W czasach PRL-u krążył taki dowcip o stuzłotówce: „Dlaczego Waryński na banknocie jest taki smutny? Bo mu 3 zł do pół litra zabrakło” (wódka kosztowała wtedy 103 zł). Z kolei wstrząsającą „Elegię o śmierci Ludwika Waryńskiego” uczniowie w szkołach głównie parodiowali. Może po latach Waryński tak obrzydł Polakom, że nie ma sensu ratować jego pomnika?

Z jednej strony jest to problem stanu edukacji historycznej w naszym kraju, która ma się nie najlepiej. Z drugiej strony zauważmy, że postacie dalece bardziej kontrowersyjne mają swoje ulice, place, pomniki. Na przykład Roman Dmowski! Cokolwiek byśmy myśleli o Waryńskim, to nie był on posłem do rosyjskiego parlamentu, nie uczestniczył w carskich hucpach pansłowiańskich (wymierzonych m.in. w ideę niepodległej Polski), ani nie splamił się żadną formą współpracy z zaborcą…

Ale ponad niepodległość Polski Waryński i proletariatczycy stawiali rewolucję robotniczą!

Waryński chciał wyzwalać cały świat i kwestia narodowa była dla niego tylko „szczegółem” (tak ją nazwał w 1882 r.), którym nie warto się zajmować. Historia pokazała, że nie miał racji. Ale któż myślał realnie o niepodległości Polski w jego czasach, w szczycie traumy po powstaniu styczniowym? 

Później, aż prawie do roku 1918, jedyną siłą w Polsce, konsekwentnie głoszącą ideę pełnej niepodległości, była Polska Partia Socjalistyczna. I choć wyrastała z ducha konfliktu z Waryńskim, m.in. o kwestię narodową, to jednak dołączyła go do swojego panteonu „świętych”. Doceniała walor obudzenia świadomości klasowej robotników przez Proletariat, bo to doprowadziło potem do rozbudzenia świadomości narodowej. Chcąc nie chcąc, Waryński przyłożył więc swoją cegiełkę do tego, że rok 1918 przyniósł Polsce niepodległość. Zatem dzisiaj nie powinniśmy być świętsi od Piłsudskiego, Daszyńskiego czy Arciszewskiego, których zasługi nie są kwestionowane, a którzy wystawili Waryńskiemu pozytywną cenzurkę. Nie wiem, czy Waryński powinien mieć pomniki, ale swoje ulice tak – choć może nie główne.

Pamiętajmy też, że wnosił wartości ogólnodemokratyczne do życia społecznego: prowadził pracę edukacyjną, wzmacniał aspiracje robotników, pojawiała się u niego kwestia równości płci. A ikonografia proletariatczyków była taka sama jak ta z czasów powstania styczniowego. Odwoływała się do tych samych symboli. W Proletariacie wybuchł nawet spór, czy nowi członkowie przyjmowani do organizacji powinni przysięgać na krzyż. Ta  ciągłość symboliki była efektem edukacji i tego, że w organizacjach proletariackich najaktywniejsi byli synowie dawnych powstańców. Sam Waryński był synem podolskiego szlachcica. 

Nie był czasem „buntownikiem za pieniądze rodziców”?

W latach studenckich żył za pieniądze rodziców. Jednak późniejsze wspomnienia o nim wskazują, że nie śmierdział groszem. Może nie był to aż taki problem jak u Piłsudskiego – który kiedyś przyjmował Żeromskiego w samych kalesonach, ponieważ jedyne spodnie, jakimi dysponował, były chwilowo nie do użytku – ale absolutnie nie powinniśmy kojarzyć Waryńskiego i proletariatczyków ze zjawiskiem nazywanym w Polsce „kawiorową lewicą”, a w Anglii – socjalizmem z Islington. To taka dzielnica Londynu, w której zawsze osiedlało się wielu prominentów brytyjskiej lewicy, co dawało asumpt do kpin z udających rewolucjonistów dzieci z dobrych rodzin. W przypadku Waryńskiego tak nie było.

