My w ogóle jako społeczeństwo lubimy tych zaradnych, samodzielnych, niezależnych. Lubimy tę zaradność ubierać w słowa pięknie pozytywne: nie martwcie się, ja to ogarnę, zajmę się, zostawcie to mnie, zrobię i będzie gotowe, możecie na mnie polegać. Potrafimy też w czasowniki otulać poprzedzone niezależnym „nie”: nie potrzebuję, nie-dziękuję, nie ma sprawy, nie fatygujcie się, nie musicie przyjeżdżać. 

 

To w ogóle jest cecha na schwał. W biznesie normalnie zrekrutowalibyśmy wszystkich takich kandydatów a w pandemii to już w ogóle. Samodzielność, zaradność, self-management okazuje się być umiejętnością na wagę złota. 

 

Jest nawet taka checklista złota:

Zakupy? Ogarnę. Lekcje? Zrobię. Sprzątanie? Załatwię. Zoom meeting? Wyślę zaproszenie. Raport? Zrobię. Obiad? Ogarnę. Analizy? Zrobię. Seks? Dam radę. Spacer z psem? Pewnie. Joga? Też, żaden problem. Pewnie. 

Dzieje się magia, bo oni i one naprawdę wszystko zrobią. Nadludzie o zdolnościach siedmiu osób, którzy ogarniają świat. 

Jak to możliwe? Ano możliwe, bo mają w sobie taki tajemniczy mechanizm często wyniesiony z domów rodzinnych. Bo dawno, dawno temu (30, 40, 50 lat temu) były takie domy, w których dzieci musiały same się sobą zająć i nie bardzo na kogokolwiek pomoc mogły liczyć. Taka zacna luka w wychowaniu wymusiła pojawienie się mechanizmu, który roboczo nazwijmy „nie umiem co prawda jeszcze liczyć do 10, ale już uczę się liczyć na siebie”. Moglibyśmy nawet z powodzeniem wyrecytować naprędce stworzoną przeze mnie taką odę do samodzielności. 

Jestem sobie mały człowiek,

W środku dnia niedomykający powiek. 

Nie wiem jeszcze co i jak,

Ale jestem sam jak krzak. 

Żadna ręka nie pomocna,

Samodzielność więc owocna. 

Nie ma dużych wokół mnie, 

Więc się uczę sam jak chce. 

W dorosłości to jest plus

I daleko będzie wiózł. 

I zawiezie na sam szczyt,

Gdzie ambitnych kresu byt. 

Ile ja się historii nasłuchałam o tym jak bardzo chcieliśmy tą samodzielnością j”’ać po oczach dorosłych, żeby wreszcie widzialnymi się stać i ktoś nas zauważył. A przewrotność tego polega na tym, że  im bardziej byliśmy „bezproblemowym dzieckiem”, tym mniej nas było widać. Czyli mechanizm, który miał nas światu wreszcie pokazać, czynił nas zupełnie niewidocznymi. Więc staliśmy się pięknie zaradni, samodzielni, zdyscyplinowani, zaplanowani, odpowiedzialni, rzetelni, uporządkowani, lojalni. Ideał? Aż kusi więc pytanie: to... gdzie... jest... haczyk? 

 

Haczyk a właściwie kilka, są tu. Wiszą na nas jeden po drugim: 

  • Problemy z proszeniem o pomoc
  • Problemy z przyjmowaniem pomocy
  • Trudność w nawiązywaniu głębszych relacji
  • Perfekcyjna tożsamość budująca dystans
  • Nieprzyznawanie się do słabości
  • Wysokie wymagania wobec wszystkich 
  • Samotność i poczucie braku wsparcie
  • Pogubienie się, kim naprawdę jestem
  • Brak autentyczności
  • Ciągle pomaganie wszystkim
  • Potrzeba kontroli
  • I to cholerne zmęczenie...

 

I pytanie za milion aż się prosi: jak ten mechanizm wykształcony wspaniale i soczyście przez lata rozbroić?

Najpierw to w ogóle go trzeba oswoić, czyli najpierw przyznać się, że go mamy i, że być może jest jednak ułomny i kosztowny. Ale robić to nie drastycznie i nie za szybko, bo świat runie: 

Krok 1 - tak to ja, dzień dobry. Sam. Sam. Sam. Sama. Sama. Sama. 

Krok 2 - potem stopniowo, ale nie drastycznie raz na kwartał poprosić o pomoc. 

Krok 3 - co drugi kwartał przyjąć te pomoc. 

Krok 4 - a potem po roku zobaczyć, że przyjmowanie pomocy nas nie zabija, a może nawet wzmacnia i w kolejnym roku zastosować przyrost geometryczny w liczebności próśb. 

 

Piszę o tym z lekką ironią, bo ci, my tacy „sami damy radę” odzieramy się z tylu przyjemności i momentów budowania bliskości z innymi, kiedy ktoś mógłby coś za nas albo dla nas. Odzieramy się z ciepła. Ogniska. Bliskości. Na własną zaradną prośbę. 

 

Wiec teraz na moją prośbę. Niech ten 2021 będzie na litość boską rokiem pięknej współzależności. Pięknego przyjmowania i brania. Przypływu i odpływu. Niech ta myśl się rozprzestrzenia. Nie obejmie wszystkich z tej grupy ryzyka. Tych, którzy mogą czuć się samotni i którzy wierzą, że mogą liczyć tylko na siebie. Tych, którzy mogą mieć poczucie, że nie są ważni dla nikogo, bo muszą ogarniać wszystkich i wszystko. Niech ci wszyscy wiedzą, że są ważni. Bardzo. Tylko ta peleryna Supermana i Wonder Woman zasłaniała ich przez całe życie. A bez tej peleryny i on, i ona nadal są super i są też wonder, nawet jak nie dają czasem rady. Szczególnie wtedy.