Jak historia historią, alkohol i związane z nim ekscesy towarzyszyły wojnie i wojskowym. Wina czy wódki używano przecież do dezynfekcji nie tylko ran ciała, ale i ran duszy. Trunkiem i wygłupami wojskowi tłumili lęk, skracali czekanie na rozkazy i zabijali nudę. Tak jak na początku XIX wieku, gdy żołnierze walczyli nie tylko z wrogiem, ale i kacem.

CO KRAJ, TO NAPITEK


Wojny napoleońskie ogarnęły większą część Europy, pozwalając ich uczestnikom skosztować najróżniejszych alkoholi. Dla Francuzów wino było tak ważne jak chleb, a może i ważniejsze. Rajem były więc dla nich bogate w winnice kraje południowe. Hiszpania – piekło na ziemi zaludnione Anglikami Wellingtona i miejscową partyzantką – była zarazem winnym Edenem. Wielu francuskich weteranów podpisać się mogło pod wspomnieniem Dominique’a Fleureta: „myliśmy nasze zewnętrzności wodą, a wnętrzności – rozgrzewającym winkiem”.

Wojnę za Pirenejami poznało także około 20 tysięcy polskich żołnierzy z dywizji Księstwa Warszawskiego, Legii Nadwiślańskiej i Pułku Szwoleżerów Gwardii. Bili się dzielnie, a w czasie wolnym nie oddawali pola francuskim towarzyszom. Pułkownik Saint-Chamans na zawsze zapamiętał dwudniowe spotkanie z polską piechotą kwaterującą w Maladze – stolicy hiszpańskich słodkich win: „nie przypominam sobie – pisał – bym widział choć jednego trzeźwego żołnierza tej nacji”. Nie wiemy, czy w Maladze, ale to w Hiszpanii zrodzić się miało, włożone w usta Napoleona, francuskie powiedzenie: „pijany jak Polak” (saoul comme un Polonais). W pochlebnej dla nas, narodowej interpretacji, a wbrew francuskim stereotypom, oznacza ono ofiarną służbę mimo promili we krwi.

Przemieszana z podziwem francuska zawiść wobec odpornych na wino sojuszników brała się pewnie i stąd, że rodacy Napoleona nie słynęli z mocnych głów i wino oddało niejedną bezbronną ofiarę w ręce hiszpańskich guerilleros czy chłopów z siekierą... W czasie marszów ratowano życie śpiącym pijakom, przywiązując ich do wojskowych wozów. Co trzeźwiejsi (w każdym sensie) pamiętnikarze przeklinali wszechobecność wina i jego wpływ na klęski Francuzów w Hiszpanii.

Na przeciwnym biegunie Europy, na ziemiach polskich zajmowanych przez Wielką Armię w końcu 1806 r., winny kac Francuzom nie groził. Oficer sztabowy marszałka Soulta Auguste Petiet notował bowiem z kronikarską dokładnością: „Zwyczajnym napitkiem Polaków jest miód pitny (w oryginale hydromele – A.N.), likier z dużą ilością miodu, który ma niemiły smak. Wolą oni jednak wódkę, której wciąż używają. Nieliczne polskie winnice nigdy nie mogły dać znośnego wina. Mający wyłączność na handel likierem Żydzi tworzą jakąś kiepską ciecz chemiczną, którą – wedle koloru – zwą winem czerwonym albo białym”.

Oddzielny rozdział to kampania rosyjska, podczas której zdziesiątkowana pościgiem Wielka Armia aż do Moskwy trzymała się na nogach, by w płonącej stolicy carów ulżyć sobie za sprawą zdobytych zapasów. Uchodzący z Rosji Napoleon obawiał się pijaństwa w szeregach, tłumacząc: „wino jest we Francji rewolucyjne; pijany Francuz hałasuje; gwałci kobiety. W Rosji człowiek pijany śpi”.

NUDA, PANIE, NUDA...