„Waryński żył i pracował wśród robotników, znał ich kłopoty i marzenia” – tak podkreślał biograf Andrzej Notkowski różnicę między nim a pozostałymi działaczami. Starał się dotrzeć do słuchaczy „przy piwie” i przedstawiał wyliczenia, ile zarabiają pracodawcy, np. na bezprawnym przesuwaniu fabrycznego zegara. Czy faktycznie pod względem propagandowym Waryński był wówczas nową jakością na polskiej scenie, bo docierał bezpośrednio do „grupy docelowej” i to z konkretnymi faktami, liczbami? 

Polscy socjaliści przeszli w krótkim czasie podobną drogę jak rosyjscy narodnicy. Ci najpierw wierzyli, że wystarczy chłopom powiedzieć, że car to kanalia, i chłopi natychmiast wywołają rewolucję. „Szalone lato” 1874 r. udowodniło, że to nie wystarczy [okazało się, że chłopi denuncjowali narodników – przyp. red.]. Druga fala narodników uznała, że trzeba zakorzenić się na wsi. Zatrudniali się tam jako lekarze, pisarze itp., a dopiero potem próbowali agitacji. To też skończyło się fiaskiem. I wtedy część narodników sięgnęła po bomby! 

W Polsce pierwsze próby agitacji też kończyły się fiaskiem. I to właśnie Waryński wyprowadził ruch robotniczy ze studenckich kółek pod strzechy. Być może dlatego, że po wyrzuceniu ze studiów w Petersburgu sam podjął pracę robotnika. Jego bezkompromisowość i prostolinijność doskonale wpisywały się w mentalność robotników. W tym sensie był nową jakością. Docierał do robotników, nawiązując do spraw bieżących. Stąd np. jego idea kas oporu [gromadzących środki na pomoc strajkującym – przyp. red.]. Nie opowiadał o przyszłej szczęśliwości całego świata, tylko o konkretach. 

Waryński wspominał np. po spotkaniu z pewnym kowalem, że ten kompletnie nie rozumie swoich interesów ekonomicznych. Agitacja proletariatczyków miała mu to uświadomić. Docierali ze swoim przekazem głównie do robotników wykwalifikowanych – tych, którzy potrafili czytać i pisać – najczęściej byli to metalowcy. 

Ale nawet Marks i Engels (dziś znienawidzeni) uznawali konieczność odbudowy niepodległej Polski jako warunek sukcesu rewolucji socjalistycznej, o którą chodziło Waryńskiemu. W tym samym czasie on twierdził jednak, że to rewolucja jest pilniejsza niż polskie marzenia o wolnym kraju.

 

Wątek Marksa i Engelsa pięknie pokazuje, jak historia potrafi z nas drwić. Bo byli nawet nie polonofilami, ale wręcz polskimi szowinistami, przy których Dmowski czy Piłsudski powinni schować się ze wstydu! Karol Marks nie tylko uważał odbudowę Polski za warunek demokratyzacji Europy – on widział Polskę w roli lokalnego mocarstwa. W jego pracach pojawiała się wizja Polski „od morza do morza”, z szerokim dostępem do Bałtyku. A był to wszak obywatel Prus. Przy tym Marks w ogóle nie lubił Słowian, z wyjątkiem Polaków. To była konsekwencja Wiosny Ludów, po której widział tylko w Polsce, Węgrzech i Niemczech jedyne państwa, które powinny istnieć między Rosją a Zachodem. Nie dość rechotu historii: Marks nazwał Polaków „narodem 20 mln bohaterów”. A to dlatego, że widział w nas „przedmurze Europy”, gdy na kontynent spadnie „azjatyckie barbarzyństwo”. Marks, Engels i liderzy niemieckich socjaldemokratów planowali też coś na kształt NATO – sojuszu ludów Europy przeciw carskiej Rosji...

Marks nie zgadzał się z Waryńskim w kwestii niepodległości Polski, podobnie jak inni działacze z Zachodu. Francuski socjalista Benoít Málon zadał wręcz Waryńskiemu pytanie: „To znaczy, że chcecie wyrzec się swojej narodowości?”.

