Szok z 12 grudnia

Decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. nie da się wytłumaczyć inaczej niż jako nagły objaw właśnie strachu i instynktu samozachowawczego Jaruzelskiego – jego reakcji na osobiste, fizyczne zagrożenie. Na wizję worka zakładanego mu na głowę przez dawnych towarzyszy. Przecież decyzja o wprowadzeniu stanu wojennego z równym uzasadnieniem mogła zostać podjęta wcześniej jak i później, bo w polskich realiach nie zaszło nic, co odróżniałoby ten grudniowy dzień od poprzednich lub następnych! Bardziej racjonalnym terminem byłyby ostatnie dni września 1981 r., przed druga turą zjazdu NSZZ „Solidarność”. Tak się wtedy nie stało ze względu na sprzeciw Stanisława Kani.

Jedną z przesłanek, że grudniowa data to skutek nieoczekiwanego wstrząsu psychicznego, stanowi histeryczna decyzja generała, podjęta w południe 12 grudnia. Wtedy to Jaruzelski podyktował szefowi MSW Czesławowi Kiszczakowi „z głowy” nazwiska 32 towarzyszy, których polecił natychmiast internować. Znalazło się tam wielu członków dawnego kierownictwa partii, m.in. Gierek, Jaroszewicz, Grudzień, Łukaszewicz. A jeszcze kilka tygodni wcześniej towarzysze Kania i Jaruzelski odwiedzili Jaroszewicza i Grudnia, cierpiących po przebytych zawałach serca! Kiszczak poinformował Jaruzelskiego, że rozdysponował już wszystkich funkcjonariuszy i nie ma jak wypełnić polecenia. Jaruzelski kategorycznie powtórzył rozkaz. Ostatecznie gen. dywizji Piotra Jaroszewicza aresztowali… jego ochroniarze.

Oczywiście na liście Jaruzelskiego nie było głównych wichrzycieli, stanowiących realne zagrożenie dla generała. To bowiem mogłoby wywołać pomruk Kremla. Większość owych „dobrych towarzyszy” utrzymała swoje stanowiska i nadal kultywowała bratnie stosunki z Moskwą. Przestali jednak istnieć jako potencjalna „grupa uderzeniowa”. A realizatorzy stanu wojennego, choć wciąż czuli na sobie „oko Kremla”, nie czuli już osobistego zagrożenia…