymane w sadzawkach, okalających mauzoleum. Karmienie gadów kurczakami sprzedawanymi przez mieszkańców Jamusukro stanowi obecnie jedną z głównych atrakcji turystycznych stolicy.

Wbrew nazwie świątynia, zbudowana pośrodku sawanny, nie przyniosła krajowi pokoju. Gdy „Wielki Baobab” umarł, wybuchła wojna domowa, która trwała z przerwami przez ostatnie dwa dziesięciolecia.  Walczono nie tylko o władzę, ale też – a może głównie – o kontrolę nad kakao. Ten cenny surowiec pozwalał finansować zakupy broni i kolejne wojny, tak jak krwawe diamenty pozwalały na prowadzenie wojen domowych w Liberii i Sierra Leone. Ponad dekada bratobójczych walk zrujnowała kraj, który w latach 90. szczycił się bujnym wzrostem gospodarczym. Przed Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze trafił były prezydent Laurent Gbagbo, oskarżony o zbrodnie wojenne.

Dziś surrealistyczną świątynię kakao otacza morze slumsów i dwa obozy oenzetowskich „błękitnych hełmów” pilnujących kruchego pokoju. – Ten kościół to zbytek. Nikt tam prawie nie chodzi na msze. Czasem pakistańscy żołnierze z kontyngentu ONZ przyjadą zrobić sobie zdjęcie – mówi Bondou, rolnik uprawiający kakaowce w jednej z pobliskich wiosek. Rzeczywiście, monumentalna świątynia świeci pustkami. Wierni wolą mniejsze kościoły położone po drugiej stronie miasta. Po nabożeństwach wracają do swoich lepianek skleconych z blachy i z cegieł. Wegetuje w nich większość mieszkańców stolicy kraju, który jest kakaową potęgą. W drodze do pracy na plantacjach kakao mijają pustą bazylikę
– kuriozalny symbol śmiałych marzeń o sukcesie, na który Wybrzeże Kości Słoniowej będzie jeszcze musiało poczekać.

Smakołyki w naszych sklepach, które zawierają kakao z Wybrzeża Kości Słoniowej. (Opr. Joanna Kopka; Fot. MateriaŁy Prasowe)

Warto wiedzieć:

O cenach kakao na giełdach światowych dyskutuje się w barach, w kościołach i na ulicach.

Z Wybrzeża Kości Słoniowej pochodzi 30 proc. światowej produkcji ziaren kakaowca!

Rywalizacja o kontrolę upraw doprowadziła do wojen domowych i ataków na imigrantów pracujących na plantacjach.