Ale dlaczego Waryński myślał właśnie w taki sposób? Faktycznie „wyrzekł się swej narodowości”?

Socjolog Ludwik Krzywicki uważał, że wynikało to z quasi-religijnego charakteru działalności pierwszych socjalistów. Podobnie wyjaśniał to Bohdan Cywiński w „Rodowodach niepokornych”. Zestawił myślenie Waryńskiego z myśleniem konfederatów barskich, dla których w pierwszej kolejności ważna była „niebieska ojczyzna”, a dopiero potem ta doczesna. Ten „mesjanistyczny” pierwiastek w Waryńskim wynikał z tego, że kształcił się w Rosji i stykał z rosyjskim rewolucjonizmem, który zawsze był maksymalistyczny – przewrót ekonomiczny miał się dokonać nie w jednym kraju, lecz mieć charakter globalny.  

Natomiast w żadnym wypadku nie możemy postawić Waryńskiemu zarzutu kosmopolityzmu. Wiemy, że przebywając w Galicji, bardzo tęsknił za swoimi stronami ojczystymi w ówczesnym zaborze rosyjskim. Nie miał też nic wspólnego z lojalizmem, który w polskich elitach był – z dzisiejszego punktu widzenia – czymś porażającym! To za polskie pieniądze stawiano pomnik „wieszatiela” Murawiowa w Wilnie, milion rubli wydano na goszczenie cara odwiedzającego Warszawę. W tym samym czasie np. budżet roczny PPS wynosił 5 tys. rubli. 

W okresie, w którym działał Waryński, podział był prosty. Albo jest się lojalistą, albo walczy się z ówczesnym porządkiem. Zresztą ci sami, którzy prześladowali powstańców styczniowych, potem prześladowali proletariatczyków. Jest takie słynne nazwisko carskiego policmajstra Trepowa. Podczas powstania działał w Warszawie, potem ścigał studentów w Petersburgu za czasów Waryńskiego, następnie dokonała na niego zamachu sławna Wiera Zasulicz, jedna z czołowych rosyjskich rewolucjonistek.

Kiedy w 1880 r. Waryński stanął przed sądem w Galicji, obserwowały go „służby specjalne” wszystkich zaborców. Jest takie pismo III Oddziału carskiej policji z Warszawy do Austriaków, w którym stwierdza się, że „człowiek ten stanowi osobiste niebezpieczeństwo jednakowoż dla wszystkich państw”. Ktoś taki z punktu widzenia spraw polskich był bezcenny. W pewnym momencie, szukając go, policja carska szukała trzech różnych osób, bo dała się nabrać na jego fałszywe dokumenty. 

A że Waryński się mylił w swoich diagnozach politycznych – nie on jeden…

Może więc – z punktu widzenia polskiej racji stanu – nawet dobrze się stało, że carat rozbił Proletariat? Co byłoby dalej z Waryńskim, gdyby nie zmarł w twierdzy szlisselburskiej w 1889 r.?

Kompletnie nie jesteśmy w stanie powiedzieć,  w jakim kierunku poszłoby jego działanie. Osoby z kręgów socjalistycznych trafiały potem w najprzeróżniejsze miejsca  sceny  politycznej. Stanisław Grabski i Zygmunt Balicki – to przyszli endecy, Bolesław Wysłouch – działacz ludowy, Feliks Kon – zgłosił się do Legionów Polskich, a potem trafił lepiej nie mówić gdzie [do komunistycznego Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski podczas wojny polsko-bolszewickiej – przyp. red.], nawet Roman Dmowski początkowo omal nie został publicystą PPS-owskiego „Robotnika”…  

Wiadomo, że w naszym polskim interesie leżało podważenie porządków po Świętym Przymierzu. Każda rewolta w Europie była dla Polaków na wagę złota. Tę diagnozę potwierdziła potem I wojna światowa. 

Wydaje się jednak, że w swojej konspiracyjnej pracy Waryński bywał strasznie niefrasobliwy. A to miał podejrzane, dziwnie ufarbowane „tabaczkowe” włosy, a to wpadł – zostawiając na poczcie (!) wywrotowe materiały, a potem nieudolnie uciekając. Czy nie był czasem nieudacznikiem, narażającym życie swoje i innych? Czy on nadawał się do konspiracji?