Wojsko umierało w bitwach i marszach, ale między nimi często... z nudów. Podczas nieformalnego rozejmu, wiosną 1807 r., towarzyszący Napoleonowi w Kamieńcu Suskim (Finckenstein) Anatole de Montesquiou nudził się: „Czuło się wśród nas ciężkie nieróbstwo pośród tego zdewastowanego kraju, którego nasza armia zdawała się nowymi mieszkańcami. Marzyliśmy tylko o przechadzkach i wygłupach. Bawiliśmy się, robiliśmy kosztowne zakłady, najczęściej o wynik wyścigów konnych lub pieszych, na ośle, na świni, w workach, z zawiązanymi oczami lub tyłem. Jeden z najtrudniejszych wyścigów rozgrywał się na dziedzińcu, po cienkich drewnianych barierach, ogradzających dwa dość głębokie baseny. Po tych barierach puszczaliśmy biegiem dzieci. Musiały ukończyć bieg w minutę, a wielkie krzyki radości towarzyszyły tak upadkom, jak i zbyt powolnym biegaczom”.

Do najbardziej cenionych rozrywek należały bale. Kiedy jednostka miała zagrzać dłużej miejsce w jakimś mieście, jej dowódca zdobywał adresy tzw. dobrych domów (zwłaszcza zaś tych z panienkami), do których słał zaproszenia. Ich odrzucenie, zwłaszcza w kraju okupowanym, mogło być uznane za obrazę.

W największych miastach można było zabijać czas w teatrze. Zainteresowane bardziej aktorkami niż przedstawieniami wojsko brało więc szturmem tak loże, jak fotele, rzadko przestrzegając praw cywilów. Jeśli miejsca oficerów i szeregowych były rozgraniczone, i na to był sposób. Podoficerowie stacjonującej w Gdańsku polskiej artylerii konnej zakładali na wieczór... specjalnie wyprodukowane oficerskie epolety, a mimo zakazu lożę wynajęli tuż koło gubernatorskiej. Z niej mogli wdawać się w awantury z niemieckojęzyczną widownią. „Nigdy między Niemcami a nami – wspominał po latach Józef Matkowski – nie było harmonii, a teatr był prawdziwym teatrem wojny. Kogo Niemcy protegowali, tego my i Francuzi wyświstywaliśmy i vice versa”. Czasem kończyło się to pojedynkami i aresztem.

PIJANY JAK OSIOŁ

 


Na zabitej deskami prowincji lub w kraju, którego językiem wojsko nie władało, trzeba było teatr organizować samemu. Artylerzysta Maniere wspomina nocleg w hiszpańskiej wsi Toboso, tej samej, w której Cervantes kazał Don Kichotowi spotkać Dulcyneę. Wyrwał go ze snu chóralny śpiew dwudziestu zalanych dragonów, sunących przez wieś z gromnicami w dłoniach. Pośrodku korowodu „kroczył osioł, na którego tylne nogi nasunęli oni czerwone portki, zaś przednie wcisnęli w rękawy koszuli, zapiętej na grzbiecie bydlęcia; obie części ubioru były zszyte i osioł zyskał ubiór typowy dla miejscowych. Dragoni wycięli dwie dziury na ośle uszy w wielkim chłopskim kapeluszu, a umocowali nakrycie przeciągniętymi pod szyją wstążkami. Wchodząc do każdego domu, upijali zwierzę, które następnie oblizywało z zapałem mordę. Za korowodem sunęli miejscowi chłopi wściekli, że – jak mówili – »Francuzi przebrali osła za chrześcijanina«”.

Pamiętniki pełne są podobnych pijackich zabaw, wspomnijmy choćby polowanie na zakopanego po szyję indyka, prowadzone przez dwudziestu wojaków z oczami przykrytymi opaską. A że nagrodę zapewnić mogło tylko ścięcie biednego ptaszyska jednym cięciem, możemy wyobrazić sobie emocje publiczności. Zły przykład dawali czasem dowódcy – jak kawalerzysta generał Colbert – który zwykł otwierać szampana strzałem z pistoletu, a cel wyrabiał sobie na rodzinnych portretach gospodarzy. Lekka jazda przodowała zresztą w ekscesach, zaś zaprawiony w nich strzelec konny Jules Combe wyjaśniał potomnym, iż „powszechna była wówczas mania, a raczej zły obyczaj, rozbijania wszystkiego w finale każdego żołnierskiego posiłku”. Czy można się jednak dziwić żołnierzom, którzy nie byli pewni, czy to przypadkiem nie ostatni ich posiłek w życiu?

Andrzej Nieuważny

Wykłada historię na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i Akademii Humanistycznej w Pułtusku. Autor książek: „My z Napoleonem”, „Czasy napoleońskie”.