Wszystko to, co powstaje najpierw w nas, w naszym środku, w wyniku aktu kreacji, oddawane jest zewnętrzu i automatycznie wystawione zostaje na ocenę. Nasze wytwory póki schowane w środku, są bezpieczne. Jednak tam ich nikt nie widzi, nawet my sami czasem ich nie widzimy tak w pełni. Wszystkie książki nienapisane, sztuki nie wystawione, tańce nie wytańczone są tam bezpieczne, ale są samotne. Z kolei na zewnątrz mają mniejsze poczucie bezpieczeństwa, za to świat może je wtedy oglądać. Może się nimi zachwycać, podziwiać, obejmować uwagą ale… może też je niszczyć, krytykować, ujmować im wartości. 

Pisanie, fotografowanie, tworzenie filmów, gotowanie, projektowanie wszystko to wymaga odwagi otworzenia siebie na świat zewnętrzny. W języku angielskim jest nawet na to jedno konkretne słowo– „vulnerability”. Po polsku ,„oczywiście” nie ma dobrego tłumaczenia. Piszę cynicznie „oczywiście”, bo mam wrażenie, że to zacna taktyka nie dawać słowa na to, co prowadzi do kreatywności, innowacyjności, bliskości, jedności, miłości. Trochę jakby nasz kraj nie miał na to jeszcze miejsca, bo całą przestrzeń zajmuje cierpienie, wojna i wróg. Ale nie szkodzi, sami zrobimy najpierw przestrzeń na to zjawisko a potem przyjdzie do nas słowo. Vulnerability – które spopularyzowała w swojej definicji dr Brené Brown z Uniwersytetu w Houston – to akt, który można określić trzema słowami: ryzyko, niepewność, emocje. 

Tysiące niemych kroków twórczych musimy najpierw wykonać, żeby dać światu część siebie. Podjąć ryzyko. Wejść w nieznane. Otworzyć się na emocje. To tysiące kroków, których nie widać, nie słychać i nie czuć, bo dzieją się głęboko w nas. To ogromna odwaga otworzyć się na kreację, odważyć na to magiczne prowadzenie rąk, umysłów i serc, żeby potem oddać to światu. 

Akt kreacji jest aktem obnażającym. To witanie się z nagością. To odsłonięcie. To pokazanie siebie w pełni, w całości, w otwartości. I choć to bywa bolesne, trudne a dla wielu może być niepokojące, albo wręcz przerażające to… tylko tak możemy połączyć twórcę z odbiorcą. Tylko tak serce trafi do serca. Tylko tak w otwartości mamy szansę zaprosić odbiorcę do otworzenia siebie. Tylko wtedy film trafia do naszego serca, muzyka do ucha a obraz do oka. I cudownie jeśli odbiorca przyjmie to z otwartymi ramionami. Ale też może być tak, że odbiorca nie przyjmie tego, tak jak sobie wymarzyliśmy. Rozczaruje się zgrzytem miedzy swoim wyobrażeniem, a tym co go w produkcie, usłudze, efekcie zastaje. 

I o zgrozo, to też jest OK. Bo też tak może być. Twórca nie jest omnipotentny i nie trafi do wszystkich. Nawet przysłowiowa pomidorowa nie trafia do wszystkich. Ja chyba z tysiąc razy dostałam pytanie: „Asia ale czy jak zrobię to idealnie, to będę mieć gwarancję, że świat zewnętrzny to zaakceptuje?”. Otóż moi mili zakryjcie oczy i uszy, bo powiem wam prawdę najprawdziwszą: nie ma takiej gwarancji. Swoją drogą to ja długo fantazjowałam, że jest taka kraina „wiecznej pewności efektu”, ale obawiam się, że albo nie umiem jej znaleźć albo ona nie istnieje. 

A teraz do tego aktu twórczego dodajmy szczyptę pandemii. Od marca 2020 wielu i wiele z nas musiało z kreacji znanego, wejść w kreację nieznanego. Rozpocząć oswajanie nieoswojonego – a to może być (prawie zawsze jest) i wymagające, i niepokojące. Oczywiście też piękne, spełniające i wzbogacające ale najpierw… bądźmy szczerzy ,jesteśmy „w twórczej dupie”. 

Pandemia zrobiła takie przetasowania i dla przykładu:

• Fotografowie ślubni musieli podszlifować inny fach.
• Aktorzy stanęli za ladą sklepu meblowego.