Gdybyśmy próbowali nakręcić serial o dziejach polskich powstańców i rewolucjonistów, to rzeczy piękne i szlachetne mie-szałyby się tam z absolutną groteską. Mnie najbardziej podobał się wątek Waryńskiego, który przebrany – by go carska policja nie podejrzewała – defilował w luksusowym garniturze i cylindrze po Parku Saskim w Warszawie. Dodajmy do tego, że w szczycie działalności rewolucyjnej urodziło mu się na emigracji dziecko. Nie był zimnym, bezwzględnym rewolucjonistą, lecz człowiekiem z krwi i kości, co dodawało jego postaci autentyzmu. Może właśnie dzięki temu dotarł ze swoją agitacją do 9–10 guberni w zaborze rosyjskim, do tysięcy ludzi, nawet jeśli była to kropla w ludzkim morzu...

W Polsce popularne są westerny. A mamy własne intrygujące historie, dziejące się w tym samym czasie. Choćby Waryński – wywrotowiec z ulotkami i rewolwerem, ścigany, emigrant, rozerwany między dwiema kobietami... Więzień, który miał uciec dzięki przemyconym pilnikom, i który komunikował się z innymi przy pomocy rur kanalizacyjnych (a w celi obok przysłuchiwał się temu carski żandarm, z uchem przy muszli)... Przecież to gotowy materiał na film. Czy Polacy potrafią w ogóle opowiadać o kontrowersyjnych postaciach swej historii w sposób interesujący?  

 

Po pierwsze w naszej części Europy słowa „naród ” i „historia” wymawia się, stojąc na baczność. Historia była dla nas bardzo bolesna. Trudno sobie wyobrazić w Polsce taki serial jak brytyjska „Czarna Żmija”, wykpiwający własną przeszłość. Po drugie historiografia i podręczniki z czasów PRL-u były bardzo nudne. O Waryńskim jako człowieku i konspiratorze można było wyczytać w nich niewiele, za to dużo o nudnych posiedzeniach i „wiekopomnych” uchwałach. Potem, po przemianach roku 1989, w niepodległej Polsce nawet Stefan Okrzeja [robotnik, członek PPS powieszony na Cytadeli za zamach na carski komisariat policji – przyp. red.] miał problemy jako patron ulicy. To znaczy, że ktoś w tym kraju zwariował! Nie mamy już do czynienia z ciągłością idei niepodległościowej, lecz z triumfem jakiejś ideologii konserwatywno-postendeckiej…

A jakie było podejście do Waryńskiego w czasach II Rzeczypospolitej? 

W 1936 r., w 50. rocznicę jego warszawskiego procesu, wyszedł specjalny numer „Robotnika” [pisma związanego z PPS – przyp. red.]. Niektóre organizacje PPS-owskie przyjmowały imię Waryńskiego. Za to polscy komuniści w okresie międzywojennym niespecjalnie podkreślali zasługi Waryńskiego. Podobno uderzałoby to w rosyjskich towarzyszy, bo oznaczało, że to Polacy pierwsi powołali partię robotniczą o probolszewickim charakterze! Dopiero w PRL-u bardziej zainteresowano się jego postacią. Ale nawet wtedy nie powstała żadna obszerna, solidna biografia Waryńskiego.

Waryńskiemu w ogóle podobałoby się w czasach PRL-u? O to właśnie walczył?

To był typ człowieka, któremu pewnie nic nigdy do końca by się nie podobało… Jedno mógłby docenić. Pochodził ze wsi, skąd wszędzie było daleko. Awans cywilizacyjny, powszechna edukacja – to mogłoby mu odpowiadać. Natomiast Waryński był zwolennikiem decentralizacji, lokalnych wspólnot, a to było kompletnie sprzeczne z centralistyczną polityką władz PRL. Poza tym bronił elementarnych swobód obywatelskich. Nie sądzę, żeby był zachwycony rzeczywistością Polski Ludowej.