Żeby pokazać siłę

Co innego, gdyby pracował w sporcie. Tam wciąż panują zasady rodem ze średniowiecz­nego pola walki, co świetnie pokazuje scena w filmie „Braveheart”, w której Szkoci dowo­dzeni przez Mela Gibsona prowokują Angli­ków, obrzucając ich wyzwiskami, a na koniec pokazują im gołe pośladki. Wulgaryzmy przez wieki służyły bowiem jako oręż w czasie wojen. Wierzono, że słowa mogą osłabić przeciwnika i ułatwić wygraną.

Uwierzył w to też chyba piłkarz Marco Materazzi, który w 2006 roku pod koniec finało­wego meczu mundialowego Francja-Włochy, już w dogrywce rzucił, zdesperowany, obraźliwą uwagę pod adresem francuskiego kapitana re­prezentacji Zinedinea Zidanea. Sprowokowa­ny Zidane uderzył Materazziego głową w klatkę piersiową, powalając rywala na murawę. Został za to ukarany czerwoną kartką, a Włosi wygrali mistrzostwa. Początkowo media spekulowały, że Materazzi obraził matkę Zidanea, ale sam Włoch przyznał później, że na propozycję oddania swo­jej koszulki rzucił, że wolałby siostrę Zidanea, o której również wyraził się nieparlamentarnie.

Wtedy na boisku cel Materazziego został osiągnięty: udało mu się wyprowadzić ry­wala z równowagi. Kontakt z wulgaryzmami faktycznie przyspiesza bowiem puls oraz od­dech i pogarsza koncentrację, czego dowodzą m.in. badania, przeprowadzone przez Catherine Harris z Boston University. Badanym prezentowano serię wyrazów wydrukowanych czcionkami w różnych kolorach i proszono, by zamiast treści wyrazu (np. kot, stół) wypowia­dali na głos kolor wyrazu. Badani wykonywali zadanie bez problemu do momentu, gdy za­miast wyrazów neutralnych na ekranie zaczęły się pojawiać wulgaryzmy. Zamiast skupić się na kolorze, badani dekoncentrowali się, wi­dząc obelgę i podawali nazwę koloru dopiero po dłuższej chwili wahania.

„W sporcie wciąż słowo działa jak cios, który ma zaboleć, a przynajmniej wytrącić z równowa­gi przeciwnika, nie pozwolić mu skupić się na grze. Kibice jednej drużyny nie są dziś w stanie dosięgnąć kibiców drugiej drużyny, dzielą ich siatki i płoty, zostają im więc potyczki słowne, ale też gwizdy, krzyki. To forma pokazania, że jesteśmy drużyną, jesteśmy silni, bezwzględni. I gdybyśmy na trybunach posługiwali się lżej­szym językiem, źle by to świadczyło o naszym zaangażowaniu” - tłumaczy dr Maj.

 

Żeby poczuć ulgę

Timothy Jay przekonuje natomiast, że klnąc, ludzie doświadczają czegoś w rodzaju katharsis. „Czują nie tylko ulgę, ale czasem również uwalniają się w ten sposób od uczucia złości czy frustracji. Przeklinanie jest również substytutem przemocy fizycznej” - przekonuje badacz.

Analogicznie do grania w pełne przemo­cy gry komputerowe, przeklinanie może stać się „uwolnieniem cierpienia, odreagowaniem zablokowanego napięcia, stłumionych emocji, skrępowanych myśli i wyobrażeń” - jak prze­konuje w jednej z prac poświęconych agresji dr Mariusz Karbowski, który analizował wpływ agresji na dzieci. Przemoc słowna staje się wtedy „zastępczą formą realizacji pożądanych zachowań, a nawet osiągnięcia celów” i w ten sposób redukuje agresywne popędy.

Ale czy na pewno? Psychologowie zajmujący się agresją dzielą się na zwolenników interpreta­cji socjobiologicznych i na zwolenników teorii desensytyzacji (czyli odwrażliwiania). Ci pierwsi upatrują źródeł agresji, także słownej, w uszko­dzeniach struktury międzymózgowia i układu limbicznego w mózgu albo w hipoglikemii, czyli zbyt niskim poziomie cukru we krwi (czyżby więc ratunkiem przed puszczeniem wiązanki był kawałek czekolady?). Poszukiwany jest tzw. gen agresji - zespół nowojorskiego biologa Richarda E. Tremblaya znalazł na przykład związki między przemocą i impulsywnością u ludzi z mutacją en­zymu zwanego monoaminooksydazą, który po­woduje niższy poziom serotoniny w mózgu, a tym samym sprawia, że stajemy się bardziej agresywni.

Z kolei teoria desensytyzacji opiera się na założeniu, że „powszechność wywołuje powszechność”: im więcej przemocy, w tym słownej, tym bardziej się na nią uodpornia­my. I tracimy zdolność do współodczuwania bólu. „Brzydkie słowa są czasem w sytuacjach trudnych jak tabletki przeciwbólowe. Ale jeśli ich nadużywamy, to organizm się uodpornia, dlatego trzeba je umiejętnie dawkować. Dobrze, jeśli powstrzymujemy się przed ich używaniem w sytuacjach publicznych lub gdy słyszą nas dzieci” - zauważa dr Maj.