Żeby zmniejszyć ból

Przeklinanie zresztą całkiem dosłownie zmniejsza wrażliwość na ból, o czym przekonuje eksperyment dr. Richarda Stephensa z brytyjskie­go Keele University. Na pomysł doświadczenia naukowiec wpadł, gdy budując ogrodową altanę, uderzył się młotkiem w palec. Siarczyście zaklął i... ulżyło mu. W warunkach laboratoryjnych młotek zastąpiono lodowatą wodą, do której 64 osoby wkładały ręce. Podczas pierwszego po­dejścia mogły powtarzać dowolny wulgaryzm, przy drugim - neutralny przymiotnik, którym można by opisać stół (np. drewniany). Bluzganie pozwoliło badanym poddawać się sprawdzianowi zimnej wody przez prawie dwie minuty - śred­nio o 40 sekund dłużej niż przy słowach neutralnych.

Wiąże się to prawdopodobnie z tym, jak bardzo stare z ewolucyjnego punktu widzenia są aktywujące się podczas przeklinania części mózgu. Są to obszary odpowiadające za silne emocje i popędy (w tym popęd seksualny). Słynny neurolingwista z Harvardu prof. Steven Pinker tak to tłumaczył w wywiadzie dla „Newsweeka”: „Przeklinanie generowane jest przez impulsy płynące z układu limbicznego, części mózgu odpowiadającej za emocje, połączonej z obszarami językowymi”. To jeden z najstar­szych ewolucyjnie obszarów mózgu położony w jego głębi. Podatność na emocjonalne wy­buchy, których rezultatem są przekleństwa, jest w układ limbiczny wpisana od setek tysięcy lat. Dlatego korze, młodszej ewolucyjnie części mózgu, odpowiadającej za wyższe funkcje inte­lektualne, trudno niekiedy powstrzymać nagły wybuch gniewu i chęć przeklinania.

Przeklinanie to temat, który ostatnio inte­resuje psychologów wręcz podejrzanie często. Ale pierwsze kroki postawił na tym polu już Zygmunt Freud, który stwierdził kiedyś, że „człowiek, który pierwszy cisnął obelgę za­miast kamienia, był twórcą cywilizacji”. Czy przeklinający wykorzystają tę myśl jako swoją linię obrony? Najczęściej jednak milczą. Być może mimo wszystko czują, że chyba powie­dzieli już za dużo.