Potwierdzają to badania amerykańskiego psycholingwisty Timothyego Jaya z Massachu­setts College of Liberal Arts. W artykule pod znamiennym tytułem „Użyteczność i wszechobecność słów tabu” opublikowanym na ła­mach „Perspectives on Psychological Science” dowodzi on, że im więcej przekleństw w na­szym języku, tym większa zażyłość łączy nas z grupą, z którą rozmawiamy. Co ciekawe, dobór wulgaryzmów zależy od towarzystwa, w którym się znajdujemy. Jeśli jest damsko-męskie, decydujemy się na mniej ofensywny język; na przykład słownictwo dotyczące seksu jest bardziej techniczne niż soczyste. Natomiast w grupach jednopłciowych mniej się powstrzy­mujemy przed świntuszeniem i te poluzowane hamulce odnoszą się zarówno do kwestii jako­ściowych, jak i ilościowych.

Jak dowodzi Timothy Jay, ludzie przekli­nają niezależnie od klasy społecznej, ale staty­stycznie częściej brzydkie słowa wychodzą z ust ekstrawertyków i osób dominujących. Niestety nie zbadano, jaki wpływ na to ma fakt, że tacy ludzie w ogóle częściej zabierają głos. Wiemy natomiast dokładnie, ile przeklinamy.

Jak wynika z badań Timothyego Jaya, w relacjach służbowych wulgaryzmy nigdy nie sta­nowią więcej niż 3 proc. słownictwa. Natomiast w rozmowach z przyjaciółmi ich udział może urosnąć - do 13 proc.

 

Żeby zmotywować do pracy

Przeklinanie przydaje się również w pra­cy. Choć w wielu biurach pracownicy stawiają skarbonki, zasilane za każdym razem, gdy wy­psnie im się coś nieparlamentarnego, psycho­logowie pracy nie zachęcają do takich działań, bo wtedy trudniej o zażyłe relacje. Orężem zwolenników tej teorii są między innymi ba­dania naukowców z University of East Anglia opublikowane w „Leadership & Organization Development Journal”.

Badacze ci dowiedli, że regularne używanie brzydkich wyrazów przez pracowników podnosi motywację w zespole, ułatwia wyrażanie uczuć i tworzy silne więzi. W sytuacjach zawodowych zdecydowanie lepiej sprawdzają się przekleństwa w wersji soft niż hard. Wulgarny język bywa też wykorzystywany, zwłaszcza przez menedżerów czy dyrektorów, do nawiązywania więzi z zespo­łem. „Człowieka, który sobie zaklnie od czasu do czasu, na ogół bardziej lubimy, bo przecież nie różni się aż tak bardzo od nas, bo praktycz­nie każdy czasami przeklina. Wolimy »ludzkich ludzi«. Udowodniono to chociażby w ekspe­rymencie, w którym mówca, zawodowy aktor, zachowywał się w jednej sytuacji perfekcyjnie, a w innym wariancie zdarzały mu się jakieś wpadki. W drugim przypadku był postrzegany jako bardziej przekonujący, naturalny. Bo jeśli odsłaniamy swoje drobne słabości, jesteśmy bar­dziej lubiani. To taka kontrolowana kompromi­tacja” - przekonuje dr Maj.

Podkreśla również, że bez przeklinania nawet w sytuacjach służbowych utrudniona byłaby nieraz praca policjantów infiltrują­cych środowiska przestępcze czy przesłuchu­jących podejrzanych, funkcjonujących na co dzień w kulturze bardzo agresywnego języka. Użycie wulgarnego slangu pomaga też czasa­mi służbom porządkowym w wyrażeniu siły i zdeterminowania wobec przestępców. W ta­kich wypadkach ważne jest jednak, żeby język okraszony był starannie dobranymi bluzgami i sformułowaniami, które są modne w danym środowisku. Inaczej nici z wiarygodności.

„Czasem wulgaryzm może przysporzyć popularności, o czym świadczy na przykład przypadek Nikodema Dyzmy, który co prawda czasem »zduszał w gardle przekleństwo«, ale znacznie częściej się nie powstrzymywał. Ale takie zachowanie jest jednak bardzo ryzykow­ne” - mówi prof. Bralczyk.

Przekonał się o tym Przemysław Kieliszewski, dyrektor Teatru Muzycznego w Poznaniu, który długo nie mógł sobie poradzić z inercją panującą wśród jego pracowników, aż w końcu mu się ulało. I oficjalny list, w którym miał za­miar zachęcić ich do wytężonej pracy w zamian za nieobcinanie premii, zaczął od „Do kurwy nędzy!!! Ja pierdolę!” [pisownia oryginalna]. Potem było tylko gorzej. Dyrektor o mało nie przypłacił swoich słów utratą pracy w szacownej instytucji kulturalnej.