Zacofanie polskiego rolnictwa daje szansę na uratowanie pszczół przed zagładą. W Polsce co roku ginie 10 proc. pszczelich rodzin. Pszczelarze załamują co prawda ręce, ale w porównaniu z innymi krajami świata ich sytuacja i tak jest całkiem niezła, bo tam pszczoły wymierają naprawdę masowo. Wszystko dlatego, że w Europie Zachodniej, ale przede wszystkim Ameryce pracowite z natury pszczoły zostały zaprzęgnięte do prawdziwie niewolniczej roboty. Co roku do Kalifornii zwozi się ciężarówkami około miliona rodzin pszczelich po to, by 10 mld robotnic zapyliło kwitnące migdałowce. Z tego regionu pochodzi 80 proc. światowej produkcji migdałów, które nie powstałyby bez ciężkiej pracy pszczół.

Sęk w tym, że te owady nie zostają w Kalifornii na długo. Są przewożone do kolejnych plantacji, nierzadko spędzając w zamkniętych ulach po kilka dni. Szkodzą im też pestycydy rozpylane nad sadami i choroby zakaźne. Wiele rodzin nie przeżywa takiej podróży. „To jest biznes, takie straty są nieuniknione. Chcemy zarabiać więcej, a nie mniej” – mówi John Miller, właściciel firmy Miller Honey Farms i jeden z bohaterów filmu „Więcej niż miód”, który będzie można zobaczyć na tegorocznym Planete+ Doc Film Festival (imprezie patronuje m.in. „Focus”). Dzięki tak intensywnemu wykorzystywaniu pszczół może funkcjonować równie intensywne współczesne rolnictwo.

Uczeni szacują, że jedna trzecia naszych upraw jest zapylana przez te owady – bez nich nie mielibyśmy wielu owoców, warzyw i nasion. Jednak bezlitosna eksploatacja pszczół sprawiła, że coraz częściej chorują albo znikają bez śladu.

Zagadka pustego ula

To ostatnie zjawisko jest najbardziej niepokojące. Nazwane zostało zespołem masowego ginięcia pszczół (CCD – Colony Collapse Disorder) i polega na tym, że robotnice bez wyraźnego powodu opuszczają ul. W środku zostają porzucone larwy, zapasy miodu i pyłku oraz matka pszczela. Dla rodziny oznacza to śmierć, bo jej istnienie jest uzależnione od ścisłej współpracy wszystkich członków społeczności.

Naukowcy długo szukali przyczyn CCD. Na liście podejrzanych są m.in. choroby wirusowe i środki ochrony roślin, które zakłócają działanie nawigacji u pszczół, nie pozwalając im na powrót do ula. Jednak znaczące jest też to, że zespół masowego ginięcia pszczół najbardziej dotknął takie kraje jak USA i Kanada, gdzie i rolnictwo, i pszczelarstwo prowadzi się na skalę przemysłową.

Wskutek tej choroby w latach 2006–2007 zginęła tam co trzecia rodzina. „CCD nie ma jednej przyczyny. To raczej suma wszystkich krzywd, jakie wyrządzamy pszczołom z chęci zysku” – uważa Fred Jaggi, szwajcarski pszczelarz i zarazem narrator filmu „Więcej niż miód”.

Na tym tle Polska jawi się jak sielankowe eldorado malowniczych uli, które zazwyczaj nie są przewożone z miejsca na miejsce. Problemy mają głównie pszczelarze wędrowni,  przewożący swoje ule z łąki na łąkę w zależności od sezonów kwitnienia. „Typowa postać CCD atakuje latem, a u nas to prawie się nie zdarza. Są tylko pojedyncze przypadki zagłady całych rodzin wskutek nieprawidłowego stosowania oprysków plantacji” – wyjaśnia prof. dr hab. Jerzy Wilde z Katedry Pszczelnictwa Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Jednak i nasze pszczoły muszą stawić czoła wyzwaniom, których nie znali ich dzicy przodkowie.

 

Wielka giełda chorób

Pszczoła miodna została „udomowiona” prawdopodobnie ponad 4 tys. lat temu; najstarsze ślady pszczelarstwa w Polsce liczą około 2 tys. lat. Rodzima pszczoła nie tylko produkuje dużo miodu, ale jest też stosunkowo mało agresywna i tworzy duże rodziny, liczące od 10 do 50 tys. osobników i mogące w dobrym stanie przetrwać zimę. Inne owady społeczne nie są tak wygodne w obsłudze.

U trzmieli, os czy wielu gatunków dzikich pszczół zimę przeżywa tylko zapłodniona królowa, która na wiosnę zaczyna budowę swej społeczności od zera. Jednak w warunkach naturalnych pszczele roje nie były nigdy tak stłoczone jak we współczesnych pasiekach, gdzie tuż obok  siebie stoją setki, a nawet tysiące uli.  Z ich mieszkańcami dzieje się więc to samo, co z ludźmi, gdy powstały pierwsze wielkie miasta – są łatwym celem dla pasożytów i chorób zakaźnych. Atakują je roztocza (Varroa destructor, Tropilaelaps clareae), chrząszcze Aethina tumida, pierwotniaki (Nosema apis, Nosema ceranae) i liczne wirusy. 

A w warunkach takich jak w Kalifornii, gdzie dochodzi do bliskich kontaktów między pszczołami przywiezionymi z całego kraju, epidemie szerzą się błyskawicznie.  Dla polskich pszczół największe zagrożenie stanowią dwie choroby – warroza i nosemoza. „Od roku–dwóch sytuacja się ustabilizowała, czyli tracimy w ciągu zimy ok. 10 proc. rodzin pszczelich. Te straty są wywołane głównie niewłaściwym dawkowaniem leków przez pszczelarzy, ale też pojawieniem się pasożytów opornych na stosowany dotychczas preparat” – mówi prof. Wilde. Sytuacja jest więc podobna jak w przypadku ludzi i bakterii, które coraz częściej przestają reagować na antybiotyki.  Obecnie nie da się już w zasadzie użytkować pszczół bez stosowania leków przeciw wszystkim czyhającym na nie chorobom.

Ostatni lot trzmiela

Jeśli przyjmiemy, że hodowlane pszczoły zapylają jedną trzecią ważnych dla nas upraw, to i tak pozostałą większość obsługują inne owady. Są wśród nich muchówki, są dzikie pszczoły, żyjące w małych koloniach, takie jak murarka czy samotnica, ale najważniejszą rolę odgrywają trzmiele, których w Polsce mamy 31 gatunków (na całym świecie jest ich 250 – w tym nawet taki, który żyje w rejonach polarnych). 

Owady te są urodzonymi zapylaczami.  Z racji budowy swego aparatu gębowego, wyposażonego w długi „języczek”, potrafią korzystać z kwiatów niedostępnych dla pszczół. Włoski pokrywające ciało trzmiela doskonale przenoszą pyłek między kwiatami. Pszczoły nie wychodzą z ula, jeśli temperatura na zewnątrz spada poniżej 12 stopni Celsjusza. Trzmiele natomiast są aktywne już przy 8 st. C, a więc lepiej sprawdzają się np. wtedy, gdy wiosna jest chłodna. To im zawdzięczamy m.in. pomidory, jagody i truskawki – inne owady nie potrafią zapylać tych roślin.  Niestety, także i trzmiele mają dziś kłopoty. 

Część ludzi bierze je za groźne „bąki” i zabija, choć to owady łagodne, a do tego objęte prawną ochroną. Bardzo szkodzi im wypalanie traw niszczące podziemne gniazda, a także środki ochrony roślin. Nawet hodowane przez nas pszczoły są zagrożeniem dla trzmieli, bo często konkurują z nimi o te same kwiaty. W Europie Zachodniej mówi się już więc o kryzysie. Niektóre gatunki trzmieli wymarły, populacje pozostałych kurczą się.

 

„W Polsce dzicy zapylacze mają się lepiej niż 30–40 lat temu i nadal nie wiemy, czemu tak jest. Być może to kwestia lepiej zaplanowanej zieleni miejskiej” – mówi prof. Wilde. Dodaje jednak, że intensywne rolnictwo – zaorywanie miedzy, stosowanie pestycydów, likwidowanie łąk – na pewno szkodzi trzmielom, więc niedługo możemy mieć podobny problem jak inne kraje.

Zapylanie po chińsku

Najbardziej dramatycznym przykładem są Chiny. Masowe stosowanie chemicznych środków ochrony roślin sprawiło, że w niektórych rejonach tego kraju nie ma już żadnych zapylaczy – ani pszczół, ani trzmieli. W filmie „Więcej niż miód” można zobaczyć tego skutki: handlarzy pyłków kwiatowych i brygady ludzi-zapylaczy, przyjeżdżające z pędzelkami w ręku do sadów owocowych.

Zdaniem prof. Wilde’a takie sceny to chwyt propagandowy. „Oczywiście owady mają problemy i dobrze jest o tym mówić.  Ale wielkiej tragedii jeszcze nie ma” – ocenia.  Wiele firm nauczyło się już hodowania dzikich zapylaczy na skalę przemysłową i sprzedaje np. kolonie trzmieli w pudełkach, które można umieścić w ogrodzie czy sadzie. Zastąpienie owadów przez ludzi, choć zapewne rozwiązałoby problem bezrobocia, jest więc na razie nierealne.

Dla głodnych wiedzy

  • Film poświęcony ginącym rodzinom pszczelim na świecie, pokazywany w ramach Planete+ Doc Film Festival – „Więcej niż miód”, reż. Markus Imhoof, 2012 - www.planetedocff.pl
  • Polska kampania ochrony pszczół - www.pomagamypszczolom.